CZĘŚĆ 4
Na zegarze w kuchni była dwudziesta trzecia dwanaście.
Miałem czterdzieści osiem minut do północy.
Clara stała przy stole i patrzyła na rozbitą filiżankę, jakby próbowała z niej odczytać przyszłość. Halina zaciskała dłonie na rączce koszyka. Na podłodze leżał medalion z pękniętym łańcuszkiem.
— Nie pojedzie pan tam sam — powiedziała Halina.
— Nie pojadę.
Clara podniosła głowę.
— Jadę z panem.
— Nie.
— Kontrakt był na cały dzień.
— Kontrakt się skończył.
— Nie. Zmienił się jego rodzaj.
Nie potrafiłem na nią nakrzyczeć. Miała siedem lat, a mówiła jak ktoś, kto przez całe życie pilnował dorosłych, żeby się nie rozpadli.
Marco przyjechał po dziesięciu minutach. Miał rozcięty łuk brwiowy i trzymał w ręku mój stary płaszcz, ten, który nosiłem jeszcze wtedy, gdy nazywano mnie Łukaszem.
— Znalazłem to w samochodzie jednego z ludzi Borysa — powiedział. — I znalazłem coś jeszcze.
Położył na stole książeczkę rachunkową z wyłamanym grzbietem. W środku były numery kont, nazwiska i daty. Na ostatniej stronie widniała pieczęć spółki portowej oraz podpis Borysa Kordy.
— Myślałem, że cała księga spłonęła — powiedziałem.
— Marta ukryła kopię. Nie w mieszkaniu. W archiwum biblioteki.
Clara natychmiast spojrzała na mnie.
— Bibliotekarz wiedział, gdzie pan siedzi.
Zrozumiałem. To nie był przypadek, że wysłała ją do „Pod Krukiem”. Marta przygotowywała drogę ucieczki przez kilka lat. Clara znała trzy miasta, trzy nazwiska i siedem sposobów znikania. Nie dlatego, że była ciekawa świata.
Dlatego, że jej matka spodziewała się, że pewnego dnia Borys ją znajdzie.
— Halino, zostaje pani z Clarą — powiedziałem.
— Nie — odparła Clara.
— To nie jest rozmowa.
— Mama powiedziała, że mam pana znaleźć, a nie oddać mnie komuś innemu.
Jej słowa weszły we mnie głębiej niż wyrzut. Przez dziewiętnaście lat całe miasto wierzyło, że Łukasz Wrona zginął. Ja również nauczyłem się wierzyć, że śmierć jest wygodniejsza od odpowiedzialności.
— Dobrze — powiedziałem. — Ale będziesz robić dokładnie to, co każę.
— Już to robię.
Stara przystań leżała za magazynami, tam gdzie rzeka wciskała się między betonowe nabrzeże. O dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt wysiedliśmy z samochodu. Wiatr szarpał metalową blachą, a pojedynczy dzwon na wieży portowej uderzył raz, choć nikt go nie uruchamiał.
Clara ścisnęła moją dłoń.
— To sygnał?
— Tak.
— Dla kogo?
— Dla ludzi, którzy myślą, że są sami.
Weszliśmy do starego magazynu. W środku paliły się lampy naftowe. Borys stał przy długim stole, w granatowym płaszczu i rękawiczkach z jasnej skóry. Po jego lewej stronie siedziała Marta.
Była blada, miała bandaż na skroni, ale żyła.
Clara wyrwała mi rękę i pobiegła do niej.
— Mamo!
Marta uklękła, choć zachwiała się przy tym.
— Skarbie, nie powinnaś tu być.
— Miałam znaleźć tatę.
Marta spojrzała na mnie. Przez sekundę nie zobaczyłem w niej kobiety, która uciekła przed Borysem. Zobaczyłem dziewczynę sprzed dziewiętnastu lat, stojącą przy płonącym magazynie i czekającą, aż ktoś wróci z rzeki.
— Łukasz — powiedziała.
— Marta.
Borys klasnął powoli.
— Wzruszające. Rodzina przy stole. Brakuje tylko obiadu.
Podszedłem krok.
— Puść je.
— Najpierw podpiszesz rezygnację z udziałów. Potem oddasz księgę.
— Nie mam księgi.
Borys uśmiechnął się.
— Zawsze miałeś ten sam problem. Myślałeś, że spryt zastąpi siłę.
— A ty zawsze myliłeś strach z lojalnością.
Jego uśmiech zniknął. Nie dlatego, że usłyszał groźbę. Dlatego, że za moimi plecami pojawił się Marco z Haliną i trzema pracownikami portu.
Borys rozejrzał się nerwowo.
— Kto ich wezwał?
— Marta — odpowiedziałem.
— Marta siedziała tutaj cały wieczór.
— Ale podpisała coś wcześniej.
Wyjąłem z kieszeni kopię umowy powierniczej. Papier był złożony na cztery części, a w rogu miał ślad czerwonego mazaka, dokładnie taki jak kartka, którą Clara przyniosła do lokalu.
— Udziały nie należały do mnie — powiedziałem. — Należały do mojego dziecka. Borys nie mógł ich przejąć, dopóki Clara żyła i dopóki nie uznano jej za zaginioną.
Borys zbladł.
— Nie masz dowodu, że to twoja córka.
Marta podeszła do stołu i położyła obok umowy akt urodzenia.
— Mam mój podpis — powiedziała. — I twój, Borysie, pod oświadczeniem, że Łukasz zginął bez potomków.
— To niemożliwe.
— Ty mi je podsunąłeś — odparła Marta. — Kazałeś podpisać, żebym dostała pieniądze na ucieczkę. Myślałeś, że nie potrafię czytać załączników.
Borys rzucił się ku dokumentom. Marco zastąpił mu drogę, ale nie musiał go uderzyć. Borys cofnął się i chwycił lampę naftową.
— Spalę wszystko.
Clara krzyknęła:
— Mamo, za tobą!
Marta odsunęła się, a lampa wypadła Borysowi z ręki. Szkło pękło na podłodze. Płomień zatańczył na rozlanej nafcie.
Przez chwilę magazyn znów wyglądał jak tamtej nocy.
Dym gryzł w oczy. Borys stał pośrodku ognia, patrząc na stół z dokumentami, jakby właśnie one były jego rodziną.
Rzuciłem na płomień ciężki koc. Marco wyciągnął Martę, Halina chwyciła Clarę, a ja wróciłem po księgę rachunkową.
Borys złapał mnie za płaszcz.
— To wszystko było moje!
— Nie — powiedziałem. — Tylko przez chwilę trzymałeś to w rękach.
Pchnął mnie na skrzynię. Poczułem ostry ból w żebrach, ale zdołałem wyrwać mu rękawiczkę. W środku, przy podszewce, znalazłem mały klucz z numerem siedem.
Clara zauważyła go natychmiast.
— Siedem — powiedziała. — Mama zawsze mówiła, że mam liczyć do siedmiu.
Klucz pasował do metalowej kasetki przy biurku. W środku nie było pieniędzy. Były listy Marty do mnie, nigdy niewysłane, oraz fotografia z dnia narodzin Clary.
Na odwrocie Marta napisała: „Jeśli kiedyś go znajdziesz, nie pytaj, dlaczego odszedł. Sprawdź, czy umie zostać”.
Wtedy zrozumiałem drugi zwrot tej historii.
Marta nie sprowadziła mnie tam tylko po to, żeby ratować udziały. Chciała sprawdzić, czy po tylu latach nadal będę wybierał ucieczkę, kiedy pojawi się ogień.
Wyniosłem księgę, a dokumenty przekazaliśmy ludziom, którzy od dawna tracili pieniądze przez Borysa. Nie potrzebowaliśmy wielkiej sali ani obietnic. Wystarczyło, że każdy z nich zobaczył własne nazwisko przy fałszywych przelewach. Następnego ranka Borys stracił zarząd, magazyny i tych, którzy dotąd schylali przed nim głowy.
Nie został bezkarny. Został sam z tym, co próbował ukryć.
Marta spędziła noc w szpitalu, ale odmówiła, kiedy zaproponowałem, że zabiorę Clarę do siebie.
— Ona nie potrzebuje kolejnego człowieka, który ją przenosi z miejsca na miejsce — powiedziała.
— A ty potrzebujesz odpoczynku.
— Potrzebuję, żebyś jutro przyszedł.
— Przyjdę.
— Nie jako Kruk.
Spojrzałem na Clarę. Siedziała na krześle, trzymając dwudziestozłotowy banknot, który rano próbowała mi zapłacić.
— Co z nim zrobisz? — zapytałem.
— Zatrzymam.
— Dlaczego?
— Żeby pamiętać, że sama cię wynajęłam.
Marta uśmiechnęła się słabo.
— A ty? — spytała. — Umiesz być ojcem?
Nie odpowiedziałem od razu. Przez całe życie odpowiadałem szybko, bo szybka odpowiedź brzmiała jak pewność. Tym razem spojrzałem na dziewczynkę, która znała trzy miasta, trzy nazwiska i siedem dróg ucieczki.
— Nie umiem — powiedziałem. — Ale mogę się nauczyć.
Clara podeszła do mnie i wsunęła banknot do kieszeni mojego płaszcza.
— To zaliczka — oznajmiła. — Za jutro.
— Jutro też mam cię chronić?
— Nie. Jutro masz nauczyć mnie, jak działa ekspres do kawy.
Zaśmiałem się pierwszy raz od bardzo dawna. Marta odwróciła twarz, a po jej policzku spłynęła łza.
Nad ranem wróciliśmy do lokalu „Pod Krukiem”. Marco zamiatał szkło, Halina układała na stole dokumenty, a Clara stała przy ekspresie z miną dowódcy przed bitwą.
— Tato, gdzie wkłada się tę małą metalową rzecz?
Zatrzymałem się.
Nie przy słowie. Przy jego ciężarze.
Podszedłem, wyjąłem z jej ręki miarkę i pokazałem jej właściwe miejsce. Kawa spłynęła do filiżanki cienkim, brązowym strumieniem.
Clara powąchała napój i skrzywiła się.
— To ma pić ten straszny człowiek, którego wszyscy się boją?
— Nie — odpowiedziałem. — Ten straszny człowiek pije kawę bez cukru.
— A mój tata?
Spojrzałem na czerwony plecak, metalową puszkę po miętówkach i banknot wystający z kieszeni płaszcza.
— Twój tata nauczy się pić ją tak, jak lubisz ty.
Clara wsypała do filiżanki siedem łyżeczek cukru.
Tym razem to ja nie potrafiłem zaprotestować.
Przegapiłeś początek?






