CZĘŚĆ 4
— Jakiego dokumentu? — zapytałam.
W mieszkaniu zapadła ciężka cisza.
Nie taka, którą można pomylić ze spokojem. Bardziej przypominała moment przed uruchomieniem ogromnego pieca, kiedy wszystkie kontrolki świecą się jednocześnie, a człowiek wie, że jeden błąd może spalić całą partię.
Dyrektorka mówiła dalej.
— Ktoś przesłał do zarządu wniosek o wypłatę twojego funduszu premiowego. Ponad sto osiemdziesiąt tysięcy złotych. Pieniądze miały trafić na konto wskazane w formularzu.
Spojrzałam na Antona.
Tym razem nie odwrócił wzroku.
— To nie miało tak wyglądać — powiedział.
— Czyli wyglądało jak?
— Miałem tylko przygotować dokumenty.
— Z moim podpisem?
— Bank i tak potrzebował twojej zgody.
— A zarząd piekarni?
Nie odpowiedział.
Halina zrobiła krok w jego stronę. Z kieszeni jej płaszcza wystawała żółta koperta, pomięta na brzegu.
— Wero, pani Zofia powiedziała, że powinnaś natychmiast zastrzec wszystkie pełnomocnictwa.
— Zrobię to rano.
— Nie rano — powiedziała Halina. — Teraz.
Anton poderwał się z krzesła.
— Nigdzie nie pojedziesz.
— To nie ty będziesz decydował.
— Jesteśmy małżeństwem.
— Właśnie dlatego sprawdzę, co jeszcze zrobiłeś.
Wzięłam płaszcz z oparcia krzesła. Przy kieszeni wisiała mała drewniana zawieszka w kształcie bochenka chleba, prezent od Darii z pierwszego konkursu plastycznego. Palce zacisnęły się na niej tak mocno, że poczułam ostrą krawędź drewna.
Margarita zastąpiła mi drogę.
— Nie możesz wyrzucić mnie w środku nocy.
— Nie wyrzucam cię. Wracasz do mieszkania, które sprzedałaś.
Jej twarz drgnęła.
— Nie mam już mieszkania.
— To był twój wybór.
— Twój mąż obiecał, że będę tu bezpieczna.
— Mój mąż obiecał ci także trzy miliony? Czy tylko wziął je i udawał, że to opłata za łóżko mojej córki?
Margarita spojrzała na Antona. W jej oczach po raz pierwszy nie było pewności siebie, lecz rachunek strat.
— Powiedziałeś, że wszystko jest ustalone — syknęła.
— Mamo, uspokój się.
— Powiedziałeś, że Wera podpisze. Że przecież zawsze podpisuje.
To zdanie zawisło nad stołem.
Daria stała w przedpokoju. Nie słyszałam, kiedy weszła. Miała na sobie bluzę z plamą zielonej farby i trzymała pod pachą płócienny futerał na pędzle.
— Powiedziałeś, że mama zawsze podpisuje? — zapytała.
Anton zbladł.
— Daria, nie powinnaś tego słuchać.
— To przez ciebie śpię w salonie?
— Chciałem pomóc wujkowi.
— Za mój pokój?
Dziewczyna nie podniosła głosu. To bolało bardziej niż krzyk.
Anton wyciągnął rękę.
— Córciu, posłuchaj…
— Nie mów tak do mnie, kiedy właśnie sprzedałeś moje miejsce przy stole.
Margarita zamknęła oczy.
— Dziecko, rodzina czasem musi coś poświęcić.
— Dlaczego zawsze ja?
Nie znalazła odpowiedzi.
O północy siedziałam w samochodzie Haliny przed oddziałem banku całodobowego. Pani Zofia czekała na nas w małym pokoju obsługi. Na biurku leżały kopie formularzy, pełnomocnictwa i wydruk z rachunku Antona.
— Trzy miliony zostały przelane na konto inwestycyjne — wyjaśniła. — Ale pieniądze zniknęły stamtąd w dwóch transzach.
— Dokąd?
— Jedna poszła na zaliczkę za lokal użytkowy. Druga została wypłacona gotówką.
— Lokal dla firmy Konstantego?
— Tak.
— Czy mogę zablokować transakcję dotyczącą mieszkania?
— Jeśli nie podpisywała pani zgody, procedura zostanie zatrzymana. Musi pani również cofnąć wszystkie upoważnienia i powiadomić zarząd piekarni.
Podpisałam oświadczenia własnym nazwiskiem. Każda litera była spokojna, równa i ciężka.
O pierwszej czterdzieści wróciliśmy do mieszkania. Anton siedział przy stole, a przed nim leżała kartka z odręcznym wyliczeniem.
— Chciałem odkupić twoją część mieszkania — powiedział.
— Za pieniądze twojej matki?
— Chciałem mieć coś swojego. Przez całe życie mieszkałem w twoim świecie. Ty zarabiałaś, ty decydowałaś, ty kupiłaś to mieszkanie. Nawet kiedy mówiłaś, że jesteśmy razem, wiedziałem, że wystarczy jeden podpis i zostanę z niczym.
— Więc postanowiłeś zabrać mi wszystko po cichu?
— Nie chciałem cię skrzywdzić.
— Człowiek nie musi chcieć skrzywdzić kogoś, żeby to zrobić.
Usiadł ciężko. Na stole między nami wciąż leżała mokra kartka z umowy, a tusz rozpłynął się przy słowie „zabezpieczenie”.
— Kostek miał pomysł na firmę — powiedział. — Mama chciała dać mu szansę. Ja miałem dopilnować reszty. Jeśli przedsięwzięcie wypaliłoby, kupiłbym małe mieszkanie i przestałbym być twoim dodatkiem.
— Mogłeś powiedzieć.
— Wiedziałem, że odmówisz.
— Bo mój podpis oznaczał ryzyko dla domu Darii.
Spuścił głowę.
— Tak.
To krótkie przyznanie było gorsze od wszystkich jego wymówek.
Rano zawiozłam Darię do szkoły. Przed wejściem poprawiła pasek futerału na pędzle.
— Mamo, czy wrócę do swojego pokoju?
— Tak.
— A tata?
Zobaczyłam jej twarz odbitą w szybie samochodu. Była zmęczona, ale nie płakała.
— Tata będzie musiał sam odpowiedzieć na to, co zrobił.
Nie użyłam wielkich słów. Nie obiecałam jej, że wszystko da się naprawić. Obiecałam tylko to, co mogłam spełnić.
Przed południem zarząd piekarni wstrzymał wypłatę funduszu i przyjął moje wyjaśnienia. Bank anulował procedurę zabezpieczenia, a podpis Antona przekazano do wewnętrznej kontroli. Nie zgłosiłam sprawy na policję tego samego dnia. Najpierw chciałam odzyskać dokumenty, zabezpieczyć konto i wiedzieć, co naprawdę było moje.
Konstanty przyjechał po południu. Miał pod pachą teczkę z umową na lokal i twarz człowieka, który właśnie zrozumiał, że dostał prezent opakowany w cudzą krzywdę.
— Nie wiedziałem o podrabianym podpisie — powiedział.
— Wiedziałeś o trzech milionach?
— Tak.
— I wiedziałeś, że Anton chce użyć naszego mieszkania jako zabezpieczenia?
Konstanty milczał.
Margarita stanęła obok niego.
— To ja go namówiłam — powiedziała. — Powiedziałam, że skoro Wera tyle zarabia, nie zauważy nawet takiej sumy. Nie chciałam, żeby mój starszy syn całe życie czuł się gorszy od żony.
Anton podniósł głowę.
— Mamo, przestań brać to na siebie.
— Nie. Za długo brałam za ciebie decyzje.
To był nieoczekiwany zwrot. Margarita sprzedała mieszkanie, żeby kupić Kostkowi przyszłość i Antonowi poczucie wartości. Ale w chwili, gdy plan się rozpadł, nie próbowała już zasłaniać syna.
— Oddam pieniądze — powiedziała.
— Nie masz z czego — odpowiedziałam.
— Mam niewielki rachunek emerytalny i biżuterię.
— Nie chcę twojej biżuterii.
— Czego więc chcesz?
Spojrzałam na pokój Darii. Przez uchylone drzwi widziałam przeniesioną sztalugę, folię na płótnach i fotel ortopedyczny zajmujący połowę przestrzeni.
— Chcę, żebyś podpisała oświadczenie, że sprzedałaś mieszkanie dobrowolnie i przekazałaś pieniądze synom. Chcę, żeby Anton oddał z rachunku wszystko, co zostało, i podpisał rozdzielność majątkową. I chcę, żeby Daria sama zdecydowała, czy chce cię jeszcze widywać.
Margarita skinęła głową.
Anton patrzył na mnie długo.
— A małżeństwo?
— Dziś nie będę podejmować tej decyzji za nas oboje.
— Czyli jest jeszcze szansa?
— Jest odpowiedzialność. Szansa może pojawić się dopiero później, ale nie będzie już kupiona cudzym pokojem ani moim podpisem.
Tego wieczoru Anton wyniósł swoje rzeczy do mieszkania kolegi. Nie zabrał telewizora ani drogich garnków, które kiedyś uważał za swój największy wkład w rodzinę. Zabrał jedną walizkę i kartkę z rachunkiem, na którym zostało niewiele ponad czterysta tysięcy.
Trzy miliony nie wystarczyły na firmę Konstantego. Lokal został oddany właścicielowi, a zaliczka wróciła po potrąceniu kosztów. Konstanty sprzedał samochód i spłacił brakującą część. Nie stał się bogaty. Ale po raz pierwszy musiał zapłacić za decyzję, w której uczestniczył.
Margarita zamieszkała na jakiś czas u swojej siostry. Nie prosiła mnie o przebaczenie. Może wiedziała, że nie da się go wynegocjować jak ceny mieszkania.
Daria wróciła do pokoju w sobotę rano. Najpierw zdjęła folię ze sztalugi. Potem postawiła na stole nową puszkę farby i przycisnęła do niej drewnianą zawieszkę w kształcie bochenka, którą znalazła w mojej kieszeni.
— Zostawisz ją tutaj? — zapytała.
— Jeśli chcesz.
— Chcę. Będzie pilnowała, żeby nikt już nie wyniósł mojego stołu.
Uśmiechnęłam się, ale nie odpowiedziałam od razu. Za oknem nie było żadnego wielkiego znaku, żadnej obietnicy, że rodzina nagle stanie się łatwa. Była tylko Daria, która wyciskała pierwszą farbę na paletę, i stół wracający na swoje miejsce pod najlepsze światło.
Położyła pędzel na płótnie.
— Mamo, jaki kolor zrobić na niebie?
Dotknęłam drewnianego bochenka przytwierdzonego do lampy.
— Taki, którego nikt nie będzie mógł podpisać za ciebie.
Przegapiłeś początek?






