CZĘŚĆ 4
…Drzwi uchyliły się i do środka wszedł mężczyzna w granatowym płaszczu.
Rozpoznałam go natychmiast.
To był mój brat, Stefan.
Stał przy ścianie, z czapką zaciśniętą w dłoniach. Przez sześć lat odwiedzał mnie w rocznicę śmierci Marka, przynosił kwiaty i powtarzał, że nie potrafi pogodzić się z tym, jak niesprawiedliwie skończyło się życie jego szwagra.
Teraz nie patrzył na mnie.
Patrzył na Alicję.
— To nie miał być taki dzień — powiedział.
Alicja odsunęła się od Damiana.
— Wujku, co ty tutaj robisz?
Stefan przełknął ślinę.
— Ubezpieczyciel zadzwonił do mnie godzinę temu. Powiedzieli, że znaleźli oświadczenie Marka.
— Jakie oświadczenie? — zapytałam.
Marta podała mu krzesło. Nie usiadł.
— Marek odkrył, że pieniądze z jego firmy znikały przez fikcyjne faktury. Wystawiała je spółka, którą prowadził Damian.
Damian gwałtownie odwrócił głowę.
— Kłamiesz.
— Nie — odpowiedział Stefan. — To ja podpisałem pierwszą fakturę. Damian obiecał, że odda pieniądze po sprzedaży domu. Potem przekonał mnie, że Marek niczego nie zauważył.
Poczułam, jak żebro znów zaczyna boleć, choć siedziałam bez ruchu.
— Ty mu pomagałeś?
Stefan wreszcie spojrzał mi w oczy.
— Pomagałem sobie. Miałem długi po leczeniu żony. Damian powiedział, że to tylko pożyczka.
— A Marek?
— Znalazł wszystko. Chciał zgłosić sprawę. Dzień przed śmiercią przyszedł do mnie. Powiedział, że zabezpieczył dokumenty i że jeśli coś mu się stanie, dostaniesz pieniądze.
— I przez sześć lat nic mi nie powiedziałeś?
— Bałem się.
— Czego?
Stefan zacisnął palce na czapce.
— Że Damian pokaże dokumenty, które podpisałem. Że stracę dom. Że żona dowie się, jak ją okłamałem. Potem było już łatwiej udawać, że niczego nie wiem.
Alicja spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Wiedziałeś o polisie?
— Wiedziałem, że istnieje. Nie znałem kwoty. Damian dowiedział się od księgowej Marka, a potem zaczął naciskać na ciebie.
— Na mnie? — Alicja odwróciła się do męża. — To ty powiedziałeś, że mama ukrywa pieniądze.
— Bo ukrywała!
— Nie. Ona nic nie wiedziała.
— Miała trzy miliony!
Jego krzyk odbił się od ścian sali. Dziewczynka z sąsiedniego łóżka zaczęła płakać, a pielęgniarka natychmiast zamknęła drzwi.
Damian zaczął chodzić po małej przestrzeni między łóżkiem a szafką.
— Potrzebowałem tych pieniędzy, żeby spłacić długi i odzyskać firmę. Gdybym nie oddał raty, bank zabrałby dom. Alicja zostałaby z niczym.
— Nie z niczym — powiedziałam. — Z córką.
— Nie rozumiesz, jak to jest stracić wszystko.
— Rozumiem, jak to jest zostać pobitą przez człowieka, który twierdzi, że robi to dla rodziny.
Alicja zakryła twarz dłońmi.
Policjant stojący przy drzwiach odezwał się spokojnie:
— Panie Damianie, proszę usiąść. Zostanie pan przewieziony na komisariat w związku z napaścią, próbą wyłudzenia i posługiwaniem się fałszywymi dokumentami.
Nie było krzyków ani szarpaniny. Damian spojrzał tylko na Alicję.
— Nie pozwól im zabrać pieniędzy.
Alicja zdjęła obrączkę.
— To nie są nasze pieniądze.
Położyła ją na stoliku obok kroplówki.
— Są jej.
Kiedy Damian wyszedł, Alicja została przy moim łóżku. Przez długi czas nie mówiła nic. Nie dlatego, że nie miała słów. Po prostu każde z nich musiało przejść przez wszystkie kłamstwa, które wypowiadała przez ostatnie miesiące.
— Mamo — powiedziała w końcu — nie proszę, żebyś mi wybaczyła.
— Dobrze.
— Chcę tylko powiedzieć prawdę.
— Powiedz ją Zosi.
Jej twarz drgnęła.
— Co?
— Dziecku. Powiedz jej, dlaczego prawie pozwoliłaś Damianowi zabrać pieniądze przeznaczone na jej leczenie.
Alicja zaczęła płakać.
— Bałam się, że jeśli mu odmówię, zrobi coś gorszego. Mówił, że ma ludzi, że sprzeda dom, że zabierze Zosię. Myślałam, że jeśli dostanie pieniądze, wszystko się uspokoi.
— A kiedy zobaczyłaś mnie na podłodze?
Nie odpowiedziała od razu.
— Wtedy wiedziałam, że już nie próbuję ratować rodziny. Próbuję ratować jego.
Ta odpowiedź bolała bardziej niż uderzenie.
Stefan stał w kącie, nadal trzymając czapkę.
— Elżbieta, podpiszę wszystko, co trzeba. Oddam pieniądze, które wziąłem.
— Nie mnie.
— Komu?
— Zosi. Jeśli naprawdę chcesz coś naprawić, znajdź dokumenty Marka, których Damian nie zdążył zniszczyć. I oddaj je ubezpieczycielowi.
Stefan skinął głową.
— Zrobię to.
— Nie mów, że zrobisz. Zrób.
Następnego dnia Marta przywiozła potwierdzenie. Pieniądze zostały zablokowane, a bank anulował pełnomocnictwo z fałszywym podpisem. Z rachunku zniknęło dwieście tysięcy, ale Stefan wskazał konto, na które trafiła część tej sumy. Resztę Damian przeznaczył na spłatę własnych zobowiązań.
Nie odzyskałam wszystkiego.
Odzyskałam jednak dokumenty Marka, jego podpis i pewność, że nie wymyśliłam sobie całej tej historii.
Trzy miliony zostały podzielone zgodnie z jego wolą. Część zabezpieczyła leczenie Zosi, część trafiła na fundusz, z którego mogła korzystać dopiero po osiągnięciu pełnoletności. Nie pozwoliłam, żeby Alicja ani Stefan mieli dostęp do tych pieniędzy.
Alicja zamieszkała tymczasowo u ciotki. Zaczęła spotykać się z terapeutą i regularnie odwiedzać Zosię, ale tylko wtedy, gdy dziewczynka tego chciała. Nie wróciła do Damiana.
Dwa tygodnie później przyniosła mi jego obrączkę.
— Nie chcę jej — powiedziałam.
— Nie przyniosłam jej, żebyś ją zatrzymała. Chcę sprzedać złoto i wpłacić pieniądze na konto Zosi.
Spojrzałam na mały, porysowany krążek.
— Zrób to. Ale pamiętaj, że jedna wpłata nie naprawi tego, co zrobiłaś.
— Wiem.
I tym razem nie próbowała mnie przekonać, że jest inaczej.
Kilka dni później wróciłam do domu z granatową teczką na kolanach. Jej mosiężne zapięcie było wygięte po upadku na schodach. W środku leżał list Marka, którego wcześniej nie zauważyłam.
„Elu — napisał — jeśli kiedyś będziesz musiała wybierać między spokojem a prawdą, wybierz tę, z którą Zosia będzie mogła dorosnąć bez cudzych długów na sumieniu.”
Przeczytałam te słowa przy kuchennym stole.
Potem zadzwonił telefon.
To była Zosia.
— Babciu? — zapytała. — Mama powiedziała, że dziadek zostawił coś dla mnie.
— Zostawił.
— Czy to dużo?
Spojrzałam na porysowane zapięcie teczki.
— Wystarczająco, żebyś mogła sama zdecydować, kim będziesz.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— A czy mogę dostać też jego list?
Przycisnęłam kartkę do piersi.
— Tak. Ale przeczytasz go dopiero wtedy, gdy będziesz gotowa.
— To kiedy będę gotowa?
Uśmiechnęłam się przez łzy.
— Kiedy przestaniesz pytać innych, ile jesteś warta.
Tego wieczoru złożyłam list z powrotem do teczki, a obok niego włożyłam zdjęcie Marka z Zosią na rękach. Na odwrocie fotografii widniała data i jego krzywe pismo.
„Dla mojej małej dziewczynki. Niech nikt jej nie wmówi, że miłość ma cenę.”
Przegapiłeś początek?






