CZĘŚĆ 4 — Moja służąca oskarżyła matkę o kradzież, a gdy dziecko ukryło się za śmietnikami, mój zarządca nagle pobladł

CZĘŚĆ 4

Pod spodem zapisano, że odbiorca próbował wysłać pieniądze za granicę jeszcze tego popołudnia.

Przez kilka sekund patrzyłem na ekran.

Potem podsunąłem telefon Aureliowi.

— Chcesz mi wyjaśnić, dokąd miały trafić te pieniądze?

— To nie jest twoja sprawa.

— Właśnie dlatego wysłałeś je bez mojego podpisu?

Bianca podeszła bliżej. Jej obcasy uderzały o marmur, lecz każdy krok brzmiał jak decyzja.

— Aurelio, odpowiedz mu.

— Nie będę odpowiadał człowiekowi, który pozwala, żeby służba urządzała mu sceny w domu.

Marta drgnęła, ale tym razem nie spuściła wzroku.

— Nie jestem sceną — powiedziała.

Aurelio spojrzał na nią z pogardą.

— Jesteś pracownicą, która ukradła zegarek.

— Nie ukradłam go.

— Nie masz dowodu.

— Ja mam — odezwał się Tomasz.

Wyjął z kieszeni mały notes ogrodnika. Okładka była popękana, a rogi nasiąkły wilgocią.

— Zapisuję wszystko, co dzieje się przy szklarni. Godziny dostaw, numery samochodów, naprawy. Wczoraj o dwudziestej pierwszej czterdzieści widziałem pana Aurelia przy bibliotece. O dwudziestej drugiej pięć Renata zaniosła mu kopertę.

Renata zamknęła oczy.

— To była koperta z pieniędzmi — powiedziała.

Aurelio rzucił jej spojrzenie pełne wściekłości.

— Kłamiesz.

— Nie. Trzysta euro. Powiedział pan, że resztę dostanę, kiedy Marta opuści posiadłość.

W holu zapadła ciężka cisza.

Zosia przytuliła królika do piersi. Pino położył łeb na jej kolanach.

Aurelio rozejrzał się po twarzach, jakby próbował znaleźć kogoś, kto nadal należał do niego.

Nie znalazł.

— Wszyscy jesteście niewdzięczni — wycedził. — Przez lata ratowałem tę posiadłość przed długami.

— Długami, które sam tworzyłeś — odpowiedziałem.

— Twój ojciec zostawił po sobie chaos.

— Zostawił po sobie dokument.

— Zostawił cię bez przygotowania. Byłeś dzieckiem, które potrafiło tylko wydawać pieniądze i udawać, że jest głową rodziny.

Te słowa zabolały, bo znały drogę do miejsca, które przez lata ukrywałem.

Mój ojciec nie ufał mi. Wiedziałem o tym. Po jego śmierci każdy rachunek, każda decyzja i każda rozmowa przechodziły przez Aurelia. Nauczyłem się podejrzewać ludzi, ale nie nauczyłem się pytać, kto korzysta z mojego strachu.

Elisa pojawiła się na ekranie telefonu w połączeniu wideo. W tle widać było półkę pełną akt.

— Panie Duca, doktor Salvi jest już w drodze. Musi pan wiedzieć jeszcze jedno. Pański ojciec nie podpisał dokumentu samotnie.

— Kto był drugim świadkiem?

Elisa zawahała się.

— Pańska matka.

Odwróciłem głowę.

Moja matka zmarła, kiedy miałem dziewiętnaście lat. Przez całe lata uważałem, że ostatnie miesiące życia ojca spędziła w uzdrowisku, zbyt chora, żeby do niego przyjechać.

— To niemożliwe — powiedziałem.

— W aktach znajduje się jej podpis. Przyjechała do kliniki dzień przed śmiercią pańskiego ojca.

Aurelio przestał się poruszać.

— On o tym wiedział — powiedziała Elisa. — Pański ojciec powiedział, że jeśli coś mu się stanie, mam przekazać panu kopię dokumentu. Ale zastrzegł, że mam poczekać, aż Aurelio spróbuje przejąć fundusz.

— Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział?

— Bo następnego dnia dokument zniknął z kancelarii. Została tylko kopia, którą pański ojciec polecił mi schować.

Spojrzałem na Aurelia.

— Ty ją zabrałeś.

— Nie wiesz, o czym mówisz.

— Wiedziałeś, że moja matka była świadkiem.

— Twoja matka była przerażona. Nie chciała, żebyś dowiedział się, jak słaby był twój ojciec.

— Nie mów o niej tak, jakbyś znał jej wolę.

— Znałem ją lepiej niż ty!

Krzyk odbił się od marmurowych ścian.

To był błąd.

Bianca podeszła do stolika, wzięła umowę małżeńską i odwróciła ostatnią stronę.

— Tu jest podpis Aurelia jako pełnomocnika mojego ojca — powiedziała. — Ale mój ojciec nie ma prawa zawierać tej umowy w moim imieniu.

— Bianca, odłóż to.

— Dlaczego? Bo może ktoś przeczytać drobny druk?

Przesunęła dokument do mnie.

— Podpisałam tylko pierwszą stronę. Nie wiedziałam, że dalsza część oddaje zarząd funduszu człowiekowi, który ją przygotował.

Aurelio wyrwał jej papiery.

Pino poderwał się z podłogi.

Jedno głuche warknięcie wystarczyło.

Aurelio puścił dokument.

Bianca cofnęła się, ale nie ze strachu przed psem. Patrzyła na Aurelia z czymś znacznie cięższym.

— Mój ojciec chciał, żebym poślubiła Lorenza dla pieniędzy — powiedziała. — Ty chciałeś, żebym poślubiła go dla władzy. A ja miałam podpisać własne usunięcie z tej rodziny.

— Nie rozumiesz, ile ci dałem.

— Dałeś mi cudzą klatkę i nazwałeś ją przyszłością.

Tomasz podszedł do mnie.

— Panie Lorenzo, w szklarni jest jeszcze jeden człowiek.

— Kto?

— Pański kierowca, Niko. Widziałem, jak godzinę temu wkładał walizkę do samochodu.

Wyszedłem na dziedziniec, a za mną ruszyli Marta, Bianca, Tomasz i Pino. Zimne powietrze pachniało mokrą ziemią. Przy szklarni stał czarny samochód. Niko siedział za kierownicą, a na tylnym siedzeniu leżała skórzana walizka.

Kiedy mnie zobaczył, wysiadł.

— Panie Duca, przysięgam, że nie wiedziałem, co jest w środku.

— Kto ci ją dał?

— Pan Aurelio.

— Dokąd miałeś jechać?

Niko wskazał kopertę wetkniętą za wycieraczkę.

— Do portu. Miałem przekazać ją człowiekowi o nazwisku Ferri.

Aurelio wyszedł za nami.

— Niko, wracaj do samochodu.

— Nie wrócę — powiedział kierowca. — Nie po tym, co zrobił pan Marcie.

Aurelio spojrzał na walizkę.

— To prywatne dokumenty.

Otworzyłem ją.

W środku znajdowały się kopie ksiąg rachunkowych, pieczęcie firm i paszporty wystawione na inne nazwiska. Na samym dnie leżała cienka, kremowa koperta z odręcznym napisem: „Dla Lorenza, jeśli Aurelio spróbuje się ożenić”.

Papier drżał mi w palcach.

— To pismo mojego ojca — powiedziałem.

Aurelio rzucił się ku walizce.

Pino stanął pomiędzy nami.

Nie dotknął go. Nie musiał.

Otworzyłem kopertę.

W środku był krótki list.

Ojciec napisał, że Aurelio nie jest człowiekiem, któremu można ufać, lecz przez lata trzymał go przy sobie, ponieważ znał prawdę o śmierci jego młodszego brata. Aurelio wierzył, że należy mu się udział w rodzinnej fortunie. Kiedy ojciec odmówił, zaczął wyprowadzać pieniądze.

Najważniejsze zdanie brzmiało: „Jeśli Lorenzo odkryje prawdę, niech nie niszczy wszystkich, którzy zostali zmuszeni do milczenia”.

Marta przeczytała list przez moje ramię.

— Pański ojciec wiedział o nas? — spytała.

— Wiedział, że Aurelio używa ludzi biedniejszych od siebie.

Renata wyszła na dziedziniec i uklękła przede mną.

— Nie proszę o wybaczenie — powiedziała. — Proszę tylko, żeby pan nie oddał mnie tym ludziom. Powiem wszystko. Oddam pieniądze. Pokażę, gdzie trzymał kopie rachunków.

Marta patrzyła na nią długo.

— A co z twoim synem?

Renata zaczęła płakać.

— Leczenie jest jutro. Nie mam już nic.

— Masz prawdę — powiedziała Marta. — Jeśli naprawdę ją oddasz, Lorenzo powinien zapłacić za leczenie dziecka. Nie za twoje kłamstwo. Za to, że dziecko nie powinno płacić za cudze.

Spojrzałem na Martę.

— Tak zrobię.

Aurelio roześmiał się krótko, bez radości.

— Myślisz, że kupisz sobie lojalność tych ludzi?

— Nie. Oddam im to, co próbowałeś odebrać.

Zadzwoniłem do banku i unieważniłem wszystkie pełnomocnictwa Aurelia. Potem poleciłem przygotować pełne rozliczenie funduszu, nie dla zemsty, lecz dla ludzi, których przez lata zasłaniano jego podpisem.

Nie wezwałem nikogo po to, żeby urządzić pokaz odwetu. Dokumenty były już zabezpieczone, przelewy zatrzymane, a świadkowie gotowi mówić. Aurelio stracił dostęp do pieniędzy jeszcze przed zachodem słońca, dokładnie wtedy, kiedy planował wyrzucić Martę z domu.

Najbardziej zabolało go jednak coś innego.

Bianca zdjęła z palca pierścionek, który dostała od ojca, i położyła go na stole.

— Nie wyjdę za Lorenza — powiedziała. — Ale nie dlatego, że nie chcę być z nim. Nie wyjdę za niego, dopóki ktoś będzie próbował kupić nasze życie.

Spojrzała na mnie.

— Jeśli kiedyś wybierzemy siebie, zrobimy to bez umów przygotowanych przez cudze ręce.

Kiwnąłem głową.

Nie obiecałem jej małżeństwa. Nie obiecałem, że wszystko nagle stanie się proste. Po raz pierwszy od dawna żadna obietnica nie była potrzebna.

Marta dostała własny pokój w domu i stanowisko kierowniczki pralni, z pensją, której Renata nigdy nie mogła jej odebrać. Renata nie została zwolniona tego wieczoru. Musiała oddać pieniądze, podpisać zeznania i opowiedzieć całą prawdę o rachunkach. Jej syn otrzymał leczenie z funduszu pomocy pracownikom, który Aurelio przez lata trzymał zamknięty.

Tomasz został świadkiem wszystkich przekazań dokumentów.

Niko nie wyjechał do portu.

Aurelio zaś musiał sam wynieść z gabinetu pudełko ze swoimi rzeczami. Nie zabrał portretu mojego ojca, choć próbował go zdjąć ze ściany.

— Zostaw — powiedziałem.

— On nawet nie był po twojej stronie.

— Był po stronie prawdy. To nie zawsze to samo.

Aurelio spojrzał na obraz, potem na mnie.

— Twój ojciec zniszczyłby cię tym listem.

— Nie. Zniszczyłby mnie brak odpowiedzi.

Odwrócił się i odszedł.

Zosia siedziała na najniższym stopniu marmurowych schodów. Pino położył pysk na jej kolanach, jakby pilnował, żeby nikt już jej nie zabrał.

Dziewczynka podniosła pluszowego królika.

— On też może zostać?

— Kto?

— Pino. I mama. I ja.

Usiadłem obok niej.

— Jeśli twoja mama będzie chciała, możecie zostać tak długo, jak będziecie potrzebować.

Marta stanęła za nami. Przez chwilę nie mówiła nic.

Potem wyjęła z kieszeni mały, złożony kawałek papieru.

— To znalazłam w kieszeni Renaty — powiedziała. — Zosia narysowała go wczoraj, kiedy czekała na mnie w pralni.

Rozłożyła kartkę.

Był na niej czarny pies, mała dziewczynka i wysoki mężczyzna z kubkiem w dłoni. Nad nimi wisiało żółte słońce, choć cała reszta rysunku była wykonana ołówkiem.

— To pan — powiedziała Zosia. — Ten, który pachnie kawą.

Pino nagle podniósł głowę i cicho trącił nosem jej pluszowego królika.

Dziewczynka zachichotała.

A ja położyłem na stole list mojego ojca, obok zegarka, który miał rozpocząć cudzą kradzież, a zakończył wieloletnie kłamstwo.

Na jego tarczy wskazówki zatrzymały się o siedemnastej czterdzieści dwie.

Zosia spojrzała na mnie i zapytała:

— Panie Lorenzo, mogę jutro narysować Pino z drugim okiem?

Pino oparł łapę na jej kartce, jakby właśnie podpisał zgodę.

Оцените статью