— Pakuj swoje rzeczy! — wrzasnęła teściowa zza drzwi, zanim jeszcze weszła do pokoju. — Tutaj zamieszka wreszcie normalna kobieta!
Stałam przy kanapie i składałam koszule Genka. Białe osobno, niebieskie osobno, dokładnie tak, jak lubił. Przez chwilę moje ręce wykonywały ruchy same, a w głowie odbijało się tylko jedno zdanie: normalna kobieta.
Waleria Pietrowna wkroczyła do pokoju w fioletowym płaszczu, z mokrym parasolem pod pachą. Krople spadały na panele, a ona nawet nie spojrzała pod nogi. Zatrzymała się pośrodku mojego mieszkania jak właścicielka.
— Słyszysz mnie? — zapytała.
— Słyszę.
— Genek zasługuje na kogoś lepszego. Na kobietę, która gotuje, dba o męża i nie siedzi wiecznie z nosem w pracy.
Odłożyłam ostatnią koszulę na stos. W palcach czułam szorstkość krochmalonego materiału. To był drobiazg, ale właśnie tego dnia każdy drobiazg bolał bardziej niż krzyk.
— Niech mieszka — powiedziałam. — Tylko raty kredytu będzie od tej pory płacił ktoś inny.
Waleria Pietrowna zamarła. Jej parasol przechylił się i ciężka kropla spadła na dywan.
W drzwiach pojawił się Giennadij. Miał rozpiętą kurtkę, zaczerwienione uszy i minę człowieka, który liczył, że ktoś za niego podejmie decyzję.
— Swieta, po co od razu o pieniądzach? — mruknął.
— Bo mieszkanie kosztuje pieniądze.
— Mama tylko powiedziała, że powinniśmy coś zmienić.
— Co dokładnie?
Spojrzał na podłogę. Na tej podłodze trzy lata temu własnoręcznie kładłam listwy, kiedy on pojechał do matki „odpocząć po trudnym tygodniu”.
— Nie rób scen — powiedział.
— To nie ja przyszłam do czyjegoś domu i ogłosiłam, że wprowadzi się tu inna kobieta.
Waleria Pietrowna uniosła brodę.
— Inna kobieta przynajmniej będzie umiała stworzyć rodzinę.
— A gdzie jest ta rodzina? — zapytałam. — W walizce pod drzwiami?
Gienek drgnął, lecz matka natychmiast położyła mu dłoń na ramieniu. Jej paznokcie, pomalowane perłowym lakierem, wbiły się w materiał jego kurtki.
— Nie będziemy się z tobą targować — oznajmiła. — Genek wie, co robić. Jutro przyjedzie Alina z rzeczami.
To imię znałam. Widziałam je na ekranie jego telefonu późnymi wieczorami. Zawsze zapisywał je jako „Serwis”, ale kiedyś, przez przypadek, przeczytałam wiadomość: „Kochanie, nie mogę już dłużej czekać”.
Poczułam zimno pod żebrami, choć kaloryfer grzał pełną mocą.
— Alina jest w ciąży? — zapytałam.
Gienek pobladł.
— Swieta…
— Pytam, czy Alina jest w ciąży.
Waleria Pietrowna uśmiechnęła się bez cienia wstydu.
— Tak. I dlatego potrzebuje prawdziwego domu.
Wtedy coś we mnie pękło, ale nie tak, jak oczekiwali. Nie zaczęłam płakać. Nie podniosłam głosu. Sięgnęłam po torebkę leżącą na komodzie i wyjęłam z niej mały notes z bordową gumką. Od tygodnia zapisywałam w nim numery rat, daty przelewów i nazwiska, których wcześniej nie znałam.
— Dobrze — powiedziałam. — Skoro wszyscy już zdecydowaliście, kto tu będzie mieszkał, porozmawiajmy o tym, kto ma prawo tu zostać.
Gienek spojrzał na notes, a jego twarz nagle stężała.
— Co ty zrobiłaś?
Nie zdążyłam odpowiedzieć. Na korytarzu rozległy się ciężkie kroki, potem dzwonek. Waleria Pietrowna odwróciła się do drzwi, a Gienek chwycił mnie za nadgarstek.
— Nie otwieraj — syknął.
Za drzwiami ktoś powiedział moje imię i dodał, że przyniósł dokumenty z banku. Waleria Pietrowna wyciągnęła rękę do klamki, lecz ja zrobiłam krok przed nią. Jej palce zacisnęły się na metalowej rączce i wtedy usłyszałam drugą osobę na klatce schodowej:
— Pani Swietłano, musimy natychmiast porozmawiać o podpisie na pełnomocnictwie…
CZĘŚĆ 2
— Jakim pełnomocnictwie? — zapytałam, zanim Waleria Pietrowna zdążyła otworzyć drzwi.
Gienek puścił mój nadgarstek. Na skórze zostały czerwone ślady po jego palcach.
— Nikt nie powinien tu przychodzić — powiedział.
— To mój dom. Otworzę.
Przekręciłam zamek. Na korytarzu stała kobieta w granatowym płaszczu, z teczką przyciśniętą do piersi. Obok niej czekał mężczyzna z bankową identyfikacją zawieszoną na smyczy.
— Pani Swietłana Orłowa? — zapytała kobieta.
— Tak.
— Nazywam się Marta Lewicka. Jestem zastępczynią notariusza. Muszę potwierdzić, że nie udzielała pani wczoraj pełnomocnictwa dotyczącego tego mieszkania.
Za moimi plecami Gienek wypuścił powietrze tak gwałtownie, jakby ktoś uderzył go w brzuch.
— Oczywiście, że nie — odpowiedziałam. — O jakim dokumencie mowa?
Marta zerknęła na niego, potem na Walerię Pietrowną.
— Pełnomocnictwo do reprezentowania pani przed bankiem i przy czynnościach związanych z lokalem przy ulicy Lipowej. Złożono je wczoraj o szesnastej czterdzieści.
W mieszkaniu zrobiło się duszno. Z kuchni dobiegało ciche kapanie kranu.
— To niemożliwe — powiedział Gienek. — Swietłana podpisała je dobrowolnie.
— Gdzie? — spytałam.
Nie odpowiedział.
Mężczyzna z banku otworzył teczkę.
— Dokument trafił do nas wraz z wnioskiem o zmianę rachunku, z którego spłacany jest kredyt. Od dziś przelewy miały być kierowane na inne konto.
— Czyje?
— Giennadija Orłowa.
Poczułam, jak podłoga usuwa mi się spod stóp. Przez trzy lata przelewałam ratę z własnego rachunku, ale kilka tygodni wcześniej Gienek przekonał mnie, żebym „dla wygody” dodała go do dostępu do bankowości. Powiedział, że będzie pilnował terminów, kiedy ja pracuję do późna.
— To tylko pomoc — mruknął.
— Pomoc nie polega na przeniesieniu mojego kredytu na twoje konto.
— Przecież jesteśmy małżeństwem.
— Nie jesteśmy wspólnym właścicielem mojego zobowiązania.
Marta wyjęła z teczki kopię podpisu. Kartka zatrzeszczała w jej dłoniach.
— Pani podpis wygląda podobnie, ale nie jest identyczny. Zwróciłam uwagę na sposób zapisu litery „S”. W prawdziwym podpisie robi pani dłuższą pętlę.
Waleria Pietrowna prychnęła.
— Wielkie rzeczy. Kobieta podpisała, a teraz udaje niewinną.
— Nie podpisałam — odpowiedziałam.
— Genek, powiedz jej, że wszystko ustaliliśmy — naciskała.
Gienek otarł czoło rękawem. Na mankiecie miał ślad po kawie.
— Swieta, ja tylko chciałem zabezpieczyć rodzinę.
— Jaką rodzinę? Tę, do której jutro wprowadzasz Alinę?
Marta spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Czy Alina ma związek z tym pełnomocnictwem?
— Nie mieszajcie jej w to — syknął.
Bankier zamknął teczkę.
— Wstrzymujemy zmianę rachunku do czasu wyjaśnienia. Jeśli dokument został podrobiony, sprawa będzie miała poważne konsekwencje.
Waleria Pietrowna rzuciła się do niego z pretensjami.
— Poważne konsekwencje? Mój syn chciał tylko korzystać z mieszkania, w którym mieszka od lat!
— Mieszkać może — powiedziałam. — Ale nie będzie nim zarządzał.
Gienek spojrzał na mnie z czymś, czego wcześniej u niego nie widziałam. Nie był to żal. To był strach.
Marta poprosiła mnie, żebym następnego ranka przyjechała do kancelarii. Zanim wyszła, zatrzymała się na schodach.
— Pani Swietłano, jest jeszcze jedna rzecz. Osoba, która przyniosła dokument, bardzo nalegała, żeby czynność wykonać natychmiast. Twierdziła, że zna panią od dawna.
— Kto?
Marta zacisnęła usta.
— Pani teściowa.
Waleria Pietrowna gwałtownie zatrzasnęła drzwi, lecz za późno. Usłyszałam, jak Gienek podnosi głos.
— Mamo, mówiłaś, że wszystko załatwiłaś!
— Nie krzycz na mnie! — odpowiedziała.
Stałam przy komodzie z bordowym notesem w dłoni. Przez cienkie drzwi słyszałam każde słowo.
— Jeśli ona pokaże wyciągi, będziemy skończeni — powiedział Gienek.
— Nie pokaże. Nie wie, co podpisałeś.
Wtedy zrozumiałam, że mój notes nie zawierał całej prawdy. W środku brakowało jednej strony, którą wyrwałam poprzedniego dnia. Leżała teraz w kopercie u człowieka, którego nazwisko Gienek właśnie wypowiedział przez telefon…
CZĘŚĆ 3
— Panie Radecki, ona już wie o pełnomocnictwie — powiedział Gienek zza drzwi.
Nazwisko uderzyło we mnie jak zimna woda. Radecki był właścicielem firmy pożyczkowej, do której Gienek jeździł od kilku miesięcy. Wiedziałam o nim tylko tyle, że jego numer pojawiał się na rachunku telefonu męża częściej niż mój.
O dziewiątej rano siedziałam w kancelarii notarialnej przy ulicy Długiej. Na stole leżała kawa w małej filiżance, a obok niej kopia dokumentu z moim podrobionym podpisem. Marta siedziała naprzeciwko, zaś Gienek i jego matka stali przy ścianie.
— Nie rozumiem, dlaczego robicie z tego tragedię — zaczął Gienek. — Swietłana i tak jest moją żoną.
— Małżeństwo nie daje prawa do fałszowania podpisu — odpowiedziałam.
— To nie ja go fałszowałem.
— Ale przyniosłeś dokument do banku.
Marta podniosła drugą kartkę.
— Na pełnomocnictwie widnieje również podpis świadka. Pani Irena Maj, dozorczyni budynku.
Waleria Pietrowna natychmiast odwróciła głowę.
— Ta kobieta niczego nie pamięta.
Drzwi kancelarii otworzyły się i weszła drobna, siwowłosa kobieta w pikowanym bezrękawniku. W ręce trzymała pęk kluczy, przy których wisiał czerwony plastikowy żeton.
— Pamiętam bardzo dobrze — powiedziała Irena. — Pańska matka przyniosła mi ten dokument wczoraj wieczorem. Pytała, czy podpiszę jako świadek, bo pani Swietłana rzekomo leży w szpitalu.
Gienek zrobił krok w jej stronę.
— Proszę uważać na słowa.
— Przeciwnie. Od dawna na nie uważam. Widzę, kto wchodzi do tego mieszkania i z czym wychodzi.
Irena położyła na stole mały rachunek z kiosku.
— Wczoraj o szesnastej czterdzieści byłam na dole, kiedy pani Waleria wybiegła z kancelarii. Wypadła jej kartka. Podniosłam ją, bo myślałam, że to lista zakupów.
Marta rozłożyła rachunek. Na odwrocie widniały odręczne cyfry i numer telefonu.
— To numer pana Radeckiego — powiedziała.
Spojrzałam na Gienka.
— Co chciałeś zabezpieczyć?
Nie odpowiedział.
Wtedy wyjęłam z torebki wyrwaną stronę z bordowego notesu. Była złożona na cztery części. Znalazłam ją tydzień wcześniej w kieszeni jego marynarki, razem z potwierdzeniem przelewu na siedem tysięcy złotych.
— Te pieniądze wyszły z mojego rachunku — powiedziałam. — Poszły do Radeckiego. A następnego dnia z mojego konta zniknęły kolejne trzy tysiące. Wszystko przelewałeś na spłatę swoich długów.
Waleria Pietrowna pobladła.
— To były rodzinne pieniądze.
— Nie. To były moje pieniądze.
Gienek nagle uderzył dłonią w stół.
— Miałem oddać! Radecki groził, że przyjdzie do matki. Potrzebowałem czasu!
Marta cofnęła krzesło.
— A mieszkanie miało być zabezpieczeniem pożyczki?
Jego milczenie trwało zaledwie sekundę, ale wystarczyło.
— Tak — powiedziałam za niego.
Gienek osunął się na krzesło. Waleria Pietrowna zaczęła płakać, lecz jej łzy nie zmieniły niczego.
— Alina wie? — zapytałam.
— Alina miała dostać pieniądze na dziecko — wyszeptał.
— Z mojego mieszkania?
— Nie chciałem cię skrzywdzić.
— Chciałeś podpisać za mnie dokument, zabrać dostęp do kredytu i wprowadzić tu inną kobietę. To nie jest skrzywdzenie. To plan.
Marta podała mi oryginał dokumentu. Przy podpisie świadka widniała data, godzina i pieczęć.
— Z tym można zablokować wszelkie czynności związane z lokalem — powiedziała. — Ale ktoś już złożył wniosek o przejęcie długu.
— Kto?
Bankier, który siedział dotąd w milczeniu, sprawdził telefon.
— Firma Radeckiego. Wniosek wpłynął dziś rano, przed rozpoczęciem spotkania.
Gienek poderwał głowę.
— On nie miał prawa!
— Ty dałeś mu dokument — odpowiedziałam.
W tej samej chwili mój telefon zaczął dzwonić. Numer był nieznany. Odebrałam.
— Pani Swietłano? — odezwał się męski głos. — Mam wiadomość od pana Radeckiego. Jeśli do południa nie odda pani oryginałów, Alina przyjedzie do mieszkania z dzieckiem, a ja pokażę jej, gdzie ma zamieszkać.
Spojrzałam na Gienka. Jego twarz stała się biała jak kartka leżąca przed Martą.
— On blefuje — szepnął.
Lecz kiedy rozmówca podał adres kliniki, w której Alina właśnie rodziła, zrozumiałam, że prawdziwe zagrożenie dopiero nadchodziło…
Gienek zobaczył ostatni dokument i nagle zbladł…
W finale wszystko, co ukrywali za moimi plecami, wyszło na jaw. Ale najbardziej zaskoczyła mnie osoba, która postanowiła powiedzieć prawdę.
„Nie wyrażam zgody na prawa osób trzecich”.
Gienek ścisnął walizkę, jakby właśnie stracił grunt pod nogami.
👇 Finał tej historii jest już otwarty.






