CZĘŚĆ 4
Zdjęcie zostało zrobione z drugiej strony ulicy.
Rozpoznałem firankę w sypialni, pękniętą doniczkę na parapecie i mosiężną tabliczkę z numerem domu, którą Emily przykręciła krzywo po naszym ślubie.
— To niemożliwe — powiedziałem.
Generał Hale wyrwała mi telefon z ręki.
— Wszyscy wychodzą z tej sali. Teraz.
Cameron roześmiał się nerwowo.
— Mówiłem, że nie macie pojęcia, z kim zadzieracie.
Hale spojrzała na niego.
— Właśnie dlatego pan zostaje.
— Mój ojciec…
— Pański ojciec również.
Richard Voss nie protestował. Patrzył na syna, jakby po raz pierwszy dostrzegł w nim nie rozpieszczonego następcę, lecz człowieka, którego przez lata osłaniał własnymi pieniędzmi.
Pani Marlow zaczęła płakać.
— Ten mężczyzna przy telefonie… — wyszeptała. — To nie był ktoś z rodziny Vossów.
Odwróciłem się.
— Skąd pani wie?
— Bo znam jego głos. Słyszałam go przy przyjęciu Emily. Był z nimi, ale to on kazał Cameronowi odejść od łóżka. Powiedział, że jeśli dziewczyna umrze, wszyscy zapłacą.
— Jak się nazywa?
Pani Marlow zacisnęła dłonie na krawędzi stolika.
— Aaron Pike. Kiedyś pracował w biurze szeryfa. Teraz prowadzi prywatną firmę ochroniarską.
Nazwisko uderzyło we mnie jak wspomnienie z czasów służby. Aaron Pike był doradcą generała Hale’a podczas operacji na Bliskim Wschodzie. To on znał procedury przemieszczania wojsk, rozkłady lotów i sposoby omijania ochrony.
Spojrzałem na Hale’a.
— On wiedział, kiedy ląduję.
— I wiedział, jak wysłać zdjęcie z korytarza — odpowiedziała. — Ale nie wiedział, że przejęliśmy sygnał z jego telefonu.
Kobieta z federalnej inspekcji pokazała ekran tabletu. Na mapie pojawiła się czerwona kropka, przesuwająca się w stronę rzeki James.
— Pike jedzie do przepompowni — powiedziała. — Prawdopodobnie chce odzyskać brakujące dokumenty.
— Brakujące? — zapytałem.
Emily poruszyła się na poduszce.
— W pudełku nie było wszystkiego.
Podniosłem wzrok.
— Co jeszcze masz?
Uśmiechnęła się słabo, choć ból wykrzywił jej twarz.
— Klucz.
Wyjęła go spod poduszki. Był mały, stalowy, owinięty białą taśmą, dokładnie taką, jakiej używała do podpisywania pudeł z zimowymi dekoracjami.
— Znalazłam go przy dokumentach — powiedziała. — Nie wiedziałam, do czego służy. Ale Cameron wiedział. Kiedy zobaczył go pod moją poduszką, przestał pytać o pudełko i zaczął krzyczeć, żebym powiedziała, komu go oddałam.
— Komu go oddałaś?
Emily spojrzała na panią Marlow.
— Nikomu. Klucz był przy mnie przez cały czas.
Zrozumiałem, że Cameron blefował. Chciał sprawdzić, czy Emily pamięta, gdzie ukryła drugi dowód.
— A pudełko? — spytałem.
Emily skinęła głową w stronę starego wózka z pościelą stojącego przy łazience.
— W środku jest podwójne dno.
Pani Marlow pobiegła po wózek. Po chwili wyjęła z niego płaskie metalowe pudełko, owinięte w pieluchę szpitalną. W środku leżał zeszyt z nazwiskami, datami i numerami rachunków.
Na ostatniej stronie widniał podpis Aarona Pike’a.
Nie przy pierwszym przelewie.
Przy wszystkich.
— To on prowadził księgowość — powiedziała Emily. — Vossowie dawali pieniądze, Cole wydawał polecenia, Cameron wykonywał brudną robotę. Ale Pike pilnował, żeby nikt nie mógł ich połączyć.
Wtedy z korytarza dobiegł wrzask.
Cameron wyrwał się jednemu z funkcjonariuszy i rzucił na ojca.
— To ty mnie w to wciągnąłeś!
Richard cofnął się pod ścianę.
— Płaciłem, żeby cię chronić.
— Płaciłeś, żeby nie wyszło, jakim jesteś potworem!
— Zamknij się!
— To ty kazałeś pobić Emily!
W sali zapadła cisza, ale nie ta spokojna. Była ciężka jak beton.
Richard chwycił syna za kołnierz.
— Powiedziałem, żeby ją nastraszyć.
Emily odwróciła twarz. Jej palce zacisnęły się na prześcieradle.
— Cameron — powiedziałem. — Kto wydał rozkaz złamania jej nóg?
Patrzył na ojca, potem na mnie.
— Pike powiedział, że jeśli nie odzyskamy zeszytu, następna osoba nie przeżyje.
— Kto miał być następny?
Cameron przełknął ślinę.
— Dziewczyna z parkingu.
Pani Marlow zakryła usta dłonią.
Hale od razu wydała polecenia. Jedni funkcjonariusze pojechali do mieszkania świadka, inni ruszyli za Pike’em. Richard Voss został zatrzymany wraz z synem i szeryfem Cole’em, ale nie było w tym triumfu. Emily leżała z nogami unieruchomionymi pod kątem, którego nie potrafiłem przestać widzieć.
— Jedź — powiedziała do mnie.
— Nie zostawię cię.
— Zostawisz, jeśli pojedziesz ratować tamtą dziewczynę.
— To nie twoja wina.
— Wiem. Ale możesz sprawić, żeby moja krzywda nie była ostatnią.
Pojechaliśmy do przepompowni przed świtem. Budynek stał przy rzece, otoczony wysoką trawą i rdzewiejącymi rurami. Pike czekał w środku, z zeszytem, którego kopię wysłała wcześniej Emily do ukrytej skrzynki pocztowej.
Nie wiedział o kopii.
Kiedy zobaczył, że jestem z grupą federalną, podniósł ręce.
— Blake, posłuchaj mnie.
— Ty znałeś mój plan lotu.
— Hale wysyłała mnie tam, gdzie nie mogła wysłać ludzi.
— A potem sprzedawałeś informacje Vossom.
Pike spuścił wzrok.
— Miałem długi.
— Emily ma połamane nogi.
— Nie wydałem rozkazu.
— Wiedziałeś, że to zrobią.
Nie odpowiedział.
To wystarczyło.
Później dowiedziałem się, że Pike przez lata przekazywał Vossom dane o świadkach, którzy mogli zagrozić ich interesom. Zrobił to również podczas jednej z moich misji, kiedy sprzedał nazwiska ludzi pomagających armii. Trzech z nich zginęło. Hale nie znała całej prawdy. Ja też nie.
To był najcięższy cios.
Nie Cameron.
Nie Cole.
Pike.
Człowiek, który znał mój głos w radiu i przynosił listy do namiotu, kiedy wracałem z patroli.
Emily przeszła kilka operacji. Lekarze powiedzieli, że będzie chodzić, ale długo nie bez bólu. Pani Marlow zeznawała mimo gróźb i nie przyjęła ani grosza od fundacji, która próbowała kupić jej milczenie. Młoda kobieta z parkingu dostała ochronę i sama zdecydowała, że ponownie opowie swoją historię.
Richard Voss stracił firmę, majątek i ludzi, którzy przez lata wykonywali jego polecenia. Cameron nie odzyskał wolności. Nie dlatego, że ktoś wygłosił wielką mowę, lecz dlatego, że jego własne słowa w szpitalu połączyły go z rozkazem, którego próbował zaprzeczać.
Szeryf Cole zrezygnował, zanim jego nazwisko znalazło się na pierwszych stronach gazet.
A Emily?
Nie chciała wracać do naszego domu.
— Tamte schody już zawsze będą miały jego oddech — powiedziała.
Sprzedaliśmy go. Nie dla pieniędzy. Żeby nie musiała codziennie patrzeć na miejsce, w którym została zostawiona sama przeciwko wszystkim.
Kompas, który ściskałem na lotnisku, położyłem na jej szpitalnym stoliku. Emily przekręciła go palcem.
— Nadal działa? — zapytała.
— Zawsze wskazywał północ.
— Nie. — Spojrzała na mnie. — Wskazywał drogę do mnie.
Kilka dni później odwiedziła nas młoda kobieta z parkingu. Stała przy łóżku Emily, blada i spięta.
— Nie wiem, jak pani dziękować — powiedziała.
Emily odpowiedziała spokojnie:
— Nie dziękuj. Podpisz swoje zeznanie i nie pozwól nikomu wmówić ci, że pamiętasz źle.
Kobieta skinęła głową.
Kiedy wyszła, Emily poprosiła, żebym przeczytał jej ostatnią stronę zeszytu. Pod podpisem Pike’a widniała lista nazwisk, a na samym dole jedno puste miejsce.
— Dlaczego zostawił pustą linię? — spytałem.
Emily zamknęła oczy.
— Bo czekał na kolejne nazwisko.
Dopisałem tam datę ataku na nią.
Nie jej nazwisko.
Datę.
A potem Emily wzięła ołówek i obok niej napisała własne imię. Litery były nierówne, ale każda stała prosto.
Za szybą pielęgniarka pani Marlow niosła metalowe pudełko do archiwum dowodów. Zatrzymała się przy łóżku i powiedziała:
— Tym razem nikt go nie schowa.
Emily dotknęła mosiężnego kompasu.
— Nie — odparła. — Tym razem wszyscy będą wiedzieli, dokąd prowadził.
Igła drgnęła w jej dłoni i zatrzymała się na północy, dokładnie nad zapisanym nazwiskiem.
Przegapiłeś początek?






