CZĘŚĆ 4
Taras nie odebrał od razu. Trzymał telefon w dłoni, a światło ekranu odbijało się w jego wilgotnych oczach.
— Oddzwoń — powiedziałam.
— Boję się.
— Ja też.
To była pierwsza rzecz, którą powiedziałam do niego jak matka, nie jak obca kobieta z fotografii. Nie udawałam odwagi. Nie próbowałam zasłonić osiemnastu lat jednym uściskiem.
Taras nacisnął zieloną słuchawkę.
— Ciociu Mario?
Włączył głośnik.
Kobiecy głos był zdyszany.
— Jesteś u nich?
— Tak.
— Andrzej też tam jest?
— Jest.
— W takim razie słuchajcie wszyscy. Twój wujek Stefan nie był twoim opiekunem prawnym. Elżbieta nie oddała cię jemu dobrowolnie. Miała dokument, że dziecko ma wrócić do biologicznej rodziny, kiedy stan zdrowia na to pozwoli.
Andrzej podniósł głowę.
— Co pani mówi?
— Mówię, że Stefan ukrył ten dokument. Kiedy Elżbieta umierała, poprosiła go, żeby odnalazł Annę. On tego nie zrobił.
Taras ścisnął telefon.
— Dlaczego?
— Bo dostał pieniądze od ludzi, którzy chcieli cię zatrzymać. Nie dla siebie. Dla własnego ośrodka rehabilitacyjnego. Wykorzystał twoją historię, twoje leczenie i podpis Andrzeja, żeby uznać, że zostałeś oddany na zawsze.
Andrzej poderwał się z krzesła.
— Ja nie oddałem go na zawsze!
— Ale podpisałeś dokument, którego nie przeczytałeś — odpowiedziała Maria. — A potem przez osiemnaście lat bałeś się przyznać, że nie dopilnowałeś sprawy.
Nikt nie zaprzeczył.
Prawda nie była pojedynczym ciosem. Była całą serią uderzeń, z których każde trafiało w inne miejsce.
Taras spojrzał na Andrzeja.
— Powiedz jej, co było w wiadomości ze szpitala.
Mąż odsunął się od stołu.
— Napisali, że twój stan się poprawił. Że możesz oddychać bez aparatury. Że powinienem przyjechać i podpisać dokumenty powrotu.
— I nie pojechałeś.
— Pojechałem następnego dnia.
— Co się stało?
Andrzej popatrzył na mnie.
— Zobaczyłem ciebie na cmentarzu. Stałaś przy małym grobie i trzymałaś Michała oraz Jakuba. Nie spałaś od tygodni. Pomyślałem, że jeśli powiem ci, że Taras żyje, a potem ktoś znów go zabierze, nie przeżyjesz. Powiedziałem sobie, że najpierw wszystko uporządkuję.
— A kiedy uporządkowałeś?
— Nigdy.
To słowo nie było wymówką. Było przyznaniem się do tchórzostwa.
Michał odwrócił się do ojca.
— Przez osiemnaście lat zapalałeś świeczkę przy grobie dziecka, o którym wiedziałeś, że żyje?
— Nie wiedziałem, gdzie jest.
— Ale wiedziałeś, że żyje.
Andrzej spuścił głowę.
Taras wyszedł na taras. Poszłam za nim. Na stole stał nietknięty tort, a na jego powierzchni kremowe cyfry zaczynały się rozpływać.
— Nie wiem, jak mam do was mówić — powiedział.
— Możesz mówić po imieniu.
— A ty? Jak mam do ciebie mówić?
Zabrakło mi powietrza.
— Tak, jak potrafisz.
— To nie jest odpowiedź.
— Bo nie mam prawa wymagać od ciebie żadnego słowa.
Taras patrzył na podwórko, gdzie jego bracia stali obok grilla. Jakub zdjął z siebie bluzę i podał mu ją bez pytania, bo wieczór zrobił się chłodny. Taras przyjął ją po chwili.
— Elżbieta mnie kochała — powiedział. — Wiem to. Zostawiła listy. Ale całe życie mówiłem do niej „mamo”.
— Nie chcę jej tego odebrać.
— A ja nie chcę odbierać ci mnie.
Odwrócił się. W jego twarzy było coś z niemowlęcia ze zdjęcia i coś zupełnie dorosłego, czego nie mogłam już naprawić.
— Nie umiem być twoją matką od dzisiaj — powiedziałam.
— Ja nie umiem być twoim synem od razu.
— Możemy zacząć od kolacji.
Taras spojrzał na tort.
— Od tortu dla dwóch braci?
— Dla trzech.
Nie uśmiechnął się. Ale podszedł do stołu.
Wtedy Andrzej wyjął z kieszeni mały, metalowy brelok. Był na nim wygrawerowany numer łóżeczka z oddziału noworodków.
— Kupiłem go w dniu, kiedy cię zabraliśmy do domu — powiedział. — Przez te wszystkie lata nosiłem go przy sobie.
Taras nie wyciągnął ręki.
— Nie dawaj mi pamiątki zamiast prawdy.
Andrzej zacisnął palce.
— Masz rację.
— Chcę zobaczyć wszystkie dokumenty. Nie wybiórczo. Każdy list, każdy przelew, każdą kartkę, którą przede mną ukryłeś.
— Dostaniesz.
— I chcę, żebyś powiedział mamie, gdzie szukałeś, a gdzie nie szukałeś.
Andrzej skinął głową.
Usiedliśmy przy jednym stole. Galina stała z boku, ściskając swoją drewnianą bransoletkę.
— Mamo — powiedziałam — ty też musisz coś zrobić.
Podniosła na mnie wzrok.
— Co?
— Powiesz mu, co widziałaś tamtej nocy. Bez ochrony dla Andrzeja. Bez ochrony dla mnie.
Galina podeszła do Tarasa i położyła przed nim kartkę, którą wcześniej próbowała zabrać.
— Widziałam cię przez szybę oddziału — powiedziała. — Miałeś rurkę przy ustach i maleńką plamkę na skroni. Nie zapomniałam jej ani jednego dnia.
Taras patrzył na nią długo.
— Dlaczego milczałaś?
— Bo uwierzyłam, że twoja matka umrze z bólu. A potem bałam się, że jeśli powiem prawdę, stracę wszystkich.
— Straciłaś ich i tak — odpowiedział.
Galina przyjęła to bez obrony.
— Wiem.
Połączyłam wszystkie dokumenty i schowałam je do tej samej pudełkowej teczki, którą znalazłam pod kartonowym dnem. Nie dlatego, że chciałam zamknąć sprawę. Przeciwnie. Po raz pierwszy miała być otwarta dla każdego z nas.
Maria przysłała zdjęcie drugiego dokumentu. Była to kopia pisma Elżbiety, w którym prosiła, by Taras wrócił do rodziny, gdy ukończy osiemnaście lat, jeśli sam tego zechce.
Taras przeczytał je trzy razy.
— Ona wiedziała, że kiedyś was znajdę — powiedział.
— Chyba dlatego wysłałeś pudełko — zauważył Jakub.
— Nie wysłałem go sam. Maria pomogła mi znaleźć adres. Chciałem przyjechać bez ostrzeżenia, ale zabrakło mi odwagi.
— A napis? — spytałam. — „Szczęśliwych urodzin, bracia”?
Taras wskazał na pudełko.
— To były pierwsze słowa, które napisałem do was. Nie wiedziałem, jak zacząć od matki. Bałem się, że jeśli napiszę „mamo”, będzie to kradzież.
Otworzyłam usta, ale żadne słowo nie było wystarczające.
Wzięłam nóż do tortu i przecięłam krem między trzema cyframi.
— Tarasie, możesz dziś zostać albo wyjść. Możesz wrócić jutro albo za rok. Nie będę cię poganiać.
— A jeśli zostanę tylko do końca urodzin?
— Wtedy będziemy wdzięczni za ten wieczór.
— A jeśli przyjadę jutro?
— Zrobimy miejsce przy stole.
Spojrzał na Andrzeja.
— Nawet dla niego?
Andrzej odpowiedział sam:
— Jeśli nie będziesz chciał, usiądę gdzie indziej.
Taras skinął głową.
Podzieliliśmy tort na trzy kawałki. Michał dostał ten z napisem „jeden”, Jakub z napisem „osiem”, a Tarasowi przypadła część, na której została krzywo narysowana świeczka.
Galina zapaliła wszystkie trzy płomienie.
— Życzenie — powiedział Jakub.
Taras patrzył na ogień.
— Nie mam życzenia.
— To wymyśl — szepnąłem…
Przerwał i poprawił się sam:
— To wymyślmy coś, co możemy zrobić jutro.
Taras podniósł wzrok.
— Jutro chcę pojechać na cmentarz.
Moje serce zacisnęło się w piersi.
— Do grobu?
— Nie po to, żeby go odwiedzić. Chcę zobaczyć miejsce, przy którym opłakiwaliście mnie, kiedy byłem żywy.
Andrzej odsunął talerz.
— Pojadę z tobą.
— Nie wiem, czy chcę.
— Rozumiem.
— Ale możesz iść za nami.
W nocy nie odnalazłam utraconych lat. Nikt nie potrafiłby ich oddać. Taras nie stał się nagle chłopcem z mojego wspomnienia, a Andrzej nie stał się człowiekiem sprzed osiemnastu lat.
Jednak rano, zanim Taras wyszedł, zatrzymał się przy lodówce. Zdjął z niej magnes z fotografią bliźniaków i odwrócił go na drugą stronę.
— Macie miejsce na nowe zdjęcie? — zapytał.
Michał wyjął telefon.
— Zrobimy je przy grobie.
Taras spojrzał na mnie.
— Anno?
— Tak?
— Nie obiecuj, że nadrobimy wszystko.
— Nie obiecam.
— Obiecaj tylko, że następnym razem odpowiesz, kiedy zapukam.
Ścisnęłam w dłoni kartkę z napisem „DOM”.
— Tym razem będę po drugiej stronie.
Na cmentarzu Taras uklęknął przy kamieniu bez nazwiska, a trzy płomienie na torcie zgasły od porannego wiatru, zanim zdążyliśmy wypowiedzieć życzenie.
Przegapiłeś początek?






