CZĘŚĆ 4 — Kiedy macocha wyrzuciła mnie z domu nad morzem, odpowiedziałam spokojnie — wtedy jej uśmiech nagle zniknął

CZĘŚĆ 4

— To niemożliwe — powiedziała Diana.

Jej głos załamał się przy ostatnim słowie. Deszcz uderzał o deski molo, a latarnia morska przesuwała po wodzie czerwoną smugę.

Evelyn nie odrywała wzroku od telefonu.

— Bank ma wniosek o wypłatę z funduszu powierniczego. Kwota: sto osiemdziesiąt tysięcy złotych. Podpis elektroniczny przypisano do ciebie.

Diana spojrzała na swoje dłonie.

— Nie składałam żadnego wniosku.

— A jednak ktoś użył twoich danych — powiedział ojciec.

— Ty je miałeś — odparła natychmiast.

Robert zesztywniał.

Przez cały wieczór próbował wyglądać jak człowiek, który stracił kontrolę nad sytuacją. Dopiero wtedy zrozumiałam, że kontrola nigdy nie była jego celem. Chciał tylko kupić sobie czas.

— Rebecco, posłuchaj mnie — powiedział, robiąc krok w moją stronę. — Firma jest zadłużona. Jeden przelew mógł ją uratować. Potem oddałbym wszystko.

— Z mojego funduszu?

— Z pieniędzy, które twoja matka i tak zostawiła tobie.

— Nie miałeś prawa ich dotykać.

— Jestem twoim ojcem.

To zdanie spadło między nami ciężej niż deszcz.

Tomasz odwrócił głowę. Evelyn zacisnęła usta. Diana patrzyła na Roberta tak, jakby właśnie zobaczyła człowieka stojącego za jego elegancką koszulą i spokojnym głosem.

— Powiedziałeś mi, że sprzedałeś dom, żeby spłacić kredyt — wyszeptała.

— Bo musiałem cię uspokoić.

— Powiedziałeś, że Helena zostawiła ci wszystko.

— Diana, nie teraz.

— Właśnie teraz. Ile jeszcze razy kłamałeś?

Robert wyciągnął rękę, ale ona odsunęła się, jakby chciał ją uderzyć.

Evelyn schowała telefon do kieszeni.

— Bank wstrzymał wypłatę. Ale to nie rozwiązuje sprawy. Podpis złożono z urządzenia znajdującego się w domu nad morzem.

Spojrzałam na Tomasza.

— Kto miał tam dostęp?

— Robert. Diana. I ja.

— Ty nie użyłbyś jej podpisu — powiedziałam.

— Nie. Ale widziałem, jak Robert kilka tygodni temu zabierał z gabinetu małe urządzenie do podpisów. Myślałem, że należy do niego.

Ojciec zamknął oczy.

Nie musiał już niczego wyjaśniać.

Diana zdjęła rękawiczkę i przyjrzała się jej jak obcemu przedmiotowi.

— Wniosek złożono moim podpisem, ale z twojego komputera — powiedziała. — Chciałeś, żeby wszystko wyglądało na moją winę.

— To nie tak.

— A jak?

Robert otworzył usta, lecz nie znalazł odpowiedzi, która mogłaby przeżyć tę noc.

Pojechaliśmy do domu nad morzem w trzech samochodach. Evelyn jechała pierwsza, Tomasz za nią, a ja siedziałam z tyłu obok Diany. Przez całą drogę nie odezwałyśmy się ani razu. Między nami leżała mała szklana latarnia, którą zabrałam z mieszkania. Wstrząsy samochodu sprawiały, że metalowy uchwyt cicho brzęczał.

O dwudziestej drugiej czterdzieści Tomasz otworzył bramę kluczem, który dostał od Heleny. Nowe zamki rzeczywiście wisiały na drzwiach, lśniące i obce. Evelyn wyjęła z teczki wypis z powiernictwa, a potem przecięła plombę założoną przez ślusarza.

Weszłam do środka.

W salonie pachniało woskiem i wilgotnym drewnem. Na kominku nadal stało zdjęcie matki, ale obok niego brakowało porcelanowej muszli, którą zbierała od dzieciństwa.

— Diana — powiedziałam. — Co jeszcze wyniosłaś?

— Nie wiedziałam, że to nie moje — odpowiedziała.

— Wiedziałaś, że to rzeczy Heleny.

Przygarbiła się.

— Robert powiedział, że wszystko sprzedał. Kazał mi zabrać rzeczy, zanim przyjedziesz.

Nie broniła się dobrze. I chyba nie chciała już tego robić.

Tomasz zaprowadził nas do gabinetu. Pod dywanem widać było świeże ślady przesuwania mebli. Podniósł drewnianą listwę przy piecu i wyjął płaską skrzynię. W środku leżały rachunki, kopie przelewów, listy Roberta do banku i jedna kartka z odręczną notatką Heleny.

Evelyn przeczytała ją przy lampie.

— Jeśli Robert spróbuje sprzedać dom, Rebecca ma dostać nie tylko nieruchomość, ale także prawo do odzyskania pieniędzy zabranych z funduszu — powiedziała.

Ojciec stał przy biurku, z twarzą szarą od zmęczenia.

— Twoja matka chciała mnie zniszczyć — wyszeptał.

— Nie — odpowiedziałam. — Chciała, żebym nie musiała cię ratować.

Diana usiadła na brzegu fotela.

— Rebecco, ja naprawdę myślałam, że ten dom jest jego.

— A kiedy zadzwoniłaś do policji?

— Chciałam cię przestraszyć.

— Udało ci się.

Przyjęła te słowa bez protestu.

Evelyn zamknęła skrzynię.

— Robert musi podpisać oświadczenie o wycofaniu umowy i zwrócić pieniądze, które pobrał z firmowego rachunku. Diana odda wszystkie rzeczy Heleny. Jeśli tego nie zrobią, dokumenty trafią do banku i odpowiednich instytucji.

— Zrobię to — powiedział ojciec.

— Nie dla mnie — odparłam. — Dla siebie. Ja nie będę już podpisywała za ciebie żadnych zobowiązań.

Robert spojrzał na mnie.

— Nie chcesz mnie w swoim życiu?

Pytanie zabrzmiało inaczej niż wszystkie jego wcześniejsze słowa. Nie było w nim rozkazu. Był strach.

— Chcę, żebyś przestał nazywać kradzież troską, a kłamstwo rodziną. Potem zobaczymy.

Diana zdjęła z palca pierścionek z jasnym kamieniem i położyła go na stole.

— To należało do Heleny. Zabrałam go z sypialni. Oddaję.

Wzięłam pierścionek, ale nie założyłam go.

— Dziękuję.

Była to jedyna rzecz, jaką mogłam jej tego wieczoru dać.

Nad ranem wyszłam na werandę sama. Fale uderzały o brzeg w rytmie, który pamiętałam z dzieciństwa. Na stole postawiłam szklaną latarnię. Włożyłam do niej świecę i zapaliłam ją, choć świt już rozjaśniał niebo.

Tomasz pojawił się w drzwiach z porcelanową muszlą pod pachą.

— Znalazłem ją w ciężarówce Diany — powiedział. — Miała trafić do magazynu.

Przyjęłam muszlę obiema rękami. Na jej krawędzi wciąż widniała drobna plama niebieskiej farby, którą zrobiłam jako dziecko.

— Mama naprawdę myślała o wszystkim — powiedziałam.

— Nie o wszystkim — odparł Tomasz. — Nie mogła wiedzieć, że będziesz musiała sama zdecydować, co zrobić z tym domem.

Spojrzałam na białą werandę, na fotel bujany i na morze, które matka pokazywała mi kiedyś jak największy skarb.

Nie zamierzałam oddawać domu Dianie. Nie zamierzałam też urządzać w nim pomnika po wojnie z ojcem. Otworzyłam telefon i napisałam do Evelyn krótką wiadomość: Załóżmy tu fundusz dla dzieci pracowników portu. Niech ten dom komuś służy.

Tomasz przeczytał tekst i uśmiechnął się bez słowa.

Za moimi plecami Robert stanął w progu.

— Rebecca — powiedział cicho. — Mogę zostać i pomóc naprawić werandę?

Popatrzyłam na pękniętą deskę pod jego butem.

— Możesz. Ale zapłacisz za materiały sam.

Skinął głową.

Diana została w mieście. Odesłała wszystkie rzeczy Heleny, podpisała wycofanie roszczeń i zrezygnowała z udziału w firmie. Nie stała się nagle dobrą macochą. Po prostu po raz pierwszy poniosła koszt własnych decyzji bez zasłaniania się cudzym nazwiskiem.

Ojciec spłacił część długu, sprzedał samochód i oddał pieniądze pobrane z rachunku. Resztę miał zwrócić w ratach. Nie prosił mnie o wybaczenie. Zrozumiał, że nie da się go wymusić jednym zdaniem.

A ja zostałam przy domu nad morzem.

Nie dlatego, że wygrałam z Dianą.

Zostałam, bo matka zostawiła mi coś więcej niż akt własności. Zostawiła mi miejsce, w którym można było przestać dziedziczyć cudze kłamstwa.

Kiedy słońce wyszło zza chmur, ustawiłam porcelanową muszlę obok latarni na balustradzie. Z wnętrza muszli dobiegł cichy, morski szum.

Tomasz wskazał na drzwi gabinetu.

— Co zrobimy z tą skrzynią?

Dotknęłam pokrywy, pod którą leżały wszystkie rachunki, podpisy i dowody cudzych decyzji.

— Zostawimy ją otwartą — odpowiedziałam. — Żeby nikt już nie pomylił sekretu z rodziną.

A z werandy popłynął głos ojca, który po raz pierwszy zapytał, gdzie kupić gwoździe.

Оцените статью