CZĘŚĆ 4 — Przywódca półświatka zażądał ode mnie posiłku z zamkniętych opakowań, a kiedy dotknęłam jego talerza, jego ochroniarz pobladł

CZĘŚĆ 4

Telefon zawibrował ponownie, zanim ktokolwiek zdążył się odezwać.

Gabriel spojrzał na ekran.

— To nie ja wysłałem ten rozkaz — powiedział.

— Ale podpis jest twój — odparła Helena.

Adrian Vale roześmiał się cicho. Nie z ulgi. Z triumfu.

— Widzisz? Nawet jeśli mnie zabijesz, wszystko już się zaczęło. Do rana twoje pieniądze będą poza zasięgiem.

Gabriel rzucił telefon na ladę.

— Wyjaśnij.

Doktor poprawił mokry mankiet.

— Paulie nie był jedynym, który przygotował plan awaryjny. Ty przez całe życie budowałeś imperium na strachu. Ja budowałem wyjście.

— Z mojego imperium.

— Z twojego chaosu.

Jeden z ochroniarzy pchnął go na krzesło. Vale uderzył biodrem o stół, lecz nadal się uśmiechał.

— Wszyscy myśleli, że twój problem to trucizna — powiedział. — Tymczasem problemem zawsze była twoja niezdolność do zaufania komukolwiek. Wystarczyło doprowadzić cię do głodu, a reszta stała się łatwa.

Spojrzałam na Gabriela. Stał blisko garnka, opierając palce o jego brzeg. Dłoń mu drżała.

Nie z gniewu.

Z wyczerpania.

— Marto — powiedział. — Ten klucz. Dokąd prowadzi?

— Do skrytki na dworcu centralnym.

— Jak daleko stąd?

— Dwadzieścia minut samochodem.

— Jedziemy.

— Nie — wtrąciła Helena. — Jeśli wszystkie konta są właśnie przenoszone, musimy zobaczyć umowy przed północą. Paulie zostawił tam coś więcej niż papier.

Gabriel spojrzał na zegar nad kuchenką. Wskazówki pokazywały dwudziestą trzecią czterdzieści jeden.

Mieli dziewiętnaście minut.

— Benny, zamknij lokal.

— Szefie, ja nie mam nawet pieniędzy na nowy zamek.

Gabriel wyjął z kieszeni plik banknotów i położył go na ladzie.

— Kupisz dwa.

Benny patrzył na pieniądze, jakby były kolejną pułapką.

— A jeśli nie wrócisz?

Gabriel odpowiedział bez uśmiechu.

— Wtedy zatrzymaj wszystko, co zostanie w kuchni. To jedyny rachunek, którego jeszcze nie zapłaciłem.

Doktor nagle rzucił się w stronę bocznych drzwi. Jeden z ludzi Gabriela podstawił mu nogę. Vale runął na mokrą podłogę, a z jego płaszcza wypadła mała karta pamięci.

Helena podniosła ją.

— Co to jest?

Adrian przestał się uśmiechać.

Gabriel spojrzał na niego.

— Odpowiadaj.

— Kopie przelewów.

— Wszystkich?

— Tylko tych, które mogłyby mnie zniszczyć.

— Czyli wszystkich — powiedziałam.

Gabriel popatrzył na mnie uważnie.

— Potrafisz to otworzyć?

— Nie mam komputera.

Benny wskazał na kasę stojącą pod półką z kubkami.

— Mój syn zostawił tam przenośny komputer. Do rachunków. Bateria może jeszcze działać.

Urządzenie było stare, ciężkie i pokryte tłustymi odciskami palców. Podłączyłam kartę. Na ekranie pojawiły się foldery z datami.

Przeglądałam je, gdy Gabriel stał za moim ramieniem, a jego ochroniarze pilnowali doktora.

Pierwszy folder zawierał przelewy dla dostawcy.

Drugi — umowy dotyczące udziałów.

Trzeci nosił nazwę „Marta Kowalska”.

Zatrzymałam oddech.

— To moje nazwisko.

Gabriel pochylił się nad ekranem.

W folderze znajdował się skan mojego dowodu, kopia umowy o pracę i fotografie zrobione przed Benny’s. Na jednej stałam za ladą. Na drugiej wracałam nocą do mieszkania.

Poczułam zimno w palcach.

— Po co mnie obserwował? — zapytałam.

Adrian milczał.

Helena odwróciła się do niego.

— Odpowiedz.

— Miała podpisać dokumenty — powiedział w końcu.

— Jakie dokumenty? — spytał Gabriel.

Vale spojrzał na mnie.

— Paulie chciał zmienić właściciela funduszu dobroczynnego. Na ciebie.

Zaśmiałam się nerwowo.

— Ja jestem kelnerką.

— Właśnie dlatego. Nie miałaś powiązań, długów ani ludzi, których można było zastraszyć. Paulie odkrył, że część pieniędzy Gabriela trafiała do miejsc, które naprawdę pomagały mieszkańcom. Nie ufał własnym współpracownikom. Ufał tobie, bo rok wcześniej oddałaś mu portfel, chociaż nie wiedziałaś, kim jest.

Przypomniałam sobie tamten wieczór. Mężczyzna w czarnym płaszczu zostawił portfel na stoliku. W środku było mnóstwo pieniędzy i zdjęcie małej dziewczynki. Odniosłam go Benny’emu, a ten przekazał go właścicielowi.

Nie wiedziałam, że był to Paulie.

— Chciał, żebyś przejęła fundusz, nie jego imperium — dodała Helena. — Dlatego zostawił klucz i dokumenty. Vale dowiedział się o wszystkim. Gdybyś podpisała, pieniądze wymknęłyby mu się z rąk.

Gabriel popatrzył na Adriana.

— Nie chciałeś mnie zabić dla całej firmy.

— Chciałem przejąć konta, zanim zdążyłbyś oddać je komuś obcemu — odparł doktor. — A później mogłem cię leczyć. Długo. Bardzo długo.

Ta odpowiedź była gorsza niż przyznanie się do zabójstwa.

Gabriel usiadł przy stole. Przez chwilę wyglądał jak zwykły, wycieńczony człowiek, a nie władca miasta.

— Paulie wiedział, że nie ufam nikomu — powiedział.

— Wiedział, że nie ufasz sobie — odpowiedziała Helena. — Dlatego wybrał kogoś, kto nie chciał twojego miejsca.

Telefon znów zadzwonił.

Tym razem na ekranie pojawił się dyrektor banku.

Gabriel odebrał.

— Mów.

— Panie Hayes, przelew zatrzymano. Ale jest problem. Z kont funduszu wypłacono już całą sumę przeznaczoną na schroniska, przychodnie i kuchnie społeczne. Pieniądze wysłano dziś po południu na rachunki placówek. Nie da się ich cofnąć.

Gabriel spojrzał na ekran z dokumentami.

— Paulie je wysłał.

— Tak. Zgodnie z instrukcją awaryjną.

— Czyli oddał pieniądze.

— Nie. Rozdał je.

Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.

Gabriel wstał, ale zachwiał się tak mocno, że musiał oprzeć się o stół. Podeszłam do niego i podałam mu kubek wody z nowej, zamkniętej butelki.

Tym razem nie zapytał, kto ją otworzył.

Wypił połowę.

Potem spojrzał na garnek ryżu.

— Nałóż mi.

Benny drżącymi rękami napełnił talerz. Gabriel usiadł, wziął widelec i przez długi moment patrzył na jedzenie.

— Jeśli umrę — powiedział — ten fundusz przechodzi na Martę. Wszystko. Bez żadnego człowieka z mojego otoczenia.

— Gabriel — zaczęła Helena.

— Nie. Paulie podjął decyzję. Ja tylko przestanę ją sabotować.

Zjadł pierwszy kęs.

Nic się nie stało.

Drugi również.

Przy trzecim zamknął oczy. Nie z bólu, lecz z ulgi tak głębokiej, że aż ścisnęło mnie w gardle.

Adrian obserwował go z podłogi.

— Myślisz, że to cię oczyści? — zapytał. — Ludzie tacy jak ty nie stają się dobrzy od jednego talerza ryżu.

Gabriel odłożył widelec.

— Nie próbuję stać się dobry.

— Więc czego chcesz?

Gabriel spojrzał na mnie, na Helenę, na Benny’ego i na komputer z otwartym folderem mojego nazwiska.

— Chcę, żeby człowiek, który zaufał kelnerce, nie umarł na darmo.

Doktor parsknął.

— A co zrobisz ze mną?

Gabriel wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer.

— Wezwę ludzi, którzy zabiorą cię do magazynu. Nie po to, żeby cię zabić. Po to, żebyś pokazał wszystkie konta, hasła i nazwiska.

— Nie możesz mnie zmusić.

— Mogę. Ale nie muszę.

Gabriel wskazał na kartę pamięci.

— Już wszystko zapisałaś, Marto?

— Tak.

— Wyślij kopie Helenie, dyrektorowi banku i wszystkim placówkom z funduszu.

Adrian poderwał się z podłogi.

— Nie rób tego!

To był jego prawdziwy strach. Nie przed śmiercią. Przed tym, że pieniądze przestaną należeć do ludzi takich jak on.

Podałam mu kartę.

— Dokąd?

— Do skrytki — odpowiedział Gabriel. — Potem do ludzi, których Paulie chciał ochronić.

O drugiej nad ranem skrytka na dworcu otworzyła się metalicznym szczękiem. W środku leżały umowy, pieczęć notarialna i list napisany przez Pauliego.

Helena przeczytała go sama. Kiedy skończyła, podała kartkę Gabrielowi.

— Co napisał? — zapytałam.

Gabriel długo patrzył na papier.

— Że jeśli będę próbował zatrzymać wszystko dla siebie, mam przypomnieć sobie smak pierwszego posiłku, którego bałem się zjeść.

— To bardzo podobne do niego — powiedziała Helena.

Gabriel podał list mnie.

Na końcu widniało jedno zdanie: „Marto, jeśli to czytasz, nie pozwól im zrobić z ciebie kolejnego człowieka, który tylko pilnuje pieniędzy”.

Nie obiecałam mu, że zostanę właścicielką funduszu.

Nie obiecałam, że będę pracować dla Gabriela.

Powiedziałam tylko:

— Pieniądze trafią tam, gdzie miały trafić. A pan przestanie udawać, że samotność jest siłą.

Gabriel skinął głową.

Nie protestował.

Nad ranem Benny postawił przed nim drugą porcję ryżu. Tym razem Gabriel sam otworzył paczkę, sam sprawdził wodę i sam podał pierwszy kęs doktorowi Vale’owi.

Adrian spojrzał na talerz.

— Chcesz mnie otruć?

— Nie — odparł Gabriel. — Chcę, żebyś po raz pierwszy zjadł coś, czego nie kontrolujesz.

Za oknem miasto budziło się do życia. W telefonie Gabriela pojawiały się kolejne potwierdzenia przelewów. Nazwa Benny’s została wpisana na pierwszej liście miejsc, które miały dostać pieniądze na remont kuchni.

Benny przeczytał wiadomość i aż usiadł.

— Szefie, to wystarczy na nowy piec.

Gabriel spojrzał na niego.

— Nie jestem twoim szefem.

Benny zerknął na mnie.

— A kim jesteś?

Gabriel wziął widelec i wskazał nim na pusty talerz.

— Człowiekiem, który ma jeszcze wiele do zjedzenia.

A ja, patrząc na jego drżącą dłoń nad zwyczajnym ryżem, pomyślałam o kartce Pauliego i o tym, że czasem największy człowiek w mieście musi zacząć od tego, że pozwoli komuś innemu trzymać rachunek.

Оцените статью