CZĘŚĆ 4 — Mąż skreślił mnie z listy własnych gości i zażądał pieniędzy na bankiet, lecz po mojej odpowiedzi nagle zbladł

CZĘŚĆ 4

Pan Wysocki zakończył rozmowę i odłożył telefon na stół. Obok niego leżała oliwkowa koperta z kroplą wosku, fałszywy aneks i kluczyk Romana.

— Wiadomość została wysłana z pani adresu — powiedział do mnie. — Nadawca twierdzi, że miała pani dostęp do rachunku funduszu i sama zatwierdziła przelew.

Roman od razu odzyskał oddech.

— Widzicie? Mówiłem, że to nie jest takie proste.

Spojrzałam na niego.

— Kto wysłał wiadomość?

— Nie podali nazwiska — odpowiedział pan Wysocki. — Ale załączono skan podpisanej deklaracji.

Marta zaczęła nerwowo pocierać kciukiem brzeg rękawa.

— Roman, ty mówiłeś, że tamten dokument zniszczyłeś.

Wszyscy odwrócili się ku niemu.

— Nie wiem, o czym mówisz — powiedział.

— Mówiłeś, że spaliłeś go w garażu.

— Przestań.

Andrzej podszedł do baru i wyjął z szuflady mały notes. Okładka była popękana, a między kartkami tkwiła rachunkowa taśma z nadrukowaną datą.

— Nie tylko dokumenty zostały tutaj — powiedział. — W poniedziałek Roman prosił mnie o wydruk z terminala. Zostawił notatnik na ladzie. Nie ruszałem go, dopóki nie zobaczyłem, że zabiera kopertę z podpisem.

Pan Wysocki wziął notes.

Na jednej stronie zapisano trzy kwoty, godziny i inicjały. Przy ostatniej pozycji widniało: „po bankiecie — przelew do M.”.

— To twoje pismo? — zapytał Romana.

— Nie.

— Litera R jest identyczna jak na twoim formularzu urlopowym — odpowiedział pan Wysocki.

Roman wyrwał mu notes, lecz kartka wysunęła się i spadła na podłogę. Na odwrocie ktoś dopisał ołówkiem: „Nie ufaj mu, nawet jeśli płacze”.

Marta nagle usiadła na krześle.

— To napisałam ja.

Roman spojrzał na siostrę z czymś, co przypominało wściekłość, ale pod spodem kryło się przerażenie.

— Ty głupia…

— Powiedziałeś, że pieniądze są na kaucję dla mnie i Kuby. Potem zobaczyłam umowę na mieszkanie w centrum. Nie było mojego nazwiska. Było nazwisko Ewy.

Ewa stała przy wejściu do sali. Nikt nie zauważył, kiedy wróciła. W dłoni trzymała telefon, a srebrny brokat na jej powiekach połyskiwał przy każdym ruchu.

— Nie chciałam, żeby tak wyszło — powiedziała.

Roman odwrócił się ku niej.

— Powiedz im, że Lena wszystko wiedziała.

Ewa zacisnęła usta.

— Powiedziałeś mi, że jesteś rozwiedziony.

Nie poczułam triumfu. Poczułam ciężar, jakby ktoś położył mi na piersi mokry ręcznik.

— Kiedy podpisałaś dokument? — zapytałam.

— Nie podpisałam. Roman przyniósł kartkę już z podpisem. Powiedział, że Lena zgodziła się przez telefon.

— A wiadomość do zarządu?

Ewa spojrzała na niego.

— Wysłał ją z komputera w restauracji. Ja byłam obok. Powiedział, że jeśli nie pomogę, pokaże narzeczonemu nasze wiadomości.

Roman zrobił krok do tyłu.

— To kłamstwo.

— Mam kopię — odpowiedziała Ewa. — Nie nagranie. Potwierdzenie wysłania, z godziną i adresem urządzenia. Zrobiłam zdjęcie, bo bałam się, że usunie wszystko.

Pan Wysocki poprosił ją o telefon. Przejrzał ekran, a potem odłożył go bardzo ostrożnie.

— Roman, od tej chwili nie masz dostępu do rachunków funduszu ani do dokumentacji zakładu.

— Nie możecie mnie tak potraktować.

— To ty potraktowałeś trzydziestu pracowników jak prywatną skarbonkę.

— Miałem oddać pieniądze.

— Z czego? — zapytałam. — Z pensji, którą co miesiąc przelewałeś na konto Ewy?

Roman spojrzał na mnie gwałtownie.

Nie powiedziałam tego wcześniej nikomu. Trzy tygodnie temu zauważyłam w naszym wspólnym zestawieniu przelew na nazwisko „E. Kaczmarek”. Kwota była niewielka, powtarzała się co piątek. Wtedy jeszcze wmówiłam sobie, że to rozliczenie służbowe.

— Sprawdzałaś moje konto? — zapytał.

— Sprawdzałam nasze.

— To była pożyczka.

— Na srebrny makijaż i wynajęcie sali?

Ewa odwróciła głowę.

— Pieniądze przeznaczał na kaucję za mieszkanie — powiedziała. — Myślałam, że jego żona o tym wie.

Roman sięgnął po teczkę. Papier zaszeleścił mu pod palcami.

— Lena, możemy to jeszcze naprawić.

— Nie nazywaj tego naprawą.

— Chciałem tylko wyjść z tego małżeństwa z godnością.

— Godność nie kosztuje trzydziestu ośmiu tysięcy złotych z funduszu socjalnego.

Pan Wysocki wyjął telefon.

— W poniedziałek rano zbiorę komisję pracowniczą. Każdy zobaczy dokumenty. Zwrócisz pieniądze albo zakład odzyska je z twojego wynagrodzenia i odprawy.

Roman roześmiał się nerwowo.

— A jeśli odmówię?

— Wtedy sprawa pójdzie dalej, zgodnie z procedurą. Ale zanim do tego dojdzie, wszyscy pracownicy dowiedzą się, kto podpisał listę wypłat.

To uderzyło w niego mocniej niż groźba jakiejkolwiek kary. Roman chciał stanowiska, szacunku i opowieści, w której był człowiekiem sukcesu. Nie bał się utraty pieniędzy tak bardzo, jak utraty spojrzeń ludzi, którzy codziennie mijali go przy hali produkcyjnej.

Marta podniosła się z krzesła.

— Oddam swoją część — powiedziała.

Roman obrócił się ku niej.

— Nie masz z czego.

— Sprzedam samochód.

— Przestań udawać bohaterkę.

— To ty kazałeś mi zatwierdzić przelew.

— Powiedziałem, że to formalność.

— Powiedziałeś, że jeśli nie podpiszę, wyrzucą mnie z pracy.

Jej głos załamał się, ale nie cofnęła słów.

Spojrzałam na nią i zobaczyłam nie wspólniczkę, lecz kobietę, którą Roman trzymał na krótkiej smyczy obietnic i strachu. To nie unieważniało jej podpisu. Nie zwalniało jej z odpowiedzialności. Ale zmieniało sposób, w jaki musiałam na nią patrzeć.

— Nie sprzedawaj samochodu — powiedziałam.

Marta podniosła głowę.

— Co?

— Najpierw pokaż wszystkie przelewy. Wszystkie wiadomości. Każdy dokument. Jeśli chcesz naprawić to, co zrobiłaś, zacznij od pełnej prawdy.

Roman prychnął.

— Będziesz teraz ratować Martę?

— Nie. Będę pilnować, żeby nikt nie został obciążony twoim kłamstwem.

Ewa podeszła do mnie i podała mi telefon.

— Jest jeszcze jedna rzecz.

Na ekranie widniała rezerwacja mieszkania. Data wpłaty kaucji przypadała na piątek, dzień po bankiecie. Jako najemcę wpisano Romana, a jako osobę upoważnioną do odbioru kluczy — Ewę.

— Chciał wyjechać po urodzinach — powiedziała. — Mówił, że zostawi ci list.

— Jaki list?

Ewa wskazała zdjęcie dokumentu.

— Ten.

W załączniku znajdowało się oświadczenie, że dobrowolnie przekazałam Romanowi połowę oszczędności na rozpoczęcie działalności. Podpis był mój. Data była przyszła. Treść brzmiała tak, jakby ktoś próbował zabezpieczyć jego wersję wydarzeń, zanim jeszcze ktokolwiek zada pytanie.

Zrozumiałam wtedy, po co naprawdę potrzebował bankietu. Nie po to, żeby uczcić pięćdziesiąte urodziny. Chciał stworzyć ostatnie zdjęcie człowieka, któremu wszyscy zazdroszczą. Chciał, żeby kierownictwo wręczyło mu awans, pracownicy wznieśli toast, a ja podpisała dokument, który pozwoliłby mu odejść z pieniędzmi i z moim nazwiskiem jako tarczą.

Roman patrzył na mnie.

— Nie zamierzałem cię zostawić bez niczego.

— Zostawiłbyś mi długi, winę i podpis, którego nie złożyłam.

— Ale kochałem cię.

— Może kochałeś życie, które opłacałam.

Przez chwilę nie odpowiedział. Potem podszedł do teczki i rozdarł umowę na pół.

Pan Wysocki natychmiast zabrał mu fragmenty papieru.

— To nie zmienia faktów.

— Wiem — powiedziałam.

Były to chyba pierwsze szczere słowa Romana tego dnia.

Bankiet został odwołany jeszcze przed południem. Restauracja zwróciła zaliczkę na konto funduszu, bo Ewa zeznała, że otrzymała ją pod fałszywym pretekstem. Roman musiał podpisać zobowiązanie do zwrotu pieniędzy, a jego awans otrzymał człowiek, którego nazwiska nigdy nie pamiętał: brygadzista Witek z nocnej zmiany, ten sam, któremu Roman od miesięcy odbierał zasługi.

Marta zachowała pracę, ale musiała oddać swoją premię i przez rok prowadzić rozliczenia pod kontrolą komisji. Nie prosiła mnie o wybaczenie. Przynosiła dokumenty, poprawiała błędy i nie próbowała już zasłaniać się bratem.

Ewa zerwała z Romanem tego samego dnia. Zwróciła mu pierścionek, który kupił za pieniądze z jednego z piątkowych przelewów. Położyła go na barze, obok rachunku za niedoszły bankiet.

— Nie chcę mieszkania, które stoi na cudzej krzywdzie — powiedziała.

Roman został sam z teczką, rozdartą umową i kluczykiem, który nie otwierał już żadnego nowego życia.

Wieczorem wróciłam do mieszkania po swoje rzeczy. Nie zabrałam wiele. Dokumenty, kilka książek, kubek z pękniętym uchem i mały rachunkowy kalkulator, który dostałam od mamy. Na kuchennym stole wciąż leżał kawałek umowy. Papier był zmięty, ale na odwrocie pozostała moja niepodrobiona notatka: „Zaliczka tylko po potwierdzeniu źródła pieniędzy”.

Roman siedział na krześle, które rano odsunął z hukiem.

— Gdzie pójdziesz? — zapytał.

— Do mieszkania, które wynajęłam dzisiaj.

— Od kiedy to planowałaś?

— Od chwili, gdy zobaczyłam pierwszy przelew do Ewy.

— Dlaczego nic nie powiedziałaś?

Włożyłam kalkulator do torby.

— Bo chciałam mieć pewność, że nie pomylę podejrzenia z prawdą.

— I masz ją?

Spojrzałam na jego koszulę. Srebrny brokat nadal tkwił przy kołnierzu, choć próbował go zetrzeć mokrą dłonią.

— Mam ją na każdej stronie.

Roman spuścił wzrok.

Nie zabrałam zdjęć z półki. Nie chciałam wynosić ze sobą dowodów, że kiedyś wierzyłam w człowieka, który potrafił wycenić nawet własne urodziny.

Przy wyjściu zatrzymała mnie wiadomość od Marty. Przesłała skan pierwszego przelewu i krótkie zdanie: „To był początek. Są jeszcze inne konta”.

Przeczytałam je dwa razy.

Potem odpisałam: „Jutro o ósmej. Przynieś wszystko”.

Na ekranie telefonu pojawił się nowy wpis w kalendarzu. Nie bankiet. Nie rocznica. Nie cudzy plan.

„Rozliczenie Romana — 8:00”.

Оцените статью