CZĘŚĆ 4
…Przeczytałam wiadomość jeszcze raz.
Potem trzeci.
Pod spodem widniał adres opuszczonego domu opieki na obrzeżach miasta.
— Kto to wysłał? — zapytała Irena.
— Nie wiem.
Daniel zerwał się z krzesła.
— Nigdzie nie pojedziesz.
— Właśnie tam pojadę.
— Laura, nie rozumiesz, co może się stać.
— Rozumiem więcej niż ty przez osiem lat.
Wzięłam płaszcz z wieszaka. Przy kieszeni znalazłam mały, twardy przedmiot. To była opaska szpitalna Nory, którą Daniel wcześniej wyjął z puszki. Musiał ją upuścić, kiedy Irena pokazała dokument.
Ścisnęłam ją w dłoni.
Na papierze zostało jedno czytelne słowo: Nora.
Emily stała na schodach.
Nie słyszałam, kiedy zeszła z pokoju.
— Mamo, jedziesz po nią?
Nie zapytałam, skąd wie.
— Tak.
— Ona nie lubi tego domu.
— Dlaczego?
Emily spojrzała na Daniela.
— Bo pan w białym fartuchu mówił jej, że mama jej nie chce.
Daniel gwałtownie odwrócił głowę.
Irena pobladła.
— Pan w białym fartuchu? — zapytałam.
Emily pokiwała głową.
— Ma ręce pachnące mydłem i zawsze trzyma pióro w kieszeni.
Irena zacisnęła palce na teczce.
— To doktor Wolski. Kierownik tamtego ośrodka.
Daniel ruszył w stronę Emily.
— Ona nie może tego pamiętać.
— Ona tego nie pamięta — powiedziałam. — Ona to widzi.
Nie czekałam na jego zgodę.
Pojechałyśmy razem z Ireną. Daniel został w domu tylko dlatego, że Emily nie chciała się do niego zbliżyć. Na dworze wiatr szarpał gałęziami, a wycieraczki samochodu rozmazywały światła latarni na przedniej szybie.
Dom opieki stał za murem porośniętym bluszczem. Tabliczka nad wejściem była pęknięta, lecz dało się odczytać nazwę: „Przystań świętej Anny”.
Drzwi otworzyła nam kobieta około sześćdziesiątki.
— Pani Laura? — zapytała.
— Kto panią zawiadomił?
— Nazywam się Beata. Opiekowałam się Norą.
Słowo „opiekowałam” przeszyło mnie mocniej niż wszystko, co powiedział Daniel.
Wprowadziła nas do małego gabinetu. Na biurku stał plastikowy kubek z wyblakłym rysunkiem kwiatów. Pod ścianą leżał stos teczek.
— Nora żyje? — zapytałam.
Beata spuściła wzrok.
— Żyła jeszcze wczoraj.
Kolana się pode mną ugięły.
— Co to znaczy?
— Ma ciężką wadę serca. Od miesięcy czeka na miejsce w ośrodku specjalistycznym. Wczoraj doktor Wolski podpisał zgodę na przewiezienie jej gdzieś indziej.
— Gdzie?
— Nie wiem. Dlatego napisałam do pani.
Irena uderzyła dłonią w biurko.
— Jak mogła pani tak długo milczeć?
— Próbowałam. Pani mąż co roku płacił za jej pobyt, ale zabronił ujawniać nazwisko matki. Myślałam, że robi to z troski.
— Płacił? — wyszeptałam.
Beata wyjęła rachunki.
Każdy przelew pochodził z konta Daniela.
Nie zostawił Nory bez pomocy. Ukrył ją, ale opłacał leczenie przez osiem lat. To nie czyniło jego kłamstwa mniejszym. Czyniło je tylko bardziej skomplikowanym.
— Gdzie jest teraz? — zapytałam.
Beata wskazała korytarz.
— W sali numer trzy.
Drzwi były uchylone.
Dziewczynka siedziała na łóżku, drobna i blada. Miała mokre włosy, choć nie padała na nią żadna kropla. Przy szyi widniała cienka blizna.
Kiedy mnie zobaczyła, przestała rysować.
— Mama? — zapytała.
Nie wiedziałam, czy mówi do mnie, czy do kogoś, kogo widziała obok.
Podeszłam powoli.
— Mam na imię Laura.
Dziewczynka dotknęła kartki. Narysowała dwa łóżka, jedno obok drugiego. Na jednym leżała ona. Na drugim Emily.
— Ona mówiła, że pani płacze — powiedziała Nora.
Łzy spłynęły mi po twarzy.
— Emily cię widzi.
— Wiem.
— Dlaczego przychodzisz do jej pokoju?
Nora wzruszyła ramionami.
— Bo miała miejsce.
To było wszystko.
Nie żądała prezentów. Nie pytała, dlaczego ją oddano. Po prostu chciała leżeć obok siostry, której nigdy nie pozwolono jej poznać.
Wtedy na korytarzu rozległy się szybkie kroki.
Daniel wbiegł do sali. W ręku trzymał dokumenty, a jego twarz była mokra od deszczu.
— Nora, musimy jechać.
Dziewczynka cofnęła się pod ścianę.
— Nie chcę.
— Lekarze ci pomogą.
— Ty też mówiłeś, że pomogą.
Daniel zatrzymał się jak uderzony.
Podszedł do niej, ale nie wyciągnął rąk.
— Bałem się — powiedział. — Nie ciebie. Tego, że jeśli cię przyprowadzę do domu, twoja matka umrze z żalu. A potem każdego dnia było trudniej powiedzieć prawdę.
Nora spojrzała na mnie.
— Czy ona mnie chce?
Nie potrafiłam odpowiedzieć spokojnie.
— Chcę cię poznać. To nie naprawi ośmiu lat, ale jest prawdą.
Daniel zaczął płakać. Nie odwrócił twarzy, nie schował rąk. Stał przed córką z dokumentami zwisającymi przy boku.
— Podpisałem zgodę na transport — powiedział. — Ale nie dlatego, że chciałem ją ukryć. Jej serce przestało dawać radę. Ośrodek w Szwajcarii przyjął ją jeszcze tej nocy. Samolot odlatuje za dwie godziny.
Spojrzałam na niego.
— Dlaczego nie powiedziałeś mi tego w domu?
— Bo wiedziałem, że pojedziesz za nią. A ja nie miałem odwagi zobaczyć, co zrobiłem, kiedy staniesz obok niej.
Nora wyciągnęła rękę.
Nie do niego.
Do mnie.
Chwyciłam jej palce. Były lodowate, ale żywe.
— Możemy pojechać razem — powiedziałam.
Daniel zamknął oczy.
— Nie zasługuję, żeby z wami lecieć.
— To nie jest nagroda. To rachunek za twoje decyzje.
Irena odwróciła się do niego.
— A dokumenty, które podrobił pan osiem lat temu, też będą rachunkiem.
Daniel pokiwał głową.
— Wiem.
Pojechaliśmy na lotnisko osobno. Daniel wiózł dokumenty. Ja siedziałam z Norą, a Irena obok nas trzymała teczkę na kolanach.
Przed wejściem do samolotu Nora zaczęła kaszleć. Przycisnęła dłoń do szyi i spojrzała w pustą przestrzeń obok mnie.
— Emily mówi, że będzie czekać.
— Będzie.
— A ty?
Przyłożyłam jej do ramienia brązowy koc, który Beata znalazła w starej szafie. Pachniał mokrym miodem.
— Ja też.
Nora zamknęła oczy.
— Powiedz jej, że łóżko już nie jest za małe.
Tydzień później Emily położyła na swoim materacu dwie poduszki. Jedną dla siebie, drugą dla siostry. Kiedy zapytałam, po co to robi, wskazała na kamerę w rogu pokoju.
— Żeby Nora wiedziała, gdzie ma spać.
Tego wieczoru ekran zamigotał.
Materac ugiął się po lewej stronie.
Emily uśmiechnęła się przez sen i wyszeptała:
— Znalazłyśmy ci miejsce.
Przegapiłeś początek?






