CZĘŚĆ 4
…Rozłączyłam się, a Casemir patrzył na mnie, jakby właśnie usłyszał wyrok wydany na całe swoje życie.
— Gdzie jest twój ojciec? — zapytał.
— W domu Brennanów. Z Jocelyn.
Raasmus szarpnął się ponownie.
— To pułapka.
— Oczywiście, że to pułapka — powiedziałam. — Pytanie brzmi: kto ją przygotował.
Casemir nie podniósł głosu.
— Anselm, zabierz księgę i oświadczenie do warsztatu Otie.
— Nie — zaprotestowałam. — Jeśli Raasmus ma drugą księgę, dokumenty mogą nie wystarczyć.
— A co proponujesz?
Spojrzałam na szafę.
— Zabrać ją ze sobą.
Casemir uniósł brwi.
— Całą szafę?
— Ukrytej skrytki nie da się sfabrykować tak szybko jak papieru. A jeśli twój ojciec zostawił drugą księgę, mogła być częścią konstrukcji.
Anselm uśmiechnął się ponuro.
— Zawsze mówiłem, że dobre meble mają więcej cierpliwości niż ludzie.
Raasmus zaczął się śmiać.
— Myślicie, że to zmieni cokolwiek? Silas jest zadłużony. Jocelyn podpisała już dokumenty. Otie, twój ojciec obiecał mi nie tylko pieniądze. Obiecał, że będziesz posłuszna.
Poczułam zimno pod żebrami.
— Nie jestem rzeczą, którą można obiecać.
— Dla niego zawsze nią byłaś.
Casemir chwycił laskę. Widziałam, jak ciężko przenosił ciało na lewą nogę.
— Jedziemy.
— A on?
— Pojedzie z nami.
— Nie zamkniesz go w piwnicy?
— Nie. Chcę, żeby sam zobaczył, co utracił.
Dom mojej rodziny stał w południowej części miasta, między pralnią a sklepem z używanymi książkami. Kiedy weszliśmy do środka, zegar na kominku wskazywał dwudziestą pierwszą czterdzieści. Ojciec siedział przy stole, a przed nim leżała teczka przewiązana sznurkiem.
Jocelyn stała pod ścianą. Miała rozmazany tusz pod oczami i ściskała rękaw bluzki.
— Otie — wyszeptała.
— Nic ci nie jest?
— Jeszcze nie.
Ojciec wstał.
— Nie masz prawa tu przychodzić.
Casemir spojrzał na niego.
— To mój dług, który spłaciłeś cudzym życiem.
— Umowa jest ważna.
— Która?
Silas zamarł.
Raasmus wszedł za nami i zatrzasnął drzwi. W dłoni trzymał małą metalową zapalniczkę.
— Nie musimy robić sceny — powiedział. — Wystarczy spalić kilka kartek.
— Spróbuj — odparłam.
— Ty naprawdę nie rozumiesz, z kim zadzierasz.
— Rozumiem, że boisz się papieru.
Raasmus podpalił róg teczki. Płomień przesunął się po brzegu dokumentu. Casemir ruszył, lecz ból ściągnął jego twarz. Upadłby, gdybym nie podsunęła mu krzesła.
To był moment, na który Raasmus czekał.
— Widzisz? — powiedział do Casemira. — Bez mojego planu nie potrafisz nawet stać.
Jocelyn nagle wyszła zza stołu i wylała na płomień szklankę wody. Papier zasyczał.
— Zamknij się — powiedziała.
Ojciec spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Jocelyn.
— Sprzedałeś Otie, bo myślałeś, że mnie uratujesz. A on od początku chciał tylko twoich podpisów.
Raasmus skierował zapalniczkę w jej stronę.
— Dziewczyno, uważaj.
Casemir stanął między nimi. Zachwiał się, ale utrzymał równowagę, opierając dłoń o stół.
— Dotknij jej, a nie będziesz potrzebował żadnego dokumentu, żeby stracić wszystko.
Raasmus spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Nie masz ludzi.
— Mam.
— Wszyscy należą do mnie.
Z korytarza dobiegł ciężki stuk obuwia. Do pokoju weszli kierowca Casemira, dwaj zarządcy jego magazynów i kobieta o siwych włosach, którą znałam z księgowości.
Raasmus pobladł.
— Co oni tu robią?
Księgowa położyła na stole plik kopii.
— Przez całe popołudnie sprawdzałam rachunki. Pieniądze z fundacji dla dzieci nigdy nie trafiały do dzieci. Szły na konto firmy należącej do pańskiego kuzyna.
— Kłamiesz.
— Mam podpisy. Pańskie.
— Podrobiłaś je.
— Możliwe — odpowiedziała spokojnie. — Dlatego przyniosłam też świadków.
Kierowca Casemira otworzył teczkę. W środku znajdowały się zeznania ludzi, którym Raasmus groził, aby oddali nieruchomości. Nie były nagraniami. Były odręcznymi relacjami, datami, adresami i podpisami.
Wtedy zrozumiałam, dlaczego Raasmus chciał drugiej księgi. Nie chodziło w niej tylko o nazwiska. Była dowodem, że przez lata wybierał ludzi, których można było zastraszyć, i ludzi, których można było kupić.
— Dlaczego mój ojciec cię nie powstrzymał? — zapytał Casemir.
Raasmus opuścił zapalniczkę.
— Bo był słaby.
— Zabiłeś go?
Silas zacisnął powieki. Jocelyn wciągnęła powietrze.
Raasmus popatrzył na Casemira i po raz pierwszy nie próbował już udawać łagodnego opiekuna.
— Twój ojciec chciał mnie wyrzucić. Powiedział, że odda majątek pracownikom. Nie mogłem na to pozwolić.
Casemir stał nieruchomo.
— Co zrobiłeś?
— Powiedziałem ludziom z południa, gdzie będzie jechał. Resztę zrobili sami.
Nikt się nie poruszył.
To wyznanie nie było krzykiem. Było czymś gorszym: zwyczajnym zdaniem człowieka, który przez dekady usprawiedliwiał własne decyzje.
Casemir odwrócił się do Anselma.
— Mój ojciec chciał zakończyć działalność?
— Tak — odpowiedział starzec. — A ty miałeś zostać człowiekiem, nie następcą.
Casemir zamknął oczy. Kiedy je otworzył, wyglądał na starszego o całe lata.
— Co teraz zrobisz? — zapytałam.
— Oddam przedsiębiorstwa pracownikom i fundacji.
— Wszystkie?
— Wszystkie, które zostały zbudowane z pieniędzy mojego ojca.
— A ty?
— Zostanie mi nazwisko, kilka mebli i bardzo dużo rachunków.
— To nie jest mało.
— Dla człowieka, który chciał kupić sobie rodzinę, będzie wystarczająco.
Mój ojciec odezwał się cicho:
— Otie, ja nie chciałem cię skrzywdzić.
Spojrzałam na jego dłonie. Nadal nosił na palcu sygnet, który dostał od Raasmusa.
— Wiem, że chciałeś ocalić Jocelyn.
— Zrobiłbym wszystko.
— Właśnie to zrobiłeś. Tylko nie swoim kosztem.
Zdjął sygnet i położył go na stole.
— Sprzedam dom.
— Nie po to, żeby mi zapłacić.
— Wiem. Spłacę ludzi, których oszukałem.
To nie naprawiało wszystkiego. Nie mogło. Ale po raz pierwszy od wielu lat zobaczyłam, że ojciec patrzy na własne ręce, a nie na cudze ratunek.
Raasmus ruszył do wyjścia. Casemir nie zatrzymał go.
— Nie uciekniesz — powiedział tylko. — Jutro każdy, kogo skrzywdziłeś, dostanie kopię księgi. Nie zamierzam chować twoich czynów za swoim nazwiskiem.
Raasmus zatrzymał się przy stole.
— Bez tej rodziny będziesz nikim.
Casemir oparł laskę o krzesło i spojrzał na stare dokumenty.
— Nie. Bez ciebie dopiero będę wiedział, kim jestem.
Raasmus odszedł z ludźmi, którzy jeszcze rano wykonywali jego polecenia. Nie zabrali go siłą. Po prostu przestali robić mu miejsce.
Jocelyn podeszła do mnie.
— Przepraszam.
— Za co?
— Za to, że pozwoliłam ci klęczeć samej.
Przytuliłam ją. Jej serce biło szybko, jakby dopiero teraz zrozumiała, że przeżyła własny ślub, do którego nie doszło.
Następnego dnia przeniosłam szafę do warsztatu. Anselm pomógł mi zdjąć tylną ściankę, a Casemir siedział obok na niskim, wzmocnionym stołku i czytał list ojca po raz trzeci.
— Nie musi pan zostawać — powiedziałam.
— Wiem.
— I nie jestem pańską żoną.
— Wiem.
— A jednak nadal chce pan tu być?
Spojrzał na mnie.
— Chcę się nauczyć, jak naprawiać rzeczy, których nie da się kupić.
Podałam mu pędzel do nakładania wosku.
— Zacznij od tej krawędzi. Tylko zgodnie z kierunkiem słojów.
Jego ogromna dłoń ujęła małe narzędzie z ostrożnością, jakiej nie widziałam u niego nigdy wcześniej.
Na stole leżało oświadczenie jego ojca, a pod nim lista pracowników, którym należały się pieniądze. Nie było tam miejsca na wystawne wesele, rodzinne interesy ani umowę podpisaną bez pytania.
Była za to szafa, która przez czterdzieści lat przechowywała prawdę.
Casemir przesunął pędzlem po mahoniu.
— Otie?
— Tak?
— Czy ta plama po herbacie naprawdę zejdzie?
Popatrzyłam na ciemny ślad na jego bezcennym biurku.
— Nie całkiem.
— Szkoda.
— Nie. Dzięki niej wreszcie zobaczyliśmy, co było pod powierzchnią.
Casemir spojrzał na mnie, a potem ostrożnie dotknął świeżo odsłoniętej skrytki.
W środku, pod podpisem człowieka, który chciał, by jego syn pozostał człowiekiem, leżał mały mosiężny klucz.
Casemir podniósł go i powiedział:
— Tym razem nie otworzymy niczego bez pytania.
Przegapiłeś początek?






