CZĘŚĆ 4
…Chłopiec nazywał się Mateo Sánchez i miał jedenaście lat. Znałam go z sadu, bo czasem pomagał zbierać opadłe jabłka za miskę zupy. Teraz stał przede mną z osmalonymi policzkami i ściskał coś w dłoni.
— Znalazłem to przy północnym płocie — powiedział.
Był to mosiężny klucz, większy od tego, który dostałam od Elíasa.
— Skąd go masz?
— Jeden z ludzi Barragána upuścił go, kiedy zobaczył dym. Uciekł w stronę starego młyna.
Spojrzałam na Matea Barragána.
— Co otwiera?
Starszy mężczyzna zbladł.
Silvestre odpowiedział za niego.
— Nic.
— Nie pytałam ciebie.
Mateo zacisnął szczękę.
— Magazyn za młynem. Mój brat trzyma tam księgi, pieczęcie i pieniądze pobrane od ludzi. Jeśli ogień zajmie sad, zamierza spalić także magazyn.
Komisarz Cárdenas spojrzał na dym unoszący się nad drzewami.
— Musimy tam iść.
— Nie — powiedziałam. — Najpierw do sadu.
— Perlo, ludzie Barragána są uzbrojeni.
— A mój mąż zostawił mi karabin.
Nie czekałam na zgodę.
Wybiegliśmy z placu. Elías chwycił wiadro, Rosa podniosła suknię i pobiegła za nami, a Julián Pardo ruszył w przeciwnym kierunku, ku staremu młynowi.
Silvestre został sam przy stole, między otwartą księgą a dwoma monetami, które rano położyłam na znak, że nie wycofam się przed jego pieniędzmi.
Sad znajdował się za kamiennym murem. Ogień pełzał po suchej trawie, ale pierwsze drzewa jeszcze nie płonęły. Trzech mężczyzn próbowało podpalić stos gałęzi przy ogrodzeniu. Jeden trzymał gliniany dzban z naftą.
— Zostawcie to! — krzyknął Elías.
Mężczyzna z dzbanem odwrócił się.
— Pani Molino, pański dług nie znika tylko dlatego, że urządza pani przedstawienie.
— Mój dług już nie istnieje.
— Tak powiedział Barragán?
— Nie. Pokazały to jego własne księgi.
Mężczyzna zawahał się.
Rosa zrobiła krok do przodu.
— Jeśli podpalisz sad, wszyscy zobaczą, komu służysz.
— Właśnie o to chodzi — mruknął. — Barragán powiedział, że kto odmówi, straci pracę.
— A jeśli wykonasz rozkaz, stracisz coś więcej.
Jego ręka drżała nad stosem.
Wtedy nadjechał Julián. Na ramieniu niósł drewnianą skrzynkę, a za nim biegło kilku mieszkańców.
— Magazyn jest otwarty — powiedział. — W środku znalazłem pieczęć spółki i trzynaście ksiąg.
Mężczyzna z dzbanem opuścił rękę.
— Barragán nas oszukał — powiedział jeden z jego ludzi. — Mówił, że ziemie są legalnie kupione.
— Bo były kupione — krzyknął Silvestre, który pojawił się przy murze. — Wszyscy podpisali umowy!
— Po spłaceniu długów — odpowiedziała Rosa.
— Nikt wam nie uwierzy.
Mateo Barragán podszedł obok mnie. Jego drewniana laska zapadła się w miękką ziemię.
— Uwierzcie księgom. Nie ludziom.
Silvestre spojrzał na brata z nienawiścią.
— Powinieneś był umrzeć w tamtym wąwozie.
Słowa spadły między nas jak kamień.
Nikt się nie poruszył.
Mateo nie odpowiedział od razu. W jego twarzy nie było triumfu. Było zmęczenie człowieka, który zbyt długo nosił w sobie cudzą winę.
— Powiedz to jeszcze raz — poprosił.
Silvestre zrozumiał, co zrobił, ale było za późno. Komisarz Cárdenas stał kilka kroków dalej, a za nim zgromadzili się niemal wszyscy uczestnicy konkursu.
— To był wypadek — powiedział Silvestre.
— Sam powiedziałeś, że chciałeś, żebym umarł — odparł Mateo.
— Nie możesz niczego udowodnić.
— Nie muszę. Twoje księgi już to zrobiły.
Julián otworzył skrzynkę. W środku znajdowały się rachunki, pieczęcie i pliki umów. Na dnie leżała lista z nazwiskami ludzi, którzy mieli podpalić sad, oraz sumami wypłaconymi za każde zlecenie.
Silvestre rzucił się do skrzynki, ale mieszkańcy zagrodzili mu drogę.
— Odsuńcie się! — wrzasnął.
Nikt się nie odsunął.
Komisarz Cárdenas wyjął z kieszeni pióro.
— Silvestre Barragán, będziesz musiał odpowiedzieć za fałszowanie umów, próbę podpalenia i zamach na własnego brata.
— Tomás, pomyśl. Mogę ci kupić połowę miasta.
— Właśnie dlatego tak długo milczałem.
Komisarz odwrócił się do mieszkańców.
— Czy ktoś jeszcze ma podpisane przez niego umowy?
Podniosło się kilkanaście rąk.
Potem następne.
Jeden z gospodarzy wystąpił z tłumu.
— Moje pole zabrał po śmierci żony.
— Mój młyn — powiedział drugi.
— Studnię — dodała kobieta w czerwonej chuście.
Każde nazwisko było kolejnym kamieniem na piersi Barragána.
Nie został zabrany natychmiast. Komisarz znał prawo, ale znał też ludzi i wiedział, że zanim poprowadzi Silvestra do urzędu, musi zabezpieczyć księgi. Barragán próbował jeszcze krzyczeć, grozić i obiecywać, lecz jego głos nie miał już tej samej mocy.
Najbardziej bolało go nie to, że traci pieniądze.
Tracił ludzi, którzy przez lata bali się spojrzeć mu w oczy.
Ogień ugасили до того, как он дошёл до яблонь. Jeden z ludzi Barragána sam wylał naftę na ziemię. Drugi pomógł Elíasowi zasypać żar piaskiem. Trzeci usiadł pod murem i płakał, patrząc na swoje osmalone ręce.
Ja wróciłam na plac przed zmrokiem.
Karabin leżał na stole komisji. Obok niego stała nagroda: ciężka sakiewka z tysiącem peso.
Barragán podszedł do mnie pod eskortą komisarza. Nie miał już srebrnych ostróg. Jedna została zgubiona przy sadzie.
— Weź pieniądze — powiedział.
— Wezmę.
— I podpisz, że nie będziesz żądać niczego więcej.
— Nie mam zamiaru podpisywać twoich warunków.
— Perla, jeśli będziesz walczyć ze mną o każdą ziemię, ludzie będą cierpieć.
— Ludzie cierpieli, kiedy zabierałeś im pola.
— Twój mąż też korzystał z moich pieniędzy.
Wyjęłam z kasetki list Guillermo.
— Mój mąż spłacił je do ostatniego peso.
Barragán spojrzał na pismo. Przez chwilę jego twarz nie była twarzą bogacza ani tyrana. Była twarzą człowieka, który zobaczył własny koniec zapisany cudzą ręką.
Mateo stanął obok nas.
— Powiedz jej, gdzie jest druga księga.
Silvestre odwrócił głowę.
— Nie ma żadnej drugiej księgi.
Julián postawił skrzynkę na stole.
— Jest. Brakuje tylko rejestru przejętych domów.
Rosa wskazała na mosiężny klucz.
— Otwiera schowek pod podłogą w magazynie.
Komisarz popatrzył na Silvestra.
— Pójdziesz z nami.
Silvestre uśmiechnął się krzywo.
— A jeśli nie?
Mężczyzna, który rano wyśmiewał moje buty, wystąpił z tłumu.
— Wtedy pójdziemy wszyscy.
Nie było w tym krzyku. Tylko pewność.
Barragán popatrzył na ludzi, którzy przez lata byli jego dłużnikami, pracownikami i świadkami. Zrozumiał, że nie ma już dokąd uciec, bo każda droga prowadzi przez czyjąś ziemię, a każda ziemia właśnie przestała należeć do niego.
Poszedł z komisarzem do magazynu.
Ja zostałam przy stole.
Tysiąc peso wystarczyło na spłatę lekarza, naprawę studni i zakup nasion. Resztę pieniędzy przeznaczyłam na wykupienie narzędzi gospodarzy, które Barragán zabrał za długi. Nie oddało to ludziom jedenastu lat, ale pozwoliło im wrócić na własne podwórza bez proszenia o zgodę.
Mateo nie zatrzymał dla siebie ani jednej księgi. Oddał wszystkie Rosy, a potem pojechał na północ, aby odnaleźć pasterza, który uratował mu życie. Zabrał ze sobą tylko laskę i srebrną płytkę zdjętą z kolby.
— Dlaczego ją zdejmujesz? — zapytałam.
— Bo to nazwisko mojego brata — odpowiedział. — A ja nie chcę, żeby twoja broń nosiła cudzą winę.
Zostawił mi karabin.
Tydzień później pojechałam na skalną grań, gdzie miał odbyć się finał. Na tysiącu metrów ustawiono małą stalową tarczę. Wiatr zmieniał kierunek między skałami, ale znałam tę dolinę. Wiedziałam, gdzie powietrze przyspiesza, a gdzie zatrzymuje się na ułamek sekundy.
Elías położył na kamieniu mosiężną kasetkę.
— Nie musisz już nikomu niczego udowadniać.
— Wiem.
— To po co strzelasz?
Załadowałam karabin i spojrzałam na tarczę.
— Guillermo uczył mnie, że dobry strzał nie kończy się na huku. Kończy się dopiero wtedy, gdy człowiek bierze odpowiedzialność za to, w co celował.
Oparłam kolbę o ramię.
Na miejscu srebrnej płytki została jasna blizna w drewnie.
Odczekałam, aż wiatr przesunie się nad granią.
Wystrzeliłam.
Po długiej chwili metal odpowiedział jednym, czystym uderzeniem.
Elías uśmiechnął się przez łzy.
— Cel.
Schowałam gorącą łuskę do kieszeni, tak jak tamtego ranka na placu. Potem popatrzyłam na dolinę, na sad i na dym, który unosił się już tylko z wygaszonego ogniska.
— Guillermo — powiedziałam cicho — możesz przestać czekać.
Wiatr poruszył gałęziami jabłoni, a gdzieś daleko stalowa tarcza zabrzmiała po raz drugi, jakby odpowiedział mi ktoś, kto znał ten karabin lepiej niż wszyscy żywi.
Przegapiłeś początek?






