CZĘŚĆ 4 — Mąż przyprowadził kochankę na mój pogrzeb, lecz gdy poruszyłam palcem pod liliami, jego uśmiech nagle zniknął

CZĘŚĆ 4

Telefon nadal tkwił przy uchu Dawida, a Grant patrzył na niego z miną człowieka, który usłyszał nazwę miejsca, o którym miał wiedzieć tylko on.

— Kto próbował wejść do skrytki? — zapytała Joanna.

Dawid nie odpowiedział od razu.

— Bank przysłał zdjęcie osoby z upoważnieniem.

Teresa przestała płakać.

Grant odwrócił się ku niej.

— Ty?

— Nie wiem, o czym mówisz.

— Skrytka jest na twoje nazwisko — powiedział Dawid. — A podpis na formularzu złożonym dziś rano został wykonany dokładnie takim samym charakterem pisma jak podpis na zmianie beneficjenta.

Teresa pobladła.

— Grant, miałeś powiedzieć, że dokumenty są załatwione.

— Jakie dokumenty?

— Te, które schowałeś po wypadku twojego ojca. Te dotyczące firmy. Mówiłeś, że jeśli Marta umrze, odzyskasz wszystko.

Joanna zacisnęła dłoń na oparciu krzesła.

Ja leżałam jeszcze w katedrze, ale lekarze właśnie odłączali ukryty przewód. Po całym ciele rozlało się mrowienie. Każdy mięsień bolał, jakby ktoś naciągał go cienkim drutem.

Doktor Lin pochyliła się nade mną.

— Marta, słyszysz mnie?

Poruszyłam palcem.

— Dobrze. Jeszcze chwila.

— Chcę tam być — wyszeptałam.

— Nie musisz niczego udowadniać.

— Muszę zobaczyć jego twarz.

Doktor Lin spojrzała na Joannę. Siostra skinęła głową.

— Zabierzemy ją — powiedziała. — Ale na moich warunkach.

Kwadrans później wjechałam do kancelarii na wąskim wózku medycznym. Miałam na sobie tę samą kremową suknię, lecz zamiast kwiatów pod szyją nosiłam szeroki bandaż. Włosy przykleiły mi się do skroni. Nie wyglądałam jak zmarła kobieta.

Wyglądałam jak ktoś, kto wrócił z miejsca, do którego inni już rozdali jego rzeczy.

Grant odwrócił się pierwszy.

Jego twarz straciła kolor.

Teresa cofnęła się aż pod regał z aktami.

— Marta… — wydusił.

— Nie wymawiaj mojego imienia tak, jakbyś za nim tęsknił.

Dawid podsunął mi krzesło. Usiadłam, czując ból w żebrach.

Grant zrobił krok w moją stronę.

— To wszystko było przedstawieniem?

— Nie. Moja choroba nie była przedstawieniem. To, że wykorzystałeś ją do kradzieży, też nie.

— Chciałem ci zapewnić leczenie.

Alicja prychnęła.

— Za pieniądze, które wysyłałeś Teresie?

— To skomplikowane.

— Nie — powiedziałam. — Skomplikowane było dla mnie oddychanie. Dla ciebie skomplikowane było tylko ukrywanie przelewów.

Grant oparł dłonie na stole.

— Myślałem, że umierasz.

— I dlatego przyniosłeś kochankę na mój pogrzeb?

— Teresa chciała przyjść.

— A ty chciałeś podpisać dokumenty, zanim moje ciało ostygnie.

Nie odpowiedział.

Tym razem odpowiedziała Teresa.

— Powiedziałeś, że ona nie ma nikogo. Że Joanna jest tylko siostrą od kłótni, a Brener zrobi wszystko za pieniądze.

Joanna podeszła do niej.

— Wiesz, co jest najgorsze? Nie to, że spałaś z moim szwagrem. Tylko że w szpitalu patrzyłaś Marcie w oczy, kiedy odbierałaś jej dawki.

Teresa ścisnęła papierową torbę tak mocno, że pękła.

Z jej środka wypadł klucz na czerwonej smyczy.

Alicja wskazała go palcem.

— To klucz do magazynu leków.

Teresa spojrzała na Granta.

— Powiedz im, że kazałeś mi to robić.

Grant odsunął się od niej.

— Sama to wymyśliłaś.

Dawid przesunął w jego stronę kopię umowy.

— I właśnie dlatego, że próbował pan zrzucić wszystko na nią, fundusz Marty nie zostanie uruchomiony dla żadnego z państwa. Całość trafi do oddziału, który prowadzi doktor Lin. Marta zatwierdziła ten zapis przed rozpoczęciem ceremonii.

Grant spojrzał na mnie.

— Oddasz im swoje pieniądze?

— Nie są już twoje.

— Byłaś moją żoną.

— Byłam osobą, którą próbowałeś doprowadzić do śmierci szybciej, żeby odziedziczyć jej majątek.

To zdanie zawisło między nami. Nie potrzebowało podniesionego głosu.

Dawid zebrał dokumenty.

— Zmiana beneficjenta zostaje cofnięta. Przelewy i fałszywe wpisy trafią do komisji medycznej oraz zarządu firmy. Nie będę państwa straszył — po prostu uruchomię procedury, które sami państwo sprowokowali.

Grant rzucił się do pierwszej teczki.

— Nie możecie zabrać mi firmy.

— Pańska firma od dawna nie była pańska — powiedziałam.

Otworzyłam dłoń. W palcach trzymałam mały dokument, który Joanna wyjął z bankowej skrytki jeszcze przed próbą Teresy. Była to umowa założycielska przedsiębiorstwa mojego ojca. Grant przez lata udawał, że pożyczył mi pieniądze na rozpoczęcie działalności. W rzeczywistości wszystkie udziały należały do mnie, a jego nazwisko figurowało jedynie jako tymczasowy zarządca.

— Mój ojciec przewidział, że ktoś spróbuje odebrać mi firmę — powiedziałam. — Dlatego w umowie umieścił zapis o natychmiastowym odwołaniu zarządcy, jeśli ten działa przeciwko interesom właściciela.

Grant wpatrywał się w podpis pod klauzulą.

— Twój ojciec nie żyje.

— Ale jego podpis żyje w dokumentach.

Joanna podała Dawidowi drugi egzemplarz.

— Zarząd już go otrzymał — dodał prawnik. — Od dzisiejszego popołudnia nie masz dostępu do rachunków firmy.

Grant usiadł ciężko.

Nie wyglądał jak mężczyzna, który stracił żonę.

Wyglądał jak mężczyzna, który stracił klucz do sejfu.

Teresa próbowała wyjść, ale Alicja zastąpiła jej drogę.

— Jutro będziesz musiała wyjaśnić, dlaczego zniknęły leki.

— Nie rozumiesz — wyszeptała Teresa. — On obiecał mi, że będziemy razem.

— Obiecał ci też, że nikt nie znajdzie przelewów.

Grant podniósł głowę.

— Teresa, przestań.

— Nie będę już za ciebie kłamać.

Podeszła do stołu i położyła na nim klucz do magazynu.

— Mam jeszcze kopię formularzy. Wszystkich.

Grant zerwał się z krzesła.

— Gdzie są?

— W skrytce, do której próbowałam dziś wejść. Bank ma je już od rana.

To był zwrot, którego nie przewidziałam. Myślałam, że Teresa będzie walczyć o pieniądze do końca. Nie przewidziałam, że zdradzi Granta nie z żalu, lecz ze strachu przed utratą własnej przyszłości.

Nie uratowało jej to.

Ale zakończyło jego kłamstwo.

Doktor Lin zabrała mnie z kancelarii tylnym wyjściem. W samochodzie Joanna trzymała moją rękę, a na siedzeniu obok leżała broszka w kształcie jaskółki. Zdjęto ją ze mnie przed wyjazdem, bo metal drażnił ranę.

— Czy będziesz chciała wrócić do domu? — zapytała Joanna.

Pomyślałam o sypialni, w której Grant od miesięcy chował telefon pod poduszką. O kuchni, gdzie podpisywałam dokumenty, wierząc, że podaje mi kolację. O łóżku, na którym kładł się obok mnie po powrotach od Teresy i pytał, czy boli mnie głowa.

— Nie — odpowiedziałam. — Sprzedamy go.

— A firmę?

— Zostawimy. Ale nie jego nazwisko na szyldzie.

Następnego dnia zarząd odwołał Granta. Teresa została odsunięta od pracy, a komisja zabezpieczyła dokumentację oddziału. Dawid przekazał fundusz na leczenie pacjentów, zgodnie z moim zapisem. Grant nie dostał ani spadku, ani polisy, ani firmy.

Dostał coś, czego przez całe małżeństwo nie potrafił znieść: konsekwencje, których nie mógł kupić.

Ja natomiast nie dostałam cudownego uzdrowienia. Terapia doktor Lin dawała mi czas, ale nie obietnicę. Każdy kolejny dzień musiałam przyjąć takim, jaki był.

To wystarczyło.

Tydzień później wróciłam do szpitala, już jako członkini rady funduszu. Na korytarzu wisiała tablica z listą leków, które wcześniej znikały z magazynu. Obok niej doktor Lin zawiesiła małą kartkę z nazwiskami osób, którym udało się pomóc.

Alicja podała mi długopis.

— Chce pani dopisać swoje nazwisko?

Pokręciłam głową.

— Nie. Dopiszcie tych, którzy jeszcze czekają.

Przed wyjściem zatrzymałam się przy gablocie. W środku leżała moja srebrna jaskółka. Joanna przymocowała ją do czerwonej tabliczki z napisem: „Sprzęt kupiony z funduszu Marty Wysockiej”.

Nie była już pamiątką po ślubie.

Była pierwszą rzeczą, którą zobaczyła każda osoba wchodząca na oddział.

A Grant?

Jego nazwisko zniknęło z umów, kart dostępu i firmowej pieczęci. Nie zniknęło tylko z dokumentów, które teraz czekały na wyjaśnienia. Sam zadzwonił do Dawida, prosząc o spotkanie. Nie po to, by przeprosić. Chciał odzyskać część udziałów.

Dawid przekazał mi wiadomość.

— Co mam mu odpowiedzieć?

Wzięłam do ręki broszkę, zanim Joanna odłożyła ją w gablocie.

— Powiedz, że może zatrzymać swoje wspomnienia.

— A udziały?

— Te należą do ludzi, którym próbował odebrać leczenie.

Nazajutrz pierwszy transport leków przyjechał na oddział o szóstej rano. Kartony ustawiono pod ścianą, a Alicja sprawdzała każdą fiolkę z listą w dłoni.

Doktor Lin podała mi formularz przyjęcia.

— Podpisze pani?

Popatrzyłam na rubrykę właściciela funduszu, potem na drzwi magazynu, za którymi czekały leki dla kolejnych pacjentów.

Podpisałam.

Nie nazwiskiem Granta.

Swoim.

A nad kartonami, w ostrym świetle szpitalnego korytarza, srebrna jaskółka odbiła blask tak mocno, jakby właśnie odrywała się od tabliczki i leciała tam, gdzie ktoś jeszcze czekał na oddech.

Оцените статью