CZĘŚĆ 4
— Kto z nią jedzie? — zapytał Diego.
Lucía spojrzała na ekran telefonu.
— Jej wujek Esteban. Ten sam, który prowadził kancelarię po śmierci jej matki.
Diego cofnął się o krok.
— Nie żyje.
— Esteban żyje — powiedział Rafael. — Przez lata mieszkał w Querétaro i opiekował się archiwum rodziny Mariany.
Teresa zerwała się z krzesła.
— To niemożliwe. Na pogrzebie widziałam jego trumnę.
— Widziałaś zamkniętą trumnę — odezwała się Lucía. — I właśnie dlatego wszyscy uwierzyli w tę historię.
Diego spojrzał na matkę z niedowierzaniem.
— Co mu zrobiłaś?
Teresa nie odpowiedziała.
Na ulicy zatrzymał się granatowy samochód. Mariana wysiadła pierwsza. Miała na sobie prosty płaszcz w kolorze kawy i trzymała w ręku cienką, drewnianą kasetę z mosiężnym zamkiem.
Za nią pojawił się wysoki, siwowłosy mężczyzna.
Kiedy Diego go zobaczył, jego twarz straciła resztkę koloru.
— Wuj Esteban — powiedziałam.
Nie musiałam podnosić głosu. Cały ganek i tak milczał.
Diego zszedł po schodach.
— Powiedz, że to żart.
— Nie przyjechałam tu żartować.
Esteban postawił obok siebie laskę i otworzył kasetę. W środku znajdowały się stare akty, potwierdzenia przelewów oraz koperta z pieczęcią banku.
— Mariana nie odziedziczyła po matce tylko biżuterii — powiedział. — Odziedziczyła również udziały w rodzinnej spółce. Gdy Diego poprosił o pieniądze na rozpoczęcie działalności, siostrzenica chciała mu pomóc. Jej matka zgodziła się pod jednym warunkiem: dom miał zostać zabezpieczony na jej nazwisko.
Diego zacisnął szczękę.
— Powiedziałaś mi, że to formalność.
— Ty powiedziałeś mi, że oddasz wszystko w ciągu roku.
— Firma miała problemy.
— Firma miała problemy, bo wyciągałeś z niej pieniądze na samochody, zegarki i mieszkanie Valentiny.
Valentina odwróciła się do niego.
— Mieszkanie? Wynająłeś mi je, mówiąc, że jest służbowe.
Diego wyciągnął rękę.
— Valentina, posłuchaj mnie.
— Nie dotykaj mnie.
Jej głos był cichy, lecz wystarczył, by się zatrzymał.
Esteban położył na stole kopertę z bankową pieczęcią.
— Jest jeszcze dokument, którego Diego nie widział. W dniu podpisania umowy Mariana ustanowiła fundusz zabezpieczający. Jeśli dom zostanie odzyskany, pierwsza część pieniędzy ma zostać przeznaczona na spłatę pracowników firmy.
Diego spojrzał na mnie.
— Chcesz oddać pieniądze ludziom, którzy mnie zdradzili?
— Chcę oddać pieniądze ludziom, których ty okradłeś.
— A mnie zostawisz z długami?
— Długi powstały, zanim wyszłam z domu.
— Byłaś moją żoną!
— Byłam twoją żoną, nie twoją wspólniczką w oszustwie.
Teresa podeszła do stołu i chwyciła jeden z dokumentów.
— To wszystko przez ciebie — syknęła do mnie. — Gdybyś oddała mu pieniądze bez tych warunków, nic by się nie stało.
— Oddałam mu więcej, niż musiałam.
— Mój syn miał prawo do tego domu.
— Miał prawo do wdzięczności. Nie do cudzej własności.
Wtedy Valentina zaczęła płakać. Nie z powodu domu. Z powodu telefonu, który właśnie odłożyła.
— Wyniki badania są gotowe — powiedziała.
Diego odwrócił się do niej.
— Jakiego badania?
— Tego, którego tak bardzo nie chciałeś zrobić.
Teresa pobladła.
Valentina wyjęła z torebki białą kopertę. Papier zadrżał jej w palcach.
— Dziecko nie jest twoje, Diego.
Nikt się nie poruszył.
Diego spojrzał na jej brzuch, potem na kopertę.
— Co powiedziałaś?
— Ojcem jest Mateo, kierowca, którego zwolniłeś w listopadzie. Spotykaliśmy się wcześniej. Powiedziałam ci o ciąży, bo obiecałeś, że kupisz nam dom i załatwisz wszystko. Nie wiedziałam, że dom już do ciebie nie należy.
Teresa zakryła usta dłonią.
— Valentina, ty niewdzięczna…
— To wy nauczyliście mnie, że wszystko ma swoją cenę.
Diego zaczął oddychać ciężko. W jego ręce drżała kartka, którą wcześniej ściskał z taką pewnością.
— Mariana, porozmawiajmy sami.
— Nie ma już czego ukrywać.
— Mogę ci oddać dom.
— On nigdy nie był twój.
— Mogę spłacić dług.
— Nie masz czym.
— Sprzedam firmę.
— Firma nie należy już tylko do ciebie. Pracownicy dostaną swoje pieniądze, a księgowość zostanie przekazana niezależnemu zarządcy.
Diego spojrzał na Lucíę.
— To ty ją do mnie sprowadziłaś?
— Nie. To ty zostawiłeś ślady. Ja tylko przestałam je zasłaniać.
Rafael wyjął z teczki ostatni dokument.
— Tu znajduje się oświadczenie o dobrowolnym przekazaniu zarządu nad firmą oraz zgoda na audyt. Podpisał je pan wczoraj rano, kiedy myślał, że sprzedaje udziały swojemu wspólnikowi.
Diego zamarł.
— Komu sprzedałem udziały?
Esteban odpowiedział spokojnie.
— Funduszowi, którego pełnomocnikiem jest Mariana.
Tym razem nawet Teresa nie próbowała krzyczeć.
Diego popatrzył na mnie, jakby dopiero teraz zobaczył kobietę, z którą mieszkał przez dziewięć lat.
— Cały czas to planowałaś?
— Nie. Cały czas próbowałam wierzyć, że nie będę musiała tego robić.
— A kiedy podpisałaś rozwód?
— Wiedziałam, że nie chcesz żony. Chciałeś kogoś, kto będzie płacił za twoje decyzje.
Wyjęłam z kieszeni mały metalowy znacznik z numerem domu. Zadrapanie w kształcie półksiężyca wciąż było widoczne.
— Pamiętasz ten dzień? — zapytałam.
Diego spojrzał na znacznik.
— Mówiłaś, że zbudujemy tu rodzinę.
— Mówiłam. Ty zbudowałeś scenę, na której wszyscy mieli udawać, że należysz do czegoś, na co nigdy nie zapracowałeś.
O jedenastej pracownicy firmy zaczęli przyjeżdżać po swoje rzeczy i dokumenty. Lucía została, by przekazać im informacje o funduszu. Rafael wręczył mi klucze. Esteban usiadł przy stole i po raz pierwszy od lat pozwolił sobie na zmęczenie.
Teresa spakowała porcelanę do kartonów. Nie zabrała ani jednego obrazu z korytarza, choć jeszcze poprzedniego wieczoru twierdziła, że wszystko w domu jest jej.
Valentina odeszła sama. Przed bramą zatrzymała się obok mnie.
— Przepraszam — powiedziała.
— Za co?
— Za to, że uwierzyłam w jego opowieści.
— Każdy wierzy w coś, czego bardzo potrzebuje.
Położyła na mojej dłoni pierścionek od Diega.
— Nie chcę, żeby moje dziecko dostało coś, co kupiono za cudze pieniądze.
— Zatrzymaj go. Sprzedaj i opłać badania. Resztę oddaj Mateo, jeśli naprawdę zamierzasz z nim rozmawiać.
Valentina zacisnęła palce na pierścionku i odeszła.
Diego został na schodach z jedną torbą. Bez samochodu, bez firmy i bez kobiety, dla której wyrzucił mnie z domu.
— Mariana — zawołał.
Odwróciłam się.
— Nie proszę o powrót. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej.
Popatrzyłam na szklany stół, na którym poprzedniej nocy położył dokumenty rozwodowe.
— Bo chciałam, żebyś odszedł z własnej woli. Dopiero wtedy zrozumiałam, że musisz stracić wszystko, co uważałeś za moje.
Nie odpowiedział.
W południe na ganku zawisła nowa tabliczka. Nie z nazwiskiem Diega. Z nazwą funduszu, który miał spłacić pracowników i ochronić dom przed kolejnym człowiekiem przekonanym, że cudza lojalność jest jego majątkiem.
Kiedy Esteban podał mi dokument przejęcia, nie patrzyłam na Diega.
Patrzyłam na półksiężyc wyryty na metalowym numerze domu.
I pomyślałam, że niektóre ślady nie pokazują, gdzie się zgubiło drogę — tylko kto miał prawo wskazać kierunek.
Przegapiłeś początek?






