CZĘŚĆ 4
— Kto tu był? — zapytał Andrzej.
Michał Pietrowicz nie odpowiedział. Cofnął się pod kredens, a jego dłoń zacisnęła się na krawędzi granatowego płaszcza.
Oksana zrobiła krok naprzód.
— Tato, nie pytam już o pieniądze. Pytam o dokument mieszkania.
— Nie wiem, o czym mówicie.
— Pracownica spółdzielni powiedziała Andrzejowi, że wczoraj ktoś przyniósł wniosek z twoim podpisem. Wniosek był przygotowany trzy dni temu.
— Podpis można podrobić.
— A dokumenty z szuflady? — spytałem, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Michał Pietrowicz spojrzał na mnie z gniewem.
— Ty nie masz prawa mnie przesłuchiwać.
— Po tym, co pan zrobił, mam prawo wiedzieć, czy próbował pan pozbawić własne dzieci mieszkania.
Andrzej odwrócił się do ojca.
— Komu chciałeś je przepisać?
Wtedy rozległo się pukanie. Trzy krótkie uderzenia. Helena drgnęła, a Kostek schował się za matką.
Michał Pietrowicz pobladł.
— Nie otwieraj — powiedział.
Andrzej jednak podszedł do drzwi i spojrzał przez wizjer.
— To mężczyzna.
— Powiedział, że nazywa się Roman — odezwała się zza drzwi stłumiona odpowiedź. — Muszę porozmawiać z panem Michałem.
Teść ciężko usiadł.
— Wpuść go.
Do mieszkania wszedł krępy mężczyzna po pięćdziesiątce. Miał mokre buty, skórzaną teczkę i czerwony szalik z frędzlami. Zatrzymał się przy stole, kiedy zobaczył nas wszystkich.
— Nie wiedziałem, że będziecie państwo — powiedział.
— Kim pan jest? — zapytał Andrzej.
— Roman Krawiec. Prowadzę firmę remontową. Pana ojciec chciał sprzedać mieszkanie i spłacić dług.
Oksana zrobiła krok do tyłu.
— Jaki dług?
Roman otworzył teczkę. Wyjął kilka kartek i położył je na stole.
— Pana ojciec pożyczył ode mnie pieniądze na leczenie. Nie pięć tysięcy. Znacznie więcej.
Michał Pietrowicz zerwał się.
— Nie miałeś tu przychodzić!
— Mówił pan, że dzisiaj podpiszemy umowę. Nie wiedziałem, że zmieni pan zdanie.
Andrzej podniósł pierwszą kartkę. Było na niej potwierdzenie pożyczki oraz lista przelewów. Pod spodem widniał podpis jego ojca.
— Tato, dlaczego nam nie powiedziałeś?
— Bo nie chciałem litości.
— Więc oskarżyłeś Wiktorię, żeby odwrócić uwagę od własnego długu?
— Nie planowałem tego! — krzyknął. — Chciałem tylko odzyskać pieniądze, które odłożyłem dla waszych dzieci. Roman naciskał. Powiedział, że jeśli nie sprzedam mieszkania, zabierze wszystko.
Roman zmarszczył brwi.
— Niczego nie zabierałem. Pożyczyłem panu pieniądze, kiedy leżał pan w szpitalu. Miał pan operację serca i nie chciał pan, żeby dzieci wiedziały.
Zapadła cisza.
Nagle cała złość zaczęła mieszać się we mnie z czymś trudniejszym. Michał Pietrowicz nie był niewinnym starcem, którego los zmusił do kłamstwa. Był człowiekiem przerażonym, dumnym i tak przywiązanym do własnego obrazu silnego ojca, że gotów był zniszczyć niewinną osobę, byle nikt nie zobaczył jego słabości.
— Dlaczego pieniądze włożył pan do kurtki Kostka? — zapytałam.
Teść spuścił wzrok.
— Chciałem mieć pewność, że jeśli znikną, będę mógł wskazać winnego. Wiktoria była najłatwiejsza.
Andrzej zacisnął pięści.
— Najłatwiejsza? To moja żona.
— Wiem.
— Nie, tato. Ty tylko wiesz, że nią jestem. Nigdy nie próbowałeś jej poznać.
Michał Pietrowicz usiadł i nagle wydał mi się mniejszy. Na stole leżał pusty piórnik, a obok niego banknoty znalezione w kieszeni kurtki Kostka. Pięć tysięcy złotych. Suma, przez którą człowiek potrafił w kilka godzin odebrać drugiemu godność.
— Przepraszam — powiedział teść.
Nie odpowiedziałam.
— To nie wystarczy — odezwała się Oksana. — Musisz wszystko odkręcić.
Michał Pietrowicz spojrzał na nią.
— Co mam zrobić?
— Pójdziesz z nami do spółdzielni. Powiesz, że podpisywałeś dokumenty pod naciskiem i że mieszkanie nie może być sprzedane bez zgody rodziny. Potem oddasz Romanowi samochód, który chciałeś zatrzymać jako zabezpieczenie. I powiesz sąsiadom, że Wiktoria nie ukradła pieniędzy.
— Samochód jest wart więcej niż dług.
— Właśnie dlatego go oddasz — powiedział Andrzej. — Nie mieszkanie po mamie.
Roman skinął głową.
— Zgodzę się na raty, jeśli przestanie pan przede mną udawać, że wszystko jest pod kontrolą.
Teść patrzył na niego długo.
— Ile czasu mi dasz?
— Tyle, ile potrzeba, jeśli podpiszemy uczciwą umowę.
To był pierwszy raz, kiedy ktoś nie ratował Michała Pietrowicza za niego, lecz jednocześnie nie pozwalał mu upaść bez pomocy.
O dwunastej pojechaliśmy do spółdzielni. Na korytarzu pachniało kurzem i papierem, a kaloryfer stukał przy każdym nagrzaniu. Pracownica, która zadzwoniła do Andrzeja, przygotowała oświadczenie. Michał Pietrowicz podpisał je drżącą ręką.
— Chcę też napisać, że oskarżyłem synową bez dowodów — powiedział.
— To pan powinien powiedzieć jej — odparła kobieta.
Pojechaliśmy więc na osiedle rodziców. Moja matka otworzyła drzwi i od razu stanęła przede mną, jakby chciała zasłonić mnie własnym ciałem.
— Jeśli przyszedł pan ją dalej obrażać, proszę odejść — powiedziała.
Michał Pietrowicz zdjął czapkę.
— Przyszedłem powiedzieć, że kłamałem.
Matka nie drgnęła.
— Głośniej.
— Wiktoria nie ukradła pieniędzy. Sam je schowałem w kieszeni kurtki pańskiego wnuka, żeby ją oskarżyć. Nie miałem prawa tego zrobić.
Andrzej stał obok mnie. Oksana patrzyła w podłogę, a Roman trzymał pod pachą teczkę z umową.
— Dlaczego pan to zrobił? — zapytałam.
Michał Pietrowicz długo milczał, aż w końcu odpowiedział:
— Bałem się, że jeśli przyznam się do długu, przestaniecie uważać mnie za ojca, który zawsze dawał sobie radę.
— Przestałam uważać pana za takiego ojca w chwili, kiedy wyrzucił mnie pan na mróz — powiedziałam. — Ale nie dlatego, że potrzebował pan pomocy. Tylko dlatego, że uznał pan, iż moje życie można poświęcić dla pańskiej dumy.
Jego twarz drgnęła.
— Wiem.
— Nie wiem, czy kiedyś panu wybaczę.
— Rozumiem.
— Ale jeśli chce pan naprawić choć część tego, co zrobił, proszę nigdy więcej nie używać cudzej krzywdy jako tarczy dla własnego wstydu.
Kostek, który siedział na schodku, podniósł głowę.
— Dziadku, mogę oddać ci samochodzik?
Michał Pietrowicz spojrzał na drewnianą zabawkę w jego dłoni.
— Dlaczego?
— Bo mówiłeś, że kupisz mi większy za te pieniądze.
Chłopiec wyciągnął samochodzik.
— Nie chcę większego. Chcę, żebyś już nie chował pieniędzy w mojej kurtce.
Michał Pietrowicz wziął zabawkę, ale nie potrafił jej zatrzymać. Oddał ją Kostkowi i przyciągnął wnuka do siebie. Dziecko objęło go niepewnie, jakby sprawdzało, czy starszy mężczyzna znowu nie wybuchnie.
Andrzej odwrócił wzrok. Oksana otarła policzek.
Ja patrzyłam na granatowy płaszcz teścia, przewieszony przez poręcz. W jego kieszeni nie było już żadnych pieniędzy. Został tylko zmięty rachunek za lekarstwa i kartka z numerem telefonu Romana.
Michał Pietrowicz podniósł ją, złożył na pół i podał Andrzejowi.
— Dopilnuj, żebym zapłacił wszystko sam.
— Dopilnuję.
— I… czy mogę kiedyś przyjść do was, ale tylko jeśli Wiktoria się zgodzi?
Andrzej spojrzał na mnie.
Nie odpowiedziałam od razu. Pamiętałam mróz, kapcie na śniegu i drzwi zamykające się tuż przed moją twarzą. Pamiętałam też drżącą rękę, która podpisała oświadczenie i oddała samochód, choć nie mogło to cofnąć tamtej nocy.
— Nie dzisiaj — powiedziałam. — Ale proszę zadzwonić jutro do mojej matki. I przeprosić ją również.
Teść skinął głową.
Kiedy wychodziliśmy, Kostek zauważył coś na podłodze. Podniósł mały, drewniany samochodzik, który wcześniej podarował mu dziadek.
— Dziadku — zawołał.
Michał Pietrowicz odwrócił się.
— Tym razem schowam go w swojej szufladzie — powiedział chłopiec. — Tam, gdzie dorośli nie robią zabawek z cudzej krzywdy.
I właśnie wtedy Michał Pietrowicz pochylił głowę nad drewnianym samochodzikiem, jak nad rzeczą znacznie cięższą niż pięć tysięcy złotych.
Przegapiłeś początek?






