CZĘŚĆ 4
…Głos należał do pana Radeckiego, właściciela restauracji.
Stałam na dworcu z księgą przyciśniętą do piersi, a Jett patrzył na mnie, jakby nagle przestał widzieć kelnerkę i zobaczył przeciwnika.
— Gdzie jesteś? — zapytałam.
— W moim biurze. I mam tu człowieka, którego nazwiska nie znajdziesz w księgach.
— Kogo?
— Tego, kto przelewał Jettowi pieniądze.
Jett ruszył w moją stronę.
— Rozłącz się.
Eliza zastąpiła mu drogę.
— Nie dotkniesz jej.
— To nie twoja sprawa.
— Od chwili, gdy wydałeś moje podpisy, stała się moją sprawą.
Pan Radecki mówił dalej:
— Przyjedźcie wszyscy do restauracji. Nie do biura. Do sali głównej. Chcę, żeby zobaczyli to także pracownicy.
— A jeśli Jett spróbuje zabrać księgę?
— Nie spróbuje. Wie, że jego wspólnik siedzi obok mnie.
Jett pobladł.
— Nie jedźcie tam — powiedział.
To było pierwsze uczciwe zdanie, jakie usłyszałam od niego tego ranka.
O dziewiątej pięć weszliśmy do „Latarni”. Przy stolikach siedzieli pracownicy, których zwykle widywałam tylko w pośpiechu: kucharz Leon z rękami pachnącymi czosnkiem, kelnerka Nadia z opatrunkiem na palcu, Tomasz trzymający mop jak laskę.
Pan Radecki stał przy barze. Obok niego siedział mężczyzna w granatowym płaszczu. Nie znałam go.
— To Daniel Wrona — powiedział właściciel. — Pożyczył Jettowi pieniądze na zakup udziałów w restauracji.
Jett spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Miałeś być poza tym.
— Miałem dostać połowę lokalu — odparł Daniel. — Nie wiedziałem, że finansuję kradzież.
Marta położyła księgę na stole.
— Znalazłam ją w skrytce numer dwieście czternaście — powiedziała. — Są tu wszystkie rachunki, które Jett oznaczył jako niezapłacone, chociaż goście uregulowali je kartą albo gotówką.
— To nie jest moja księga — rzucił Jett.
— Twój charakter pisma — odpowiedział pan Radecki.
Jett roześmiał się nerwowo.
— Mogłaś ją przepisać.
Marta wyjęła pokwitowania.
— A to twoje podpisy. Każdy rachunek osobno.
Pan Radecki przesunął w moją stronę dokument dotyczący mojego stolika.
— Przeczytaj na głos.
Trzymałam papier oburącz. Palce wciąż drżały.
— „Rachunek opłacony kartą przez klienta o godzinie dwudziestej trzeciej trzydzieści sześć. Kwota: czterysta dwanaście dolarów”.
Nadia zakryła usta dłonią.
Leon odsunął talerz, którego nie zdążył zjeść.
— A mnie kazał pokryć sto osiemdziesiąt za rodzinę z niedzieli — powiedział Tomasz.
— Mnie dwieście sześćdziesiąt — dodała Nadia.
Jett obrócił się do nich.
— To były błędy w pracy.
— Nie — powiedziała Marta. — To był twój sposób finansowania zakupu.
Pan Radecki podniósł ostatnią kopertę, tę, którą Jett rozerwał na dworcu.
— W środku znajduje się umowa, którą miałem podpisać dziś o dziewiątej. Jett chciał nabyć restaurację za kwotę ustaloną na podstawie fałszywych strat.
Daniel Wrona wstał.
— Nie podpiszę niczego. Chcę zwrotu każdej pożyczonej złotówki.
— Nie masz prawa się wycofać — syknął Jett.
— Mam. W umowie jest warunek uczciwego prowadzenia ksiąg. Złamałeś go.
Jett odwrócił się do Elizy.
— To przez ciebie wszystko się rozpada.
— Nie — odpowiedziała. — Rozpada się, bo zbudowałeś to na cudzych wypłatach.
Wtedy zrozumiałam, po co zostawiła brelok.
Nie chodziło tylko o księgę. Chodziło o to, żeby Jett nie mógł już zmusić jednej osoby do samotnego dźwigania jego kłamstwa.
Pan Radecki spojrzał na mnie.
— Zosiu, oddam ci czterysta dwanaście dolarów. Dziś. I chcę cię przeprosić, że przez tyle czasu nie sprawdzałem, co dzieje się na dole.
— To nie pan kazał mi zapłacić.
— Ale to ja stworzyłem miejsce, w którym mógł.
Jett podszedł do mnie. Nie miał już teczki. Nie miał dokumentów. Tylko ręce opuszczone wzdłuż ciała.
— Zosia, błagam. Jeśli mnie wyrzucą, stracę wszystko.
— Już straciłeś to, po co to robiłeś.
— Nie rozumiesz. Chciałem mieć coś własnego.
— Mogłeś na to zapracować.
— Pracowałem!
— Nie. Ty wybierałeś ludzi, którzy nie mogli się bronić.
Jego twarz skurczyła się z gniewu.
— Myślisz, że jesteś lepsza?
— Nie. Dlatego nie chcę robić z tobą tego samego.
Wyjęłam z kieszeni portfel i położyłam na stole kartę bankową. Była to karta, którą dostałam od pana Radeckiego po zwrocie pieniędzy.
— Nie chcę awansu za milczenie — powiedziałam. — Chcę, żebyście stworzyli pisemną zasadę, że kelner nie płaci za cudzą kradzież. Chcę też, żeby każda potrącona osoba dostała zwrot.
Pan Radecki skinął głową.
— Zostanie podpisana dziś.
Tomasz patrzył na mnie z niedowierzaniem.
— A ty nadal tu będziesz pracować?
Spojrzałam na salę, na mosiężne lampy, na porysowany blat przy wnęce, przy której straciłam pieniądze po matce.
— Jeszcze przez ten semestr — odpowiedziałam. — Potem skończę naukę.
Eliza podeszła do mnie, trzymając miedziany brelok.
— Jest twój — powiedziała.
— Nie mogę go przyjąć.
— Możesz. To nie talizman. To przypomnienie, że czasem najmniejsza rzecz wypchnięta za mebel potrafi zatrzymać bardzo duże kłamstwo.
Jett stał przy drzwiach zaplecza. Pan Radecki nie krzyczał, nie wzywał nikogo, nie urządzał przedstawienia. Po prostu wręczył mu kopię umowy rozwiązującej współpracę i poprosił, żeby oddał klucze.
Jett spojrzał na metalowy pęk w swojej dłoni.
— Oddaj mi chociaż biurko — powiedział.
— Nie — odparł pan Radecki. — Biurko zostaje. Będzie przy nim siedzieć Marta.
Marta opuszką palca dotknęła pierwszej strony księgi.
— A księgę spalimy? — zapytał Leon.
— Nie — odpowiedziałam. — Zostawmy ją.
— Po co?
— Żeby nikt nie udawał, że tego nie było.
Pieniądze wróciły do mnie przed południem. Tego samego dnia opłaciłam czesne i kupiłam Antkowi leki. Kiedy zobaczył potwierdzenie przelewu, długo nic nie mówił.
— Oddali ci wszystko? — zapytał.
— Tak.
— A ten mężczyzna?
— Stracił restaurację, którą chciał ukraść.
Antek pokiwał głową, po czym wskazał brelok leżący przy moim notesie.
— Ładny.
— Znalazł się za stołem.
— Czyli ktoś go zgubił.
— Nie. Ktoś zostawił go specjalnie.
Wieczorem wróciłam do „Latarni” na krótką zmianę. Przy wnęce pod mosiężną lampą stała nowa tabliczka z zasadami wypłat. Pod nią pan Radecki przykleił małą kartkę, napisaną ręką Marty: „Każdy rachunek ma właściciela. Nie zawsze jest nim kelner”.
Wzięłam do ręki notes, a z jego kieszeni wysunęła się kopia tamtego pokwitowania. Kwota czterysta dwanaście dolarów była przekreślona czerwonym atramentem.
Pod nią ktoś dopisał jedno zdanie.
„Zapłacone przez klienta. Oddane tej, której zabrano.”
Wtedy Tomasz zawołał z kuchni:
— Zosiu, stolik numer sześć prosi o rachunek!
Spojrzałam na miedzianą latarnię w dłoni i odpowiedziałam:
— Już idę. Tym razem policzymy wszystko dokładnie.
Przegapiłeś początek?






