CZĘŚĆ 4 — Mój narzeczony poślubił moją siostrę na oczach całej rodziny, a kiedy wszyscy zaczęli klaskać, ojciec nagle zbladł

CZĘŚĆ 4

Notariusz czekał na mnie w kancelarii przy ulicy Dębowej, a na zegarze wiszącym nad drzwiami była dwunasta czternaście.

Marek został w Lunie z Igą i moim ojcem. Leon obiecał, że nie wypuści go bez świadków.

W kieszeni trzymałam mosiężny klucz z cyfrą siedemnaście. Metal był ciepły od mojej dłoni.

Notariusz Antoni Rudzki miał siedemdziesiąt lat i zwyczaj poprawiania mankietów, kiedy mówił coś trudnego.

— Pańska babcia przewidziała, że Roman spróbuje ukryć część dokumentów — powiedział.

— Co jeszcze ukrył?

Położył na biurku grubą teczkę oprawioną w płótno.

— Nie tylko akt przekazania udziałów. Jest tu również umowa powiernicza.

— Czyli?

— Babcia nie chciała, żeby Luna należała wyłącznie do pani. Chciała, żeby budynek służył ludziom, którzy przez lata nie mieli dokąd pójść.

Otworzył teczkę.

Zobaczyłam listę nazwisk. Byli na niej dawni pracownicy kina, mieszkańcy kamienic obok, a także rodziny dzieci, dla których przez pięć lat organizowałam bezpłatne seanse i warsztaty.

— Babcia przeznaczyła część udziałów fundacji — wyjaśnił notariusz. — Ale fundacja miała powstać dopiero wtedy, gdy pani obejmie większość. To zabezpieczenie przed sprzedażą budynku.

— Dlaczego nic mi o tym nie powiedziała?

— Bo chciała sprawdzić, czy będzie pani odbudowywać Lunę dla siebie, czy dla innych.

Poczułam złość. Na babcię, ojca, Marka, a nawet na siebie, bo przez cały czas wierzyłam, że rodzina może przynajmniej raz powiedzieć prawdę bez walki.

— Czy ta umowa zatrzyma licytację?

— Jeśli zostanie ujawniona przed rozpoczęciem postępowania. Ale jest problem.

— Jaki?

— Marek podpisał zobowiązanie w imieniu spółki, która nie miała prawa zaciągać długu pod zastaw Luny. To oznacza, że dług może zostać unieważniony, lecz ktoś musi przyznać, kto dał mu dostęp do ksiąg.

Wiedziałam.

— Mój ojciec.

— Tak.

Wróciliśmy do kina kilka minut przed dwunastą trzydzieści. Przed wejściem stał już przedstawiciel firmy egzekucyjnej, dwóch pracowników banku i wuj Marka, Stefan. Trzymał skórzaną teczkę i uśmiechał się tak, jakby przyjechał odebrać przesyłkę.

— Pani Zofia — powiedział. — Szkoda, że nie oszczędziła pani sobie tego upokorzenia.

— To pan kupił dług Kamila.

— Kupiłem wierzytelność zgodnie z prawem.

— Za pieniądze Marka.

Jego uśmiech zniknął.

Za nim pojawił się Marek. Miał rozpiętą koszulę, a na policzku czerwony ślad po dłoni Igi.

— Nie rób tego — powiedział.

— Czego?

— Nie niszcz Luny, żeby ukarać mnie.

— To ty próbowałeś ją sprzedać.

— Chciałem ją uratować.

— Przed czym?

Marek spojrzał na ojca.

— Przed twoim ojcem. Roman zadłużył kino na ponad milion złotych. Ja znalazłem inwestora. Gdybyś wyszła za mnie, moglibyśmy przejąć kontrolę i spłacić wszystko.

Ojciec spuścił głowę.

— To prawda — powiedział. — Ale Marek nie chciał tylko ratować kina. Chciał je przebudować na apartamentowiec.

Marek odwrócił się gwałtownie.

— A co miałem zrobić? Patrzeć, jak Zofia wydaje każdy grosz na ludzi, którzy nawet nie potrafią jej podziękować?

— Nie robiłam tego dla podziękowań — odpowiedziałam.

Iga stanęła obok mnie.

— Kłamałeś też w sprawie Kamila — powiedziała. — Jego mieszkanie nie było zagrożone. Dług miał zostać spłacony z pieniędzy inwestora. Chciałeś tylko mojego podpisu.

Marek pobladł.

— Kto ci to powiedział?

— Twój wuj. Wczoraj wieczorem, kiedy kłócił się z tobą przy schodach.

Stefan zaklął pod nosem.

To był błąd.

Wszyscy odwrócili się w jego stronę.

— Panie Wysocki — powiedziałam — skoro nie ma pan nic do ukrycia, proszę powtórzyć, ile pieniędzy przelał panu Marek.

Stefan zamilkł. Pracownik banku poprosił o dokumenty. Antoni Rudzki wyjął teczkę i podał mu kopię umowy powierniczej.

— Zastaw został ustanowiony bez zgody właścicielki większościowej — oznajmił. — Egzekucja nie może być kontynuowana.

Stefan wyrwał mu kartki.

— To nie jest rozstrzygnięcie sądu.

— Nie — odparł notariusz. — To jest zawiadomienie o nieważności czynności, podpisane przez osobę, która nigdy nie była właścicielem. I wezwanie do natychmiastowego zwrotu dokumentów.

Wuj Marka roześmiał się nerwowo.

— Myślisz, że to koniec? Pieniądze już zniknęły.

— Nie zniknęły — powiedziała Iga. — Są na koncie spółki założonej w Luksemburgu.

Marek spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Skąd to wiesz?

Wyjęła z torebki kartkę z numerem rachunku.

— Z twojego biurka. Szukałam dokumentów Kamila. Znalazłam coś więcej.

Nie spodziewałam się, że to Iga będzie miała ostatni dowód. Przez cały dzień uważałam ją za wspólniczkę Marka, a ona, drżąc ze strachu, zbierała wszystko, co mogło nas uratować.

Marek zrobił krok w jej stronę.

— Oddaj mi to.

— Nie.

— Iga.

— Nie będę już za ciebie podpisywać cudzych krzywd.

Pracownicy banku odsunęli się od Stefana. Na parking wjechał samochód Kamila. Mój brat wysiadł powoli, opierając się na lasce, i spojrzał na Marka.

— Powiedziałeś mi, że moja siostra cię porzuciła — powiedział. — Dlatego poślubiłeś Igę.

Marek zacisnął szczękę.

— Nie rozumiesz całej sytuacji.

— Rozumiem wystarczająco. Zabrałeś mi podpis, mieszkanie i rodzinę. A potem przyszedłeś na mój ślub jako pan młody mojej siostry.

Kamil podszedł bliżej. Jego laska stuknęła o bruk.

— Zofia, nie sprzedawaj Luny. Spłacę swój dług.

— Nie masz czym.

— Mam swoje udziały.

— Twoje udziały są częścią fundacji — odpowiedziałam. — Babcia je zabezpieczyła. Nie po to, żebyś je oddawał, tylko żebyś nie musiał wybierać między leczeniem a rodziną.

Kamil zaczął płakać. Bezgłośnie, ze spuszczoną głową.

Ojciec podszedł do mnie.

— Powinienem był powiedzieć ci prawdę.

— Tak.

— Bałem się, że mnie znienawidzisz.

— Nie musiałeś pomagać mi cię znienawidzić.

Te słowa zabolały go bardziej niż krzyk. Widziałam to po tym, jak ścisnął popiół na swoim mankiecie.

Marek stał obok pustej ciężarówki. Nie miał już dokumentów, wpływów ani planu. Jego ślub z Igą został zawarty pod presją i po ujawnieniu szantażu można było go unieważnić, ale Iga nie chciała czekać na kolejną decyzję Marka.

Zdjęła obrączkę.

— Nie będę twoją żoną nawet przez jeden dzień dłużej — powiedziała.

Położyła ją na masce samochodu Stefana.

— Wujku — dodała — jeśli chcesz odzyskać pieniądze, odzyskaj je od niego.

Stefan spojrzał na Marka.

— To ty powiedziałeś, że wszystko jest załatwione.

— Bo było — wyszeptał Marek.

— Nie. Było tylko wtedy, kiedy wszyscy bali się mówić.

Kiedy odjechali, została przed nami Luna. Jej szyld był przekrzywiony, a jedna litera wisiała na pojedynczym kablu. Nad wejściem ktoś powiesił wieniec ślubny z białych róż. Iga zdjęła go bez słowa.

W środku sala pachniała waniliowym tortem. Na scenie wciąż stały dwa krzesła, które miały należeć do mnie i Marka.

Leon przyniósł księgę rachunkową. Na stronie siedemnastej położył mosiężny klucz.

— Co pani teraz zrobi? — zapytał.

Spojrzałam na Igę. Na Kamila. Na ojca, który po raz pierwszy nie próbował mnie zatrzymać.

— Utworzę fundację — powiedziałam. — A ślubną salę zamienię w miejsce, gdzie nikt nie będzie musiał płacić za wejście własnym strachem.

Iga otarła policzek.

— Mogę pomóc?

Nie odpowiedziałam od razu. Nie dlatego, że jej nie wybaczyłam. Po prostu wiedziałam, że wybaczenie nie jest biletem powrotnym do dawnego życia.

— Możesz zacząć od powiedzenia Kamilowi całej prawdy — odparłam. — A potem naprawić to, co zniszczyłaś.

— Zrobię to.

Ojciec podniósł z podłogi program mojego niedoszłego wesela. Na okładce widniał narysowany księżyc.

— Ten seans dla dzieci odbędzie się dziś? — zapytał.

— Tak.

— Po wszystkim?

— Właśnie dlatego.

Wieczorem, gdy pierwsi widzowie usiedli w odnowionych fotelach, Leon włożył film do projektora. Obraz zatańczył na ekranie, a światło przesunęło się po twarzach ludzi, których rodzina przez lata nazywała obcymi.

Iga siedziała z tyłu obok Kamila. Ojciec sprzedawał bilety przy wejściu. Nikt nie klaskał na komendę.

Kiedy na ekranie pojawił się księżyc, Leon położył mosiężny klucz na stole operatora.

— Pani babcia wiedziała, że ten dzień nadejdzie — powiedział.

— Nie — odparłam, patrząc na światło przecinające kurz nad projektorem. — Ona tylko zostawiła mi sposób, żeby po nim nie zgasło kino.

Wtedy z pierwszego rzędu dobiegł głos małej dziewczynki:

— Proszę pani, a co będzie po seansie?

Spojrzałam na ekran, na Lunę i na klucz z cyfrą siedemnaście.

— Następny film — powiedziałam. — Tym razem wybieramy go razem.

Оцените статью