CZĘŚĆ 4
…Nie rozłączyłem się.
— Kim pan jest?
— Doktorem Rafaelem Núñezem. Byłem dyrektorem kliniki, w której urodzili się chłopcy.
W pokoju nikt się nie poruszył. Nawet zegar na ścianie zdawał się tykać ciszej.
— Przyjedzie pan sam — powiedział lekarz. — I proszę nie mówić o tym matce.
Beatriz poderwała głowę.
— Adrian, nie jedź.
To zdanie powiedziała zbyt szybko.
Właśnie dlatego pojechałem.
O 15:20 klinika była prawie pusta. Doktor Núñez czekał w archiwum, między metalowymi szafami pachnącymi kurzem i środkiem dezynfekującym. Miał siwe włosy i dłonie zniszczone od częstego mycia.
— Pańska matka przyjechała tu sześć lat temu — powiedział. — Miała pełnomocnictwo do spraw finansowych fundacji kliniki.
— Po co?
Lekarz wyjął z szafy kopertę z pieczęcią placówki. Nie była szara ani biała, lecz kremowa, z bordową nitką zabezpieczającą brzeg.
— Twierdziła, że rodzina chce zachować prywatność. Poprosiła o zmianę danych przy jednym z dzieci.
— Nie rozumiem.
— Trzy nazwiska zostały wpisane prawidłowo. Przy czwartym pojawiło się nazwisko dawcy z programu leczenia niepłodności.
Krew odpłynęła mi z twarzy.
— Mój syn nie jest moim synem?
— Tego nie powiedziałem. Powiedziałem, że dokument został zmieniony.
Podał mi kopię formularza. Przy rubryce „ojciec” widniało inne nazwisko. Obok znajdowała się dopisana później adnotacja pielęgniarki: „Dziecko urodzone w tej samej ciąży, matka Lucía Ferrer”.
— Dlaczego pan to zachował?
— Bo wiedziałem, że wpis jest fałszywy. Ale Beatriz przekazała klinice cztery miliony euro. Dzięki temu uratowano oddział wcześniaków. Bałem się, że jeśli ją oskarżę, pieniądze znikną, a dzieci stracą opiekę.
— Czyj podpis jest na formularzu?
Lekarz odwrócił kartkę.
Podpis należał do Álvara.
Nie do mojej matki.
Wróciłem do biura o 16:10. Beatriz i Álvaro nadal tam byli. Lucía siedziała przy ścianie, a Celia trzymała ją za ramię. Teresa przeglądała dokumenty.
Położyłem formularz na stole.
— Który z moich synów został zapisany jako cudze dziecko?
Álvaro wstał tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o szafkę.
— To była techniczna pomyłka.
— Techniczna pomyłka wymaga podpisu.
— Nie wiedziałeś wtedy, czy Lucía będzie chciała pieniędzy. Musieliśmy zabezpieczyć majątek rodu.
Lucía podniosła się.
— Majątek rodu? Mój syn był dla was zabezpieczeniem?
Beatriz zaczęła płakać. Nie wyglądała już jak nieporuszona kobieta z rodzinnych przyjęć. Wyglądała jak ktoś, kto przez lata dźwigał ciężar, którego nie umiał odłożyć.
— Chciałam ochronić Adriana — wyszeptała. — Twój ojciec zostawił firmę zadłużoną. Álvaro groził, że sprzeda udziały ludziom, którzy zniszczyliby wszystko. Potrzebowałam Adriana na miejscu.
— Więc odebrałaś mi dzieci, żeby zatrzymać mnie w firmie?
— Myślałam, że kiedyś mi podziękujesz.
— Za sześć lat, których nie pamiętają?
Nie odpowiedziała.
O 17:00 pojechaliśmy do domu Lucíi. Chłopcy siedzieli przy stole i budowali z klocków stację kosmiczną. Mateo miał plaster na brodzie, Hugo trzymał figurkę astronauty, Leo układał czerwone elementy według rozmiaru, a Daniel spał z policzkiem opartym o książkę.
Stanąłem w progu, lecz nie wszedłem dalej.
— Mogę z nimi porozmawiać? — zapytałem.
Lucía skinęła głową.
— Bez obietnic, których nie możesz spełnić.
Usiadłem na podłodze.
— Jestem Adrian. Chcę wam powiedzieć coś ważnego.
Daniel otworzył jedno oko.
— Jesteś panem z fotografii?
— Tak.
— Jesteś naszym tatą?
Przełknąłem ślinę.
— Jestem waszym ojcem. Ale wiem, że słowo „tata” trzeba sobie zdobyć.
Hugo zmarszczył brwi.
— Umiesz naprawiać rakiety?
— Nie. Ale mogę się nauczyć.
Mateo podał mi oderwane skrzydło z klocków.
— To zacznij od tego.
Naprawiałem je przez kilka minut. Palce drżały mi tak mocno, że trzy razy źle połączyłem elementy. Nikt się nie śmiał.
Następnego dnia zrezygnowałem z funkcji w zarządzie. Nie oddałem rodzinie udziałów; przekazałem ich kontrolę niezależnemu powiernikowi, żeby Beatriz ani Álvaro nie mogli nimi handlować. Cztery miliony euro z funduszu trafiły do kliniki i na rachunek przeznaczony dla chłopców. Lucía dostała pełne prawa do pieniędzy, które przez lata były jej ukrywaną krzywdą.
Álvaro musiał opuścić firmę. Nie zgłosiłem go od razu. Najpierw zażądałem, żeby podpisał oświadczenie przy całej radzie nadzorczej i zwrócił wszystkie wynagrodzenia pobrane za operację. Zrobił to, bo bez podpisu straciłby możliwość kierowania funduszem.
Beatriz sprzedała dom w Pozuelo i przeznaczyła pieniądze na leczenie wcześniaków w klinice doktora Núñeza. Nie nazwałem tego odkupieniem. Był to dopiero pierwszy rachunek.
Inés przyszła do mnie tydzień później. Spotkaliśmy się nie w restauracji, lecz przed jej kancelarią, gdzie wiatr przewracał ulotki przy krawężniku.
— Chciałam cię znienawidzić — powiedziała.
— Masz do tego prawo.
— Nie. Chcę tylko wiedzieć, czy choć raz zamierzasz wybrać coś sam.
Spojrzałem na pierścionek, który nadal nosiłem w kieszeni.
— Wybrałem.
— Lucíę?
— Nie. Prawdę. A potem wybiorę, jak żyć z tym, co zrobiłem i czego nie zrobiłem.
Inés oddała mi pudełko z pierścionkiem.
— Sprzedaj go. Czterech chłopców potrzebuje dobrych butów, nie kolejnego symbolu twojej rodziny.
Tak też zrobiłem.
Kilka dni później doktor Núñez poprawił akt urodzenia czwartego chłopca. Badanie potwierdziło to, co dokument ukrywał: Daniel również był moim synem. Jego nazwisko nigdy nie powinno zostać zmienione.
Kiedy powiedziałem o tym chłopcom, Daniel długo patrzył na nowy dokument.
— Czy teraz naprawdę jesteś naszym tatą? — zapytał.
— To wy zdecydujecie.
Podał mi kartkę z rysunkiem czterech astronautów. Przy piątym zostawił puste miejsce.
— Ten jest dla ciebie — powiedział. — Ale nie możesz odlatywać bez nas.
Lucía stała przy kuchennym blacie. Nie uśmiechała się jeszcze, lecz jej ramiona nie były już napięte.
— Adrian — powiedziała — jutro o ósmej jest zebranie w szkole.
— Będę.
— Nie spóźnij się.
— Nie spóźnię się.
Daniel wsunął mi do dłoni naprawioną rakietę z klocków. Jedno skrzydło nadal było krzywe.
— Tato, ona nie leci prosto.
Spojrzałem na chłopców, na Lucíę i na rakietę, która mimo krzywego skrzydła wciąż trzymała się razem.
— W takim razie polecimy razem i zobaczymy, dokąd nas zniesie.






