CZĘŚĆ 4
Pobiegłam do sali, zanim ktokolwiek zdążył zadać pytanie.
Taras wił się pod prześcieradłem. Jego palce były lodowate, a na monitorze puls skakał nierówno.
— Irena, przygotuj antidotum. Siergiej, pobierz nową próbkę. Nikt nie opuszcza oddziału bez sprawdzenia.
— Ale kto podał drugą dawkę? — krzyknął Andrzej.
— Dowiemy się, jeśli najpierw utrzymamy go przy życiu.
Katarzyna stała w progu. Na jej policzku drgał mięsień.
— To niemożliwe — wyszeptała.
— Sama powiedziałaś, że nie miał umrzeć — odparłam. — Ktoś jednak podał mu kolejną dawkę.
Wtedy zauważyłam wenflon. Plastykowa złączka była wilgotna, choć nikt nie podłączał do niej nowego płynu. Na końcu rurki wisiała maleńka kropla o tym samym waniliowym zapachu.
Ktoś dostał się do sali, kiedy rozmawialiśmy w magazynie.
Drzwi oddziału były pilnowane przez ochronę, ale personel medyczny mógł wejść bez przeszkód.
— Zamknijcie dyżurkę — powiedziałam. — Sprawdźcie każdą fiolkę, każdą kieszeń i każdy wózek.
Irena pobiegła do szafki z lekami. Po chwili wróciła z wózkiem, którego metalowe koło zostawiło na podłodze ciemną smugę.
— Ten wózek był przy łóżku Tarasa — powiedziała. — W szufladzie znalazłam ampułkę.
Nie była to buteleczka Katarzyny. Miała prawidłową etykietę szpitalną, lecz numer partii nie pasował do żadnego naszego zapisu.
Andrzej oparł się o ścianę.
— Paweł.
— Albo ktoś, kto chce, żebyśmy tak pomyśleli — odpowiedziałam.
Po dwudziestu minutach stan Tarasa się ustabilizował. Jego oddech nadal był płytki, ale rytm serca wracał do normy.
Chłopiec otworzył oczy.
— Natalia… — wyszeptał.
— Jestem tutaj.
— To nie była Katarzyna.
Andrzej pochylił się nad nim.
— Kto podał ci lekarstwo?
Taras zacisnął palce na plastikowym dinozaurze.
— Pan z blizną na brodzie. Powiedział, że jest od taty.
Andrzej odwrócił się do ochroniarza stojącego przy korytarzu.
— Paweł ma bliznę?
— Nie — odpowiedział ochroniarz. — Ale doktor Marek, zastępca kierownika oddziału, ma.
Poczułam, jak wszystko układa się w znacznie gorszy obraz. Marek podpisał moje odsunięcie od pacjenta, gdy dyrektor chciał ugiąć się przed pieniędzmi Andrzeja. Miał dostęp do leków, dokumentacji i sali.
— Wezwijcie Marka — powiedziałam.
Nie musieli. Wyszedł z bocznego korytarza, trzymając w dłoni klucz do magazynu.
— To nie tak wygląda — zaczął.
— Wygląda dokładnie tak — odpowiedziałam. — Podałeś dziecku drugą dawkę.
— Chciałem tylko spowodować wynik, który zmusi Andrzeja do przekazania udziałów Pawłowi.
Andrzej ruszył w jego stronę.
— Ty podawałeś lek mojemu synowi?
— Paweł powiedział, że dawka jest bezpieczna.
— A Katarzyna?
Marek spuścił wzrok.
— To ona zdobyła dostęp. Paweł obiecał jej małżeństwo i pakiet udziałów. Ty miałeś zostać uznany za człowieka, który ukrył nieudane badania. Natalia miała być kozłem ofiarnym, bo jej podpis był już w waszych aktach.
Katarzyna oparła się o framugę.
— Nie wiedziałam o drugiej dawce.
— Ale wiedziałaś o pierwszej — powiedziałam.
— Chciałam tylko, żeby Andrzej podpisał umowę, zanim firma upadnie.
— A Taras?
Katarzyna spojrzała na łóżko. Chłopiec odwrócił twarz do ściany.
— Miał być dowodem, że preparat działa.
Andrzej zamknął oczy. Nie krzyczał. Nie musiał. Jego twarz zdradzała, że wszystkie decyzje z ostatnich miesięcy wróciły do niego naraz: wyrzucenie mnie, sfałszowane wyciągi, podpisana bez czytania zgoda na projekt i wiara w kobietę, która mówiła to, co chciał usłyszeć.
— Natalia — powiedział. — Muszę ci coś wyznać.
— Nie teraz.
— Właśnie teraz. Paweł nie sfałszował samych wyciągów. Ja widziałem różnice w rachunkach. Zignorowałem je, bo Katarzyna powiedziała, że próbujesz przenieść pieniądze przed rozwodem.
Zabolało inaczej niż dawniej. Nie jak rana, lecz jak coś, co przestało krwawić i zostało blizną.
— Wiedziałeś, że mogłeś sprawdzić.
— Bałem się, że odejdziesz z połową mojego majątku.
— A więc odebrałeś mi wszystko, zanim upewniłeś się, że jestem winna.
Nie znalazł usprawiedliwienia. I dobrze.
Dyrektor szpitala wszedł do sali z teczką w rękach.
— Zwołałem komisję medyczną i zabezpieczyłem całą dokumentację. Nikt nie będzie już mógł zmienić wpisów.
— A pan? — zapytałam. — Podpisał pan zgodę na moje odsunięcie.
— Bałem się utraty finansowania.
— Strach nie jest usprawiedliwieniem, ale może być początkiem uczciwego zeznania.
Podał mi teczkę.
W środku znajdowała się kopia prawdziwego rejestru. Wynikało z niego, że mój podpis dopisano po zamknięciu projektu. Była też karta wypłat dla Pawła i Katarzyny. Pieniądze przechodziły przez fundację Andrzeja, lecz trafiały na konto spółki, którą oboje założyli za granicą.
Andrzej przeczytał dokumenty i podarł kartę dostępu Pawła na pół.
— Jutro odbiorę mu wszystkie pełnomocnictwa — powiedział.
— Nie jutro. Dzisiaj.
Spojrzał na mnie.
— Zrobię to teraz.
Po raz pierwszy jego słowa nie miały dla mnie znaczenia same w sobie. Liczył się czyn.
Przy dyżurce usiadł przy telefonie i podpisał odwołanie pełnomocnictw, blokadę rachunków projektu oraz zgodę na przekazanie dokumentów niezależnej komisji. Nie próbował ukryć, że również ponosi odpowiedzialność.
Katarzyna obserwowała go z korytarza.
— Andrzej, proszę. Ja naprawdę cię kochałam.
Odłożył długopis.
— Kochałaś człowieka, który miał podpisać wszystko, czego potrzebowałaś.
— A ty kochałeś kobietę, którą można było wyrzucić na oczach kamer — odpowiedziałam.
Andrzej przyjął te słowa bez obrony.
Nad ranem Taras zasnął spokojniej. Kiedy się obudził, poprosił, żebym usiadła obok niego.
— Czy mogę już powiedzieć tacie, że kłamstwo boli bardziej niż zastrzyk?
Andrzej stał przy łóżku.
— Możesz — powiedział. — I będę słuchał.
Taras spojrzał na niego długo.
— Nie oddawaj już mamy obcym ludziom.
Andrzej skinął głową.
— Nie oddam.
Nie obiecał, że odzyska moje małżeństwo. Nie miał do tego prawa. Obiecał tylko, że nie pozwoli więcej wykorzystać dziecka i że prawda o projekcie zostanie ujawniona, nawet jeśli zniszczy jego nazwisko.
Kiedy wychodziłam z sali, Irena podała mi zabezpieczoną buteleczkę z bursztynowym płynem. Na mosiężnej nakrętce światło wycięło cienki, ostry znak.
— Zachować ją? — zapytała.
Spojrzałam na Tarasa, który trzymał plastikowego dinozaura i po raz pierwszy od wielu godzin oddychał bez wysiłku.
— Tak — odpowiedziałam. — Niech zostanie dowodem, że pewnego wieczoru dziecko powiedziało prawdę, zanim dorośli odważyli się to zrobić.
Przegapiłeś początek?






