CZĘŚĆ 4
— Gdzie on jest? — zapytałam.
Dominic trzymał telefon przy uchu, lecz połączenie już się urwało.
Za zamkniętymi drzwiami katedry rozległ się huk silnika. Potem drugi. Opony zapiszczały na mokrym bruku.
Marco podbiegł do bocznej nawy.
— Dwa samochody zatrzymały się przy placu.
Dominic odwrócił się do swoich ludzi.
— Nie strzelajcie, dopóki nie zobaczycie, kto wysiada.
Tommy zaczął iść w stronę zakrystii.
— Muszę stąd wyjść.
— Nigdzie nie idziesz — powiedział Dominic.
— Nie masz prawa mnie zatrzymywać.
— Miałem prawo pozwolić ci umrzeć za czterysta pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Zamiast tego próbuję zrozumieć, dlaczego sprzedałeś własną siostrę.
Tommy roześmiał się nerwowo.
— Ona nie jest taka niewinna, jak udaje.
Podeszłam do niego, kulejąc.
— Powiedz to jeszcze raz.
Jego oczy uciekły ku Lidii.
— Twój ojciec wybrał ciebie. Zawsze ciebie. Dom, pieniądze, nazwisko, wszystko miało trafić do ciebie. Nawet wtedy, gdy to ja opiekowałem się rodziną.
— Opiekowałeś się mną, zamykając mnie w piwnicy?
— Chroniłem cię przed ludźmi, którzy chcieli cię porwać.
— Związałeś mi nogę przewodem elektrycznym.
Słowa odbiły się od kamiennych ścian.
Dominic spojrzał na bandaż pod moją suknią.
— A potem nazwałeś to wypadkiem.
Tommy zbladł.
Lidia ruszyła ku niemu i spoliczkowała go. Jej koronka zahaczyła o wystającą drzazgę w ławce, rozrywając rękawiczkę.
— Miałeś milczeć — syknęła.
Tommy odsunął jej rękę.
— To ty wszystko zaplanowałaś.
— Ty podpisałeś.
— Bo powiedziałaś, że inaczej wyrzucą Norę z kliniki!
Drzwi katedry otworzyły się nagle.
Do środka wszedł starszy mężczyzna wsparty na lasce. Miał podartą koszulę, rozcięty łuk brwiowy i twarz tak bladą, że przez sekundę go nie poznałam.
— Tato — powiedziałam.
Elias ruszył ku niemu, lecz ojciec uniósł dłoń.
— Nie dotykaj mnie. Jeszcze mogę stać.
To zdanie zabolało mnie bardziej niż własna noga.
Ojciec spojrzał na mnie, potem na suknię i bandaż.
— Nie zdążyłem cię ostrzec.
— Mogłeś przysłać wiadomość.
— Każdy mój list przechodził przez ręce Tommy’ego. Każdy telefon kończył się przyłożeniem noża do gardła Nory.
— Nora jest bezpieczna? — spytałam.
— Elias wywiózł ją z internatu o świcie. Jest z ciotką Mary.
Zamknęłam oczy. Kolana ugięły się pode mną, ale Dominic złapał mnie pod łokcie.
Nie był to gest pana wobec własności.
Był to gest człowieka, który nie pozwala drugiemu upaść.
Ojciec położył na marmurze czarną księgę oprawioną w popękaną skórę.
— W tej księdze są nazwiska ludzi, którzy finansowali zamach na Dominica — powiedział. — I nazwisko osoby, która przekazała im informacje o jego trasach.
Dominic popatrzył na niego.
— Dlaczego miałbym panu wierzyć?
— Nie musi pan. Wystarczy, że porówna pan daty przelewów z godzinami swoich ataków.
Dominic otworzył księgę. Papier pachniał wilgocią i tytoniem. Na pierwszej stronie widniały kolumny dat, kwot i inicjałów.
Przesuwał wzrok coraz wolniej.
W końcu zatrzymał palec przy jednym wpisie.
— To niemożliwe.
— Co? — spytałam.
— Pieniądze wysłano z konta fundacji mojego ojca.
W katedrze wszyscy zamilkli.
Dominic odwrócił kartkę.
Przy przelewie widniał podpis jego matki, Amelii Castiglioni.
Lidia cofnęła się o krok.
— Amelia nie żyje od sześciu lat — powiedział Marco.
Ojciec pokręcił głową.
— Podpis jest prawdziwy. Został złożony wcześniej, na pustych formularzach. Ktoś prowadził fundację za jej plecami.
Dominic zamknął księgę.
— Kto miał dostęp do tych dokumentów?
Wtedy Lidia spojrzała na ścianę, jakby szukała na niej drogi ucieczki.
Tommy zrobił krok w jej stronę.
— Powiedz mu.
— Zamknij się.
— Powiedz, kto ci pomagał.
Dominic podszedł do Lidii.
— Odpowiedz.
Jej twarz była mokra od deszczu albo łez. Nie wiedziałam, które z nich spływały po policzkach.
— Twój wuj, Stefan — powiedziała.
Marco zaklął pod nosem.
— Stefan nie żyje — przypomniał.
— Nie żył tylko dla ciebie — odparła Lidia. — Przez sześć lat przelewał pieniądze przez moje przedsiębiorstwo. Tommy był pionkiem. Ja też.
Dominic nie odrywał od niej wzroku.
— Dlaczego?
— Bo Stefan obiecał mi nazwisko Castiglioni. Obiecał, że kiedy usuniesz siebie i wszystkich, którzy stoją ci na drodze, zostanę żoną człowieka, który odziedziczy wszystko.
— A Klara?
Lidia spojrzała na mnie.
— Miała zniknąć po ślubie. Tommy dostałby resztę pieniędzy, a ty uznałbyś, że uciekła z kimś innym.
Poczułam, jak żołądek ściska mi się w twardy węzeł.
Dominic odwrócił się do Tommy’ego.
— Czy wiedziałeś, że planowała jej śmierć?
Tommy zacisnął usta.
— Wiedziałem, że miała zniknąć.
— A mimo to podpisałeś.
— Nora umierała bez leczenia!
— Mogłeś sprzedać samochód. Dom. Swoją firmę. Nie siostrę.
Tommy spojrzał na mnie. Przez chwilę zobaczyłam w nim chłopca, który kiedyś zakładał mi łyżwy i wiązał sznurówki. Potem przypomniałam sobie piwnicę, zimny beton i kabel wokół kostki.
— Tato — powiedziałam. — Co jest w ostatniej kolumnie?
Ojciec ściszył głos.
— Zapłata za milczenie.
— Czyje milczenie?
Podał mi ołówek.
Przy ostatnim wpisie widniały inicjały: K.H.
Moje.
Pod nimi zapisano kwotę wypłaconą trzy lata wcześniej.
— To niemożliwe — powiedziałam.
Ojciec zamknął oczy.
— Pieniądze wysłano na twoje nazwisko, kiedy miałaś dziewiętnaście lat. Nie ty je odebrałaś. Ktoś podszył się pod ciebie.
Dominic spojrzał na Tommy’ego.
— Kto miał wtedy jej dokumenty?
Tommy nie odpowiedział.
Lidia zaczęła płakać.
— Stefan. Ale dokumenty przekazał mu ktoś z domu Castiglioni.
Na zewnątrz zahamował kolejny samochód.
Marco wybiegł przed katedrę, a po chwili wrócił z kopertą w dłoni.
— Jest dla Klary — powiedział. — Dostarczył ją kierowca, który odmówił podania nazwiska.
Koperta nie była szara ani biała. Miała kolor ciemnej miedzi, a na wosku odciśnięto kruka z rozpostartymi skrzydłami — dokładnie taki sam znak jak na zapalniczce Dominica.
Spojrzałam na niego.
— To twoje?
— Nie.
— Ale znak należy do twojej rodziny.
Dominic wyjął nóż i przeciął pieczęć.
W środku znajdowała się fotografia. Przedstawiała mnie jako dziewiętnastolatkę, stojącą przed kliniką Nory. Na odwrocie ktoś napisał jedno zdanie: „Jeśli chcesz wiedzieć, dlaczego twój brat cię sprzedał, zapytaj Dominica, co stało się w noc pożaru magazynu”.
Dominic zamarł.
— Znałeś mnie wcześniej — powiedziałam.
Nie zaprzeczył.
— Widziałem cię tamtej nocy.
— I nigdy mi nie powiedziałeś?
— Bo myślałem, że to ty podpaliłaś magazyn.
Katedra zawirowała mi przed oczami.
Ojciec oparł dłoń na lasce.
— Klara, posłuchaj go.
— Nie. Teraz on posłucha mnie.
Dominic odłożył fotografię na ołtarz.
— Twój ojciec uratował mnie tamtej nocy. Wyciągnął mnie z ognia, kiedy miałem szesnaście lat. Potem ktoś powiedział mi, że jego córka ukradła dokumenty i podpaliła magazyn, żeby zemścić się na mojej rodzinie.
— To dlatego wybrałeś mnie?
— Wybrałem nazwisko. Nie ciebie.
Te słowa zabolały, ale nie odwróciłam wzroku.
— A teraz?
Dominic spojrzał na bandaż, na księgę i na Tommy’ego.
— Teraz wiem, że przez lata wszyscy mówili mi, kogo mam nienawidzić.
Lidia nagle rzuciła się ku ołtarzowi i chwyciła księgę.
Marco złapał ją za nadgarstek. Księga spadła na kamienie, a z jej środka wysunęła się mała kartka.
Elias podniósł ją i przeczytał.
— „Ostatni przelew zostanie wykonany po ślubie. Odbiorca: Dominic Castiglioni”.
Dominic spojrzał na mnie.
— Chcieli, żebym podpisał małżeństwo, a potem odebrał własną egzekucję z konta swojej rodziny.
— A ja miałam być przynętą.
— Tak.
Przez chwilę słyszałam tylko deszcz i ciężki oddech ojca.
Potem Dominic wyjął z kieszeni srebrną zapalniczkę. Otworzył wieczko, ale nie zapalił płomienia.
— Tommy, wybierz — powiedział. — Oddasz mi wszystkie rachunki, hasła i nazwiska, albo Lidia zrobi to za ciebie.
— A Klara? — spytał Tommy. — Co z nią?
Dominic odwrócił się do mnie.
— To ona zdecyduje.
Wszyscy patrzyli na mnie: ojciec, który milczał zbyt długo; brat, który sprzedał mnie ze strachu; kobieta, która zaplanowała moją śmierć; i mężczyzna, który zatrzymał własny ślub, bo zauważył, że nie mogę chodzić.
Wzięłam z ołtarza mosiężny klucz.
— Tommy ma oddać wszystko, co ukradł Norze — powiedziałam. — Lidia ma powiedzieć prawdę o Stefanie i o rachunkach. Ojciec pojedzie do kliniki. A Dominic…
— Tak?
— Nie będę twoją żoną za dług.
Jego szczęka napięła się, lecz przyjął te słowa bez protestu.
— Czego więc chcesz?
Spojrzałam na jego srebrną zapalniczkę.
— Żebyś po raz pierwszy podpisał coś bez nazwiska mojego brata, bez długu i bez groźby. Umowę na leczenie Nory i ochronę mojego ojca. Potem każdy z nas pójdzie własną drogą.
Dominic wyciągnął rękę.
— Zgoda.
Nie podałam mu dłoni.
— Najpierw podpis.
Po raz pierwszy zobaczyłam, że jego twarz nie przypomina maski. Był zmęczony, wściekły i zawstydzony.
Usiadł przy ławce, a Elias podał mu czystą kartkę. Dominic napisał kilka zdań własnym charakterem pisma. Podpisał się i położył dokument przede mną.
Tommy zaczął krzyczeć, że nie ma pieniędzy. Lidia oskarżyła go o wszystko. Marco zabrał im telefony i kluczyki. Ojciec usiadł na stopniu ołtarza, a Elias zadzwonił do lekarza Nory.
Ja stałam pośrodku katedry w sukni wartej dwanaście tysięcy dolarów, z jedną obolałą nogą i mosiężnym kluczem zaciśniętym w dłoni.
Ślub został odwołany.
Nie dlatego, że Dominic mnie odrzucił.
Dlatego, że po raz pierwszy ktoś pozwolił mi odejść bez ceny zapisanej drobnym drukiem.
Kiedy wynoszono księgę, ojciec zatrzymał mnie za rękę.
— Klara, przepraszam.
— Wiem.
— Nie, nie wiesz. Przeprosiny nie naprawią tego, co zrobiłem, oddając cię w ręce człowieka, którego się bałem.
— Nie oddałeś mnie jemu. Oddałeś mnie wszystkim, którzy uznali, że kobieta nie ma prawa czytać własnych rachunków.
Ojciec spuścił wzrok.
— Nauczysz mnie?
Spojrzałam na księgę rachunkową leżącą na ołtarzu.
— Zacznę od twojego podpisu.
Dominic stał przy bocznych drzwiach, już bez marynarki. Marco czekał obok, a deszcz spływał z jego ramion na kamienną posadzkę.
— Klara — powiedział.
Odwróciłam się.
— Co?
— Twoja róża.
Spojrzałam na bukiet, który przez cały czas trzymałam w dłoni. Jedna łodyga była złamana, a pod płatkami tkwiła mała metalowa klamra. Przypomniałam sobie, że rano znalazłam ją w kieszeni sukni i myślałam, że to część ozdoby.
Dominic podszedł i wyjął klamrę.
Na jej spodzie wygrawerowano krótką liczbę.
— Numer skrytki — powiedział. — Twój ojciec ukrył tam oryginalne dokumenty.
Ojciec spojrzał na klamrę i pobladł.
— Myślałem, że Stefan ją zabrał.
— Nie zabrał — odpowiedziałam. — Tommy nie znalazł jej w sukni.
Tommy, prowadzony przez Marco, zatrzymał się przy drzwiach.
— Klara, nie rób tego.
— Czego?
— Nie niszcz naszej rodziny.
Popatrzyłam na niego długo.
— To nie ja podpisałam tę umowę.
Wtedy Dominic podał mi srebrną zapalniczkę.
— Pożycz mi ją — powiedziałam.
— Po co?
— Muszę spalić jedną rzecz.
Wyszliśmy z katedry bocznym przejściem. Nie prowadził mnie za rękę. Szedł obok, dostosowując krok do mojego bólu.
Przy samochodzie podałam mu kopię fałszywej umowy, którą Tommy podpisał w moim imieniu.
— To naprawdę chcesz spalić?
— Nie. Chcę, żebyś ją zachował.
— Dlaczego?
— Bo jutro zabiorę ją do księgowej, a potem do wszystkich ludzi, których okradliście. Nie pozwolę, żeby dokument zniknął tylko dlatego, że był dla mnie krzywdą.
Dominic skinął głową.
— A zapalniczka?
Oddałam mu ją.
— To twoja rodzinna pamiątka.
— Nie. Od dzisiaj jest dowodem, że coś może służyć do niszczenia albo do dawania światła.
Nie uśmiechnął się.
Ale schował ją ostrożnie.
W samochodzie ojciec pojechał do kliniki, Elias za nim, a Marco zabrał Tommy’ego i Lidię do magazynu, w którym czekały wszystkie księgi i pracownicy gotowi zeznawać. Dominic został przy katedrze.
Ja również.
Nie jako panna młoda.
Jako kobieta, która trzymała w dłoni klucz do skrytki, gdzie czekało całe jej prawdziwe życie.
— Klara — powiedział Dominic, zanim odszedł. — Jeśli tam znajdziesz dowód przeciwko mnie, oddaj go.
— Oddam.
— Nawet jeśli mnie zniszczy?
— Zwłaszcza wtedy.
Przyjął to skinieniem.
Wróciłam do ołtarza po bukiet. Jedna biała róża spadła na posadzkę dokładnie w miejscu, gdzie Dominic uklęknął i pierwszy raz zapytał, kto zrobił mi krzywdę.
Podniosłam ją, wyjęłam z płatków metalową klamrę i zacisnęłam palce na zimnym mosiądzu.
Na kluczu widniało tylko jedno słowo: „Początek”.
Przegapiłeś początek?






