Mąż skreślił mnie z listy własnych gości i zażądał pieniędzy na bankiet, lecz po mojej odpowiedzi nagle zbladł

Kiedy Roman wyrwał mi z ręki telefon i zobaczył nazwisko na ekranie, jego twarz zmieniła kolor szybciej niż herbata w filiżance. Był wtorkowy wieczór, kilka minut po dziewiętnastej, a my siedzieliśmy przy kuchennym stole między talerzem wystygłych placków a błyszczącą teczką z umową na jego pięćdziesiąte urodziny.

— Nie odbieraj — powiedział.

— To mój telefon.

— Powiedziałem, żebyś nie odbierała.

Palce zacisnął na obudowie tak mocno, że pobielały mu knykcie. Zwykle robił to przed kłótnią. Najpierw zabierał przedmiot, potem głos, a na końcu całą przestrzeń w pokoju.

— Oddaj mi go, Roman.

— Nie rób scen przy takiej bzdurze.

Spojrzałam na ekran. Dzwoniła Ewa Kaczmarek, księgowa z restauracji, którą Roman wynajął na bankiet. Dwa dni wcześniej sama uzgadniałam z nią menu, liczbę stolików i zaliczkę. Teraz Roman oznajmił, że nie jestem już zaproszona.

— Wykreśliłem cię z listy gości — powiedział, poprawiając mankiet koszuli. — A zaliczkę wpłacisz ty.

Na stole leżała umowa. Przesunęłam ją z powrotem na jego stronę.

— Lista gości jest twoją prywatną sprawą. W takim razie bankiet też jest twoim prywatnym wydatkiem.

— Przecież jesteśmy małżeństwem.

— Wczoraj byliśmy. Dzisiaj, kiedy trzeba było pokazać mnie ludziom, stałam się problemem.

Roman zaśmiał się krótko, bez wesołości. Na jego kołnierzu zauważyłam drobinkę srebrnego brokatu. Nigdy nie używałam takiego pudru. Nie zapytałam o to. Jeszcze nie.

— Nie będę tłumaczył ci rzeczy oczywistych — syknął. — Przyjdą ludzie z zakładu, kierownictwo, dostawcy. To moje urodziny. Chcę wyglądać jak człowiek, który coś osiągnął, a nie jak ktoś, kto musi przyprowadzać żonę za rękę.

Wtedy telefon zawibrował ponownie. Roman spojrzał na ekran, a potem zbyt szybko go wygasił.

— Ewa chce potwierdzenia zaliczki — powiedziałam.

— Potwierdzenie będzie, jeśli zrobisz przelew.

— Z naszego konta?

— Z twojego.

Wstałam. Krzesło zaskrzypiało po płytkach, a zapach masła nagle wydał mi się ciężki i mdły. Pracowałam jako księgowa od szesnastu lat. Rozpoznawałam kłamstwo po tym, jak człowiek układał dokumenty. Roman położył teczkę idealnie równolegle do krawędzi stołu, ale drugą stronę umowy zagiął pod palcem.

— Co jest na drugiej stronie? — zapytałam.

— Dane restauracji.

— Pokaż.

— Lena, nie zaczynaj.

Wyciągnęłam rękę. Roman przycisnął dokument dłonią.

— Jeśli nie zapłacisz do jutra do południa, restauracja anuluje rezerwację. Wszyscy będą wiedzieli, że przez ciebie mój jubileusz się nie odbędzie.

— Przez mnie? Przecież właśnie mnie z niego wyrzuciłeś.

— Nie przesadzaj.

Telefon znów zawibrował, tym razem na blacie. Roman rzucił się do niego, lecz byłam szybsza. Zobaczyłam tylko początek wiadomości: „Nie mogę dłużej czekać, skarbie…”.

Roman wyrwał mi telefon.

Przez sekundę patrzyliśmy na siebie, a między nami leżała teczka z umową, której nie zamierzałam już opłacać.

— Odłóż ją — powiedziałam. — Jutro sama porozmawiam z restauracją.

Jego ręka drgnęła, kiedy sięgnął po zagiętą stronę dokumentu…

CZĘŚĆ 2

Jego palce zatrzymały się na papierze, lecz nie zdążył go wyjąć. W przedpokoju zadzwonił domofon. Była dziewiętnasta dwadzieścia trzy, a metaliczny brzęczyk przeszył mieszkanie jak alarm.

— Kto to? — zapytałam.

Roman schował telefon do kieszeni.

— Nikt ważny.

Domofon zadzwonił ponownie.

— Lena, otwórz! — zawołał ktoś z dołu.

Poznałam głos Ewy. Roman zaklął pod nosem i podszedł do drzwi.

— Nie wpuszczaj jej — powiedziałam.

— To mój dom.

— A ja jestem twoją żoną, którą właśnie wyrzuciłeś z własnego bankietu. Możemy przynajmniej zachować pozory rozmowy.

Otworzył. Ewa weszła z mokrym parasolem i małą granatową kopertą w dłoni. Miała na sobie płaszcz pachnący deszczem i miętowe cukierki, które zawsze trzymała przy kasie w restauracji.

— Roman, musimy wyjaśnić sprawę zaliczki — powiedziała.

— Nie teraz.

— Właśnie teraz. Bank zamknął dzisiaj rozliczenia.

Ewa spojrzała na mnie.

— Pani Lena, czy to pani podpisała aneks?

Roman obrócił się gwałtownie.

— Jaki aneks?

Ewa wyjęła z koperty dwie kartki. Na pierwszej widniała umowa na bankiet dla siedemdziesięciu osób. Na drugiej dopisano, że całość kosztów zostanie pobrana z rachunku prowadzonego dla funduszu socjalnego zakładu pracy.

Przez chwilę słyszałam tylko tykanie zegara nad lodówką.

— To nie jest mój podpis — powiedziałam.

— Przecież wysłała mi pani skan — odparła Ewa.

Roman wyrwał jej dokumenty.

— Ktoś się pomylił.

— Numer rachunku też? — zapytała Ewa. — I adres poczty elektronicznej? Wszystko przyszło z pani skrzynki.

Poczułam zimno pod żebrami. Mój służbowy adres pocztowy znało kilka osób. Roman nie powinien był znać hasła, ale trzy miesiące temu poprosił o nie, twierdząc, że musi wydrukować rozliczenie, kiedy zepsuła się moja drukarka.

— Pokaż mi całą korespondencję — powiedziałam.

Ewa zawahała się.

Roman wszedł między nas.

— Lena, przestań robić przedstawienie. To zwykła korekta księgowa.

— Fundusz socjalny nie finansuje prywatnych urodzin.

— Przelew jeszcze nie wyszedł.

— Dlaczego więc restauracja ma moje potwierdzenie?

Nie odpowiedział. Na jego mankiecie wciąż błyszczała srebrna drobinka. Nagle przypomniałam sobie, gdzie ją widziałam. W sobotę Roman wrócił późno z sali bankietowej. Powiedział, że sprawdzał ustawienie stołów. W samochodzie znalazłam wtedy damską spinkę do włosów, ozdobioną takim samym brokatem.

Ewa położyła na stole wydruk wyciągu.

— W poniedziałek ktoś próbował wypłacić z funduszu trzydzieści osiem tysięcy złotych — powiedziała cicho. — Bank zablokował operację, bo podpis różnił się od wzoru.

Roman pobladł, ale zaraz odzyskał pewność siebie.

— To pomyłka systemu. Jutro wszystko wyjaśnię.

— Nie jutro — odpowiedziałam. — Dzisiaj.

Podniosłam dokument i zobaczyłam na dole nazwisko osoby zatwierdzającej płatność. Nie należało do Romana. Należało do Marty, jego młodszej siostry, która od dwóch lat pracowała w dziale kadr.

— Marta też brała w tym udział? — zapytałam.

— Nie mieszaj jej do tego — warknął Roman.

To była pierwsza rzecz, której nie powinien był powiedzieć.

Ewa zaczęła zbierać papiery.

— Jutro rano przyjedzie dyrektor zakładu. Powiedział, że chce zobaczyć oryginał podpisu.

— Nie przyjedzie tutaj — powiedział Roman.

— Przyjedzie. I nie sam.

Kiedy Ewa wyszła, Roman zamknął drzwi i oparł czoło o framugę. Po raz pierwszy nie wyglądał jak gospodarz bankietu. Wyglądał jak człowiek, który nagle usłyszał kroki za plecami.

— Lena, posłuchaj mnie — powiedział.

— Od kiedy kradniesz pieniądze pracowników?

— Nie ukradłem. Pożyczyłem.

— Na co?

Roman podniósł głowę.

— Na coś, co miało uratować nas oboje.

Wtedy mój telefon zawibrował. Wiadomość przyszła z nieznanego numeru: „Jeśli chcesz poznać prawdę o bankiecie, przyjedź jutro o ósmej do restauracji. Sama. Nie ufaj Romanowi ani Marcie…”

CZĘŚĆ 3

O ósmej rano restauracja była prawie pusta. Za wysokimi szybami przesuwały się ciężarówki, a w sali pachniało kawą, woskiem do drewna i pieczonymi jabłkami. Usiadłam przy stoliku pod ścianą, obok mosiężnego stojaka na świece. Nie powiedziałam Romanowi, gdzie jadę.

Mężczyzna, który czekał przy barze, miał około sześćdziesięciu lat i granatową kamizelkę z małą plamą sosu na kieszeni.

— Jestem Andrzej, kierownik sali — przedstawił się. — Napisałem wiadomość.

— Dlaczego nie chciał pan rozmawiać przy Romanie?

— Bo widziałem, co zrobił z dokumentami.

Położył przede mną kopertę. Nie była szara ani ozdobna. Miała kolor ciemnej oliwki, a na jej rogu tkwiła zaschnięta kropla wosku.

— Roman przyszedł tutaj trzy razy — powiedział Andrzej. — Za każdym razem przyprowadzał Martę. To ona przyniosła podpisaną przez panią zgodę na obciążenie funduszu zakładowego.

— Nie podpisałam żadnej zgody.

— Wiem. Dlatego zachowałem oryginał.

Wyjął kartkę. Podpis wyglądał jak mój, lecz litera „L” była zbyt wysoka, a końcowa kreska zbyt ciężka. Roman znał mój podpis, bo przez lata widział go na fakturach i przelewach. Ktoś ćwiczył.

— Dlaczego pan to zachował? — zapytałam.

Andrzej przesunął palcem po wosku na kopercie.

— Bo Roman powiedział coś, czego nie powinien. Powiedział, że jeśli bankiet się uda, dostanie stanowisko kierownika całego oddziału. A jeśli nie, obwini panią za brak pieniędzy.

Drzwi restauracji otworzyły się. Weszli Roman, Marta i dyrektor zakładu, pan Wysocki. Roman zobaczył mnie przy stole i zatrzymał się.

— Mówiłem, że masz zostać w domu — powiedział.

— A ja mówiłam, że porozmawiam z restauracją.

Pan Wysocki wyciągnął rękę do Andrzeja.

— Proszę pokazać dokument.

Andrzej podał mu kopertę.

Marta zaczęła płakać, zanim jeszcze kartka znalazła się na stole.

— To nie miało tak wyglądać — wyszeptała.

Roman obrócił się ku niej.

— Zamknij się.

— Powiedziałeś, że Lena wie. Powiedziałeś, że dała ci zgodę.

— Marta — syknął.

Jej twarz skurczyła się z bólu.

— Obiecałeś, że spłacisz pieniądze po awansie. Powiedziałeś, że kupisz mieszkanie dla mnie i małego Kuby.

W sali zapanowała cisza, lecz nie ta spokojna. Ciężka, pełna szurania krzeseł i oddechów.

Pan Wysocki spojrzał na Romana.

— Pieniądze z funduszu miały opłacić ten bankiet?

— To była tymczasowa zaliczka — odpowiedział Roman. — Miałem ją zwrócić.

— A podpis Leny?

Roman spojrzał na mnie.

— Ona chciała, żebym dostał awans. Zrobiła to dla nas.

Andrzej odsunął drugą kartkę.

— Jest jeszcze coś. Na odwrocie umowy widnieje numer rachunku, na który miała trafić część pieniędzy. Nie należy do restauracji. Należy do spółki założonej przez Martę.

Marta zakryła usta dłonią.

Roman ruszył w jej stronę, lecz pan Wysocki zagrodził mu drogę.

— Nie dotykaj jej.

Wtedy Roman zrobił coś, czego nie przewidziałam. Wyjął z kieszeni kluczyk do samochodu i cisnął go na stół.

— Dobrze. To ja wszystko zrobiłem. Ale nie dla siebie.

— Dla kogo? — zapytałam.

Odwrócił wzrok.

— Dla kobiety, której obiecałem życie poza tym domem.

Marta jęknęła. Pan Wysocki zamknął oczy, jakby właśnie dostał odpowiedź na pytanie, którego bał się zadać.

Roman wyciągnął telefon. Na ekranie widniało zdjęcie kobiety w srebrzystym makijażu. Rozpoznałam ją. To była Ewa z restauracji.

— Ona miała dostać mieszkanie — powiedział Roman. — Bankiet miał być początkiem mojego nowego życia.

Andrzej cofnął się o krok.

Wtedy telefon pana Wysockiego zadzwonił. Odebrał, słuchał przez kilka sekund, a potem spojrzał prosto na mnie.

— Lena, ktoś właśnie przesłał do zarządu wiadomość z pani podpisem. Twierdzi, że to pani wyprowadziła pieniądze z funduszu…

CZĘŚĆ FINAŁOWA

Jedna wiadomość miała zniszczyć moje nazwisko…

Wtedy zrozumiałam, że sam bankiet był tylko zasłoną.
Najgroźniejszy dokument dopiero trafił na stół.

Roman spojrzał na kopertę, a jego palce zaczęły drżeć.
„Tego podpisu nie da się już cofnąć.”
Marta rozpłakała się przy wszystkich.

😱 ODKRYJ, CO UKRYWALI →

👇 Finał tej historii jest już otwarty.

Оцените статью