CZĘŚĆ 4
…Daniel odsunął telefon od ucha.
— Co powiedział? — zapytałam.
Nie odpowiedział.
Elżbieta wyciągnęła rękę.
— Proszę włączyć głośnik.
— Nie będę robił przedstawienia z prywatnej rozmowy — syknął Daniel.
— Przedstawienie urządziłeś sam — powiedziałam. — My tylko siedzimy na widowni.
Wzięłam telefon z jego dłoni, zanim zdążył się cofnąć.
— Proszę powtórzyć — powiedziałam do pracownika banku.
W kuchni panowała taka cisza, że słyszałam ciche brzęczenie lodówki.
— Otrzymaliśmy drugie pełnomocnictwo — odezwał się mężczyzna po drugiej stronie. — Tym razem dotyczące rachunku firmowego. Widnieje na nim podpis pańskiej matki jako poręczycielki. Problem w tym, że dokument zawiera numer dowodu, który został unieważniony trzy lata temu.
Margaret gwałtownie wyrwała mi telefon.
— To niemożliwe!
— Właśnie dlatego prosimy o pilny kontakt — odpowiedział bankowiec. — Z rachunku zniknęła zaliczka wpłacona przez inwestora. Pieniądze zostały przelane na konto należące do Daniela Millera.
Margaret spojrzała na syna.
— Jakie pieniądze?
Daniel cofnął się pod ścianę.
— Mamo, uspokój się.
— Jakie pieniądze? — powtórzyła, tym razem głośniej.
Elżbieta otworzyła teczkę i wyjęła kopię przelewu.
— Sto dwadzieścia tysięcy złotych. Zaliczka od pana Radosława Sokoła, który miał zostać wspólnikiem firmy.
— Powiedziałeś, że to pożyczka od znajomego — wyszeptała Margaret.
— Bo nie chciałem, żebyś się martwiła.
— To ja podpisałam poręczenie!
— Nie wiedziałaś, co podpisujesz.
— Powiedziałeś, że to dokument dotyczący leczenia mojego kolana!
Jej głos pękł. Dotychczas była kobietą, która potrafiła jednym spojrzeniem przesunąć mnie od stołu do zlewu. Teraz trzymała się blatu, a na jej palcu drżał srebrny pierścionek z pękniętym oczkiem.
Daniel spojrzał na mnie.
— Musiałem zdobyć pieniądze.
— Na co?
— Na spłatę poprzednich długów.
— Jakich poprzednich długów?
Nie odpowiedział.
Elżbieta zrobiła to za niego.
— Kasyno internetowe. Pożyczki krótkoterminowe. Dwie karty kredytowe. I zaległości wobec byłego wspólnika.
Poczułam mdłości, ale nie z powodu zmęczenia. Przez rok wierzyłam, że Daniel nie może znaleźć pracy, bo rynek jest trudny. Wysyłałam mu pieniądze na dojazdy, opłacałam jego telefon i cieszyłam się z każdego drobnego zlecenia, jakby było dowodem, że wszystko idzie ku lepszemu.
Tymczasem on budował plan, w którym moje mieszkanie miało być tylko kolejną liczbą.
— Margaret wiedziałaś? — zapytałam.
Teściowa odwróciła wzrok.
To wystarczyło.
— Wiedziałam o części — powiedziała po chwili. — Nie wiedziałam, że posunie się do fałszowania podpisów.
Daniel zaśmiał się nerwowo.
— Teraz wszyscy nagle jesteście niewinni.
— Ja nie jestem niewinna — odparła Margaret. — Pomagałam ci, bo bałam się, że trafisz do więzienia za długi. Ale nie pozwolę, żebyś zabrał mieszkanie tej kobiecie.
— Tej kobiecie? — Daniel spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Twojej żonie — poprawiła. — I jedynej osobie, która naprawdę ci pomagała.
To była pierwsza rzecz, jaką Margaret powiedziała tego dnia, która nie miała mnie zranić.
Nie poczułam triumfu.
Poczułam żal za kobietą, którą mogła być, gdyby przez całe życie nie myliła miłości z pobłażaniem.
Daniel podszedł do mnie.
— Anno, oddam wszystko.
— Nie masz z czego.
— Sprzedam samochód.
— Samochód jest kupiony za moje pieniądze.
— Znajdę pracę.
— Znalazłeś ją już wcześniej. Tylko nie pracowałeś.
Jego twarz skurczyła się.
— Chcesz mnie zniszczyć?
— Nie. Chcę, żebyś przestał niszczyć mnie.
Wzięłam z komody metalową puszkę po herbacie i wyjąłem z niej dokumenty. Akt własności mieszkania, wydruk historii rachunku i zaświadczenie z kancelarii.
— Mieszkanie jest moje. Kupiłam je dwa lata przed naszym ślubem. Nie podpisywałam żadnej zgody na obciążenie nieruchomości. A od dziś każda próba użycia mojego nazwiska będzie zgłoszona.
Daniel patrzył na papiery, jakby były wyrokiem.
— Naprawdę chcesz zakończyć małżeństwo przez kilka dokumentów i naczynia?
— Nie przez naczynia. Przez to, że przy tych naczyniach zobaczyłam całe nasze życie.
Margaret usiadła ciężko na krześle.
— Co zrobisz ze mną?
Pytanie zaskoczyło mnie bardziej niż wszystko inne.
— Dzisiaj pojedziesz do swojej siostry.
— Nie mam pieniędzy na hotel.
— Zapłacę za bilet i trzy noce. Nie dlatego, że masz rację. Dlatego, że nie chcę, żebyś spała na dworcu.
— A potem?
— Potem znajdziesz rozwiązanie, które nie będzie polegało na moim mieszkaniu.
Margaret skinęła głową. Łzy spłynęły jej po policzkach, ale nie próbowała ich wycierać.
Daniel stał nieruchomo.
— A ja?
— Twoja torba jest w gabinecie. Klucz zostaw na stole.
— Wyrzucasz mnie?
— Proszę cię, żebyś wyszedł, zanim przyjedzie ślusarz.
— Dokąd mam pójść?
— Do osoby, której przez rok mówiłeś prawdę. Jeśli taka istnieje.
O dwunastej przyjechała Elżbieta z notariuszem. Nie było krzyków, policji ani widowiska. Były za to podpisy, daty, pieczęcie i chłodne pytania, na które Daniel musiał odpowiadać bez mamy stojącej obok.
Okazało się, że część pieniędzy z zaliczki nadal znajdowała się na jego koncie. Została zablokowana, zanim zdążył ją wypłacić. Radosław Sokoł również zgodził się złożyć oświadczenie, bo Elżbieta przekonała go, że większą szansę na odzyskanie pieniędzy ma przeciwko Danielowi niż przeciwko fikcyjnej firmie.
Najbardziej nieoczekiwane przyszło jednak od Margaret.
Przed wyjazdem położyła przede mną kopertę.
— To moje oszczędności — powiedziała.
— Nie przyjmę ich.
— Nie są dla ciebie. Są na pierwszą ratę długu, który zaciągnął na moje nazwisko. Resztę spłacę sama.
— Margaret…
— Nie mów, że nie musisz. Muszę. Inaczej całe życie będę powtarzać, że robiłam to z miłości.
Ścisnęła kopertę tak mocno, że papier się pomarszczył.
— A robiłam to ze strachu. Bałam się, że jeśli przestanę go ratować, okaże się człowiekiem, którego wychowałam.
Nie miałam na to odpowiedzi.
Kiedy Daniel wychodził, zatrzymał się przy kuchennym stole. Spojrzał na stertę naczyń.
— Umyję je — powiedział.
— Nie.
— Przynajmniej tyle mogę zrobić.
— Nie po to, żebyś poczuł się lepiej.
Postawił dłoń na oparciu krzesła.
— To co mam zrobić?
— Podpisać prawdę. Oddać klucze. I nie prosić mnie więcej o ratunek, którego sam nie chcesz przyjąć.
Podpisał dokumenty.
Oddał klucz.
Potem wyszedł.
Nie poczułam ulgi. Ulga przyszła dopiero później, kiedy w szpitalu, podczas przerwy, wyjęłam z kieszeni gumkę do włosów w kształcie żółtej kaczki. Mała pacjentka, która mi ją dała, narysowała na odwrocie kartki kaczkę płynącą przez ogromną kałużę.
— Ona nie tonie — powiedziała dziewczynka. — Tylko płynie tam, gdzie chce.
Tego wieczoru wróciłam do mieszkania. Naczynia nadal stały w zlewie.
Nie umyłam ich od razu.
Najpierw zadzwoniłam do Elżbiety i podziękowałam jej za odwagę. Potem wpisałam do kalendarza spotkanie z psychologiem, bo wiedziałam, że człowiek może przeżyć kryzys, a mimo to nadal potrzebować pomocy.
Dopiero następnego ranka wzięłam gąbkę.
Nie dlatego, że byłam „dobrą żoną”.
Nie dlatego, że ktoś tego ode mnie żądał.
Umyłam tylko jeden talerz — ten, z którego Daniel jadł, kiedy mówił, że dom nie jest jego odpowiedzialnością.
Na jego dnie pozostała cienka smuga sosu, której nie dało się zetrzeć bez mocnego nacisku.
Przycisnęłam gąbkę i powiedziałam do pustej kuchni:
— Tego już nie będzie na moim stole.
Przegapiłeś początek?






