CZĘŚĆ 4
…Następnego ranka o szóstej czterdzieści przy bramie pojawiły się dwa samochody i ciężarówka z napisem firmy budowlanej. Światła reflektorów przecięły mgłę, a metalowa brama zadrżała pod uderzeniem silnika.
Lia stała na schodach w czerwonym swetrze i trzymała mosiężnego skoczka tak mocno, że odcisnął jej się wzór na dłoni.
— Mamo, oni naprawdę mogą nas wyrzucić?
— Nie wiem — odpowiedziałam.
To była najuczciwsza odpowiedź, na jaką było mnie stać.
Helena przyjechała kilka minut później razem ze Stefanem. Wysiedli z samochodu, zanim Adrian zdążył wejść na ganek.
Miał na sobie czarny płaszcz, idealnie wypolerowane buty i minę człowieka, który już urządził sobie w głowie cudzy dom.
— Pani Wysocka — powiedział. — Proszę przekazać klucze.
— Nie mam obowiązku rozmawiać z panem bez pełnomocnika.
— Pani pełnomocnik może sobie prowadzić rozmowy z urzędnikami. Dokument jest ważny.
Helena stanęła obok mnie.
— Jeszcze nie został zweryfikowany.
Adrian wyciągnął z teczki kartkę.
— Jest podpis, pieczęć i świadek.
Stefan podniósł głowę.
— Nie jestem świadkiem tego dokumentu.
— Pan nie żyje od sześciu lat — odparł Adrian.
— Widocznie śmierć była dla mnie mniej wygodna niż dla pana.
Adrian zesztywniał. Lia cicho wciągnęła powietrze.
Helena zabrała mu kartkę z ręki.
— To kopia. Oryginał musiałby znajdować się w archiwum notarialnym.
— Już się tam znajduje.
— Nie. Sprawdziłam o piątej rano. Wpis został dodany wczoraj wieczorem.
Po raz pierwszy zobaczyłam, że jego pewność ma pęknięcie.
Adrian odwrócił się do ludzi przy ciężarówce.
— Proszę zacząć wynosić rzeczy.
— Nikt niczego nie wyniesie — powiedziałam.
— Pani naprawdę myśli, że może mnie zatrzymać?
— Nie. Myślę, że sam się zatrzymasz, kiedy zrozumiesz, co jest w tej teczce.
Nie wiedziałam jeszcze, czy to odwaga, czy rozpacz mówi przeze mnie. Ale wyjęłam z kieszeni mosiężnego skoczka.
Adrian spojrzał na figurę i zbladł.
— Skąd to pani ma?
— Ryszard zostawił go Lii.
— To nic nie znaczy.
— W jego środku był numer rachunku fundacji. Helena sprawdziła go w nocy. Z tego rachunku zapłacono człowiekowi, który przygotował pański fałszywy dokument.
— To absurd.
— Pieniądze trafiły na konto spółki należącej do pańskiego wspólnika — powiedziała Helena. — A wspólnik wczoraj rano próbował przelać je dalej.
Adrian zacisnął szczękę.
— Nie możecie udowodnić, że wiedziałem o tych przelewach.
Stefan zrobił krok do przodu.
— Mogę udowodnić, że byłeś w gabinecie Ryszarda w noc przed jego śmiercią.
Adrian roześmiał się krótko.
— Starzec ledwo mówił. Nikt panu nie uwierzy.
— Nie musisz wierzyć mnie — odpowiedział Stefan. — Wystarczy, że uwierzysz własnemu podpisowi.
Wyjął z kieszeni pogniecioną kopertę. W środku znajdowała się kartka z trzema krzyżykami, identycznymi jak ta, którą znalazłyśmy w pustej kopercie. Pod spodem Ryszard zapisał datę i jedno zdanie: „Adrian przyznał, że sprzeda ziemię, nawet jeśli trzeba będzie podrobić moje nazwisko”.
Adrian ruszył w stronę Stefana.
— Ty stary kłamco!
Helena zagrodziła mu drogę.
— Jeszcze jeden krok, a wszyscy usłyszą, jak grozi pan świadkowi.
Adrian zatrzymał się, ale było już za późno. Kierowca ciężarówki wyłączył silnik. Dwóch robotników zaczęło się wycofywać.
— Nie zapłaciłem wam za stanie i patrzenie — syknął Adrian.
— Zapłaciłeś za przejęcie domu, który nie należy do ciebie — odpowiedział jeden z nich. — To różnica.
Helena spojrzała na mnie.
— Marta, musisz podjąć decyzję. Możesz zostać administratorką fundacji albo zrzec się wszystkiego i sprzedać swoje prawa komuś, kto odkupi je od ciebie. Wtedy nie będziesz już miała obowiązku prowadzenia domu.
Popatrzyłam na okna, za którymi spały kiedyś dzieci Ryszarda, na pokój Lii i na długi korytarz, gdzie przez lata liczyłam każdy krok jego wózka.
Nie kochałam tego miejsca od początku.
Najpierw było dla mnie schronieniem. Potem ciężarem. Później stało się świadkiem wszystkiego, czego nie umiałam nazwać.
— Jeśli wybiorę fundację, co z pieniędzmi Lii? — zapytałam.
— Jej fundusz pozostanie nietknięty. Ryszard zabezpieczył go osobno.
— A ja?
Helena spojrzała mi prosto w oczy.
— Pani dostanie pensję za zarządzanie. Niewielką, ale stałą. Dom nie będzie prywatnym majątkiem. Będzie miejscem dla innych.
Adrian prychnął.
— Czyli Ryszard zrobił z pani służącą własnego pomnika.
To zdanie zabolało, bo przez chwilę sama tak myślałam.
Wtedy Lia zeszła ze schodów. Podeszła do mnie i położyła mosiężnego skoczka na mojej dłoni.
— Ryszard mówił, że skoczek nie chodzi prosto — powiedziała. — Dlatego potrafi znaleźć drogę tam, gdzie inne figury nie mogą.
Adrian spojrzał na nią z irytacją.
— To tylko dziecko.
— Tak — odpowiedziałam. — Ale jest jedną z osób, dla których ten dom powstał.
Odwróciłam się do Heleny.
— Podpiszę dokumenty fundacji.
Adrian parsknął.
— Nie wie pani, co robi.
— Wiem. Rezygnuję z prawa do sprzedania domu. Rezygnuję z możliwości zamienienia go w hotel albo apartamenty. Wybieram pracę, której Ryszard ode mnie chciał.
— On panią wykorzystał.
— Może. Ale nie w taki sposób, w jaki pan myślał.
Adrian zaczął krzyczeć, że fundacja jest oszustwem, że Ryszard był chory, że podpisy można podważyć. Im dłużej mówił, tym więcej szczegółów dodawał. Opowiadał, kto dostarczył dokument, ile zapłacono notariuszowi i kiedy zabrano oryginalne akta z biura.
Helena nie przerywała mu ani razu.
Stefan tylko patrzył.
Kiedy Adrian zrozumiał, że powiedział za dużo, jego twarz stała się czerwona.
— Nie możecie użyć moich słów przeciwko mnie — syknął.
— Nie musimy — odparła Helena. — Pańskie słowa dopasowały się do dokumentów.
W kolejnych dniach sprawa fałszywej umowy została zablokowana, a firma budowlana wycofała się z posesji. Adrian stracił wspólnika, pieniądze przeznaczone na zakup ziemi i możliwość wejścia do fundacji. Najbardziej bolało go jednak to, że nie odziedziczył nawet rodzinnego nazwiska w sposób, którego pragnął.
Ryszard zapisał w dokumentach, że Adrian nie może pełnić żadnej funkcji w fundacji ani występować w jej imieniu.
Nie dlatego, że chciał go ukarać.
Dlatego, że wiedział, komu Adrian zawsze służył.
Mnie samej trudno było pogodzić się z prawdą o małżeństwie. Przez wiele dni spałam w pokoju Lii, bo w naszej sypialni wszystko przypominało Ryszarda: jego okulary na stoliku, książka z zakładką przy rozdziale o końcówkach szachowych i pusty kubek po kawie.
Helena przyniosła mi ostatnią kopertę dopiero po podpisaniu dokumentów.
— Tę miałam otworzyć razem z panią — powiedziała.
W środku był list.
„Marto, jeśli czytasz te słowa, prawdopodobnie myślisz, że cię oszukałem. I masz prawo tak myśleć. Nie poślubiłem cię, żeby kupić twoją wdzięczność. Poślubiłem cię, bo wiedziałem, że gdybym zostawił ci pieniądze, wszyscy wokół próbowaliby odebrać ci je albo wmówić, że na nie nie zasługujesz. Dałem ci coś trudniejszego: możliwość decydowania, komu pomoże ten dom. Jeśli kiedyś uznasz, że to zbyt wielka cena, odejdź bez poczucia winy. Tylko nie pozwól, żeby Adrian nazwał twoją potrzebę bezpieczeństwa chciwością”.
Czytałam ten list trzy razy.
Potem zapytałam Helenę:
— Czy on naprawdę mnie kochał?
Prawniczka usiadła naprzeciwko mnie.
— Nie wiem, czy miłość może być całkowicie czysta, kiedy ludzie są samotni i boją się przyszłości. Ale wiem, że Ryszard mógł zostawić wszystko Adrianowi. Nie zrobił tego.
— A gdyby nie umarł?
— Pewnie nadal próbowałby wszystko kontrolować.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
— To akurat brzmi jak on.
Pierwszą kobietę przyjęłyśmy miesiąc później. Miała na imię Celina i przyjechała z synem oraz jedną walizką, której zamek był związany sznurkiem.
Stała na progu, niepewna, czy może wejść.
— Jak długo możemy zostać? — zapytała.
Spojrzałam na hol, na szachownicę i na mosiężnego skoczka, którego Lia ustawiła pośrodku planszy.
— Tak długo, jak będziecie potrzebować — powiedziałam.
— A co będziemy musieli oddać?
Pomyślałam o Tomaszu, o Ryszardzie i o wszystkich nocach, kiedy bałam się, że ktoś odbierze mi dziecko razem z dachem nad głową.
— Nic — odpowiedziałam. — Tylko kiedyś, jeśli będziecie mogli, podacie tę samą pomoc dalej.
Celina weszła do środka. Jej syn zauważył szachownicę i podszedł do niej ostrożnie.
Lia przesunęła mosiężnego skoczka o dwa pola w bok.
— Tą figurą można iść dziwnie — wyjaśniła. — Ale czasem właśnie dlatego dociera się najdalej.
Za jej plecami na ścianie wisiał portret Ryszarda. Nie wyglądał już jak właściciel ogromnego domu.
Wyglądał jak człowiek, który zostawił po sobie zadanie.
A na szachownicy mały skoczek stał między królem a otwartą drogą.
Przegapiłeś początek?






