CZĘŚĆ 4
Kobieta z telegramu przyjechała następnego dnia o siódmej rano, zanim zdążyłam zagotować wodę na owsiankę.
Jej samochód zatrzymał się przy studni. Wysiadła z niego wysoka kobieta w czerwonym szaliku. Miała około czterdziestu lat, skórzaną walizkę i twarz tak podobną do twarzy mamy, że przez chwilę zabrakło mi oddechu.
Wowka stał przy piecu i trzymał drewnianą łyżkę.
— To ona? — zapytał.
Nie odpowiedziałam.
Kobieta weszła do środka i zdjęła rękawiczki.
— Jestem Lena Kowalik. Siostra Zofii.
Klara zastąpiła jej drogę.
— Dlaczego pojawiłaś się dopiero po jej śmierci?
Lena spojrzała na mnie, nie na Klarę.
— Bo Zofia przez dwadzieścia lat nie chciała mnie znać.
— To nie tłumaczy, dlaczego chcesz zabrać dzieci — powiedziałam.
— Nie chcę ich zabrać. Chcę je ochronić.
Położyła na stole kopertę z czerwonym stemplem. W środku znajdował się akt urodzenia i list napisany ręką mamy, lecz podpisany wiele lat wcześniej.
Zofia pisała, że jeśli kiedykolwiek nie będzie mogła wychować dzieci, Lena ma prawo się nimi zająć. Powód ich rozłąki był krótki i bolesny: Lena uciekła z domu, kiedy ich ojciec zaczął bić Zofię. Zofia uznała, że siostra ją porzuciła. Lena twierdziła, że wracała, lecz ojciec zabronił jej wejść do domu.
— Próbowałam odnaleźć ją przez lata — powiedziała Lena. — Kiedy dowiedziałam się o jej śmierci, pojechałam do gminy. Halina powiedziała, że dzieci już są przeznaczone do różnych miejsc.
— I uwierzyłaś jej? — zapytałam.
— Nie. Dlatego przyjechałam tutaj.
W drzwiach pojawił się Antoni. Trzymał w ręku plik nowych dokumentów.
— Komisja czeka w świetlicy. Irena już tam jest. Halina również.
— A Lena? — zapytała Klara.
— Też powinna przyjść. Jeśli ma prawo do opieki, musi powiedzieć to przy wszystkich.
Droga do świetlicy prowadziła obok cmentarza. Zatrzymałam się przy grobie mamy. Krzyż z dwóch nieheblowanych desek przechylił się po nocnym wietrze. Wowka położył przy nim mały naleśnik, który upiekłam rano z ostatniej mąki.
— Mama lubiła — powiedział.
— Wiem.
— Powiesz jej, że nie oddamy domu?
— Powiem.
W świetlicy pachniało mokrymi płaszczami i węglem. Przy długim stole siedzieli przewodniczący gminy, dwie nauczycielki, lekarz i Halina. Na ścianie wisiał kalendarz z obrazem jelenia. Jedna kartka odstawała od reszty i uderzała o papier przy każdym podmuchu z nieszczelnego okna.
Halina wstała.
— Proponuję, aby dzieci tymczasowo rozdzielić. Najstarsza dziewczynka jest wyczerpana i nie chodzi regularnie do szkoły. Dom nie spełnia warunków.
— Nie chodziłam, bo opiekowałam się bratem — odpowiedziałam.
— To właśnie potwierdza, że potrzebujesz opieki.
Irena położyła przed komisją wniosek mamy.
— Zofia Kowalik wskazała Klarę Wysocką jako opiekunkę. Dokument został przyjęty, lecz nie wpisano go do rejestru.
Halina podniosła głowę.
— Brakuje podpisu kierownika.
— Brakuje, bo pani go nie przekazała — odparła Irena.
Antoni położył na stole umowę sprzedaży.
— A to podpisała pani razem ze mną. Obiecała pani, że dom będzie wolny od dzieci.
Przewodniczący gminy zmarszczył brwi.
— Halino, czy to prawda?
— To prywatna transakcja.
— Nie, to próba wykorzystania śmierci kobiety — powiedział Antoni. — Wycofuję ją i oddaję wszystkie kopie dokumentów.
Halina spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Straci pan pieniądze.
— Wolę stracić pieniądze niż kupić cudze dzieci razem z ich nieszczęściem.
Potem Irena odczytała wpisy z zeszytu. Kwoty. Daty. Podpisy Haliny na pokwitowaniach. Każda suma była niewielka, lecz razem tworzyły prawdę, której nie dało się już schować pod żadną pieczęcią.
Halina próbowała się bronić.
— Zofia sama mi je dawała.
— Bo obiecała pani, że dzieci pozostaną razem — powiedziała Klara.
— Nie miałam obowiązku spełniać jej życzeń.
— Miała pani obowiązek wykonać swoją pracę — odpowiedział lekarz.
Wtedy Lena wstała.
— Ja mogę przejąć opiekę — oznajmiła. — Mam mieszkanie w mieście, pracę i pieniądze.
Poczułam, że wszyscy patrzą na mnie.
— Nie znamy cię — powiedziałam.
— Wiem.
— Nie możesz przyjść z walizką i oczekiwać, że będziemy nazywać cię rodziną.
Lena spuściła wzrok.
— Nie oczekuję tego. Chcę tylko dać wam wybór.
Klara ścisnęła moją dłoń.
— Ja mogę przyjąć dzieci, ale nie wiem, jak długo wytrzymam. Kolano coraz bardziej mi dokucza.
Przewodniczący milczał. Wtedy Lena zrobiła coś, czego nikt się nie spodziewał. Wyjęła z walizki dokument z miejskiego ośrodka pracy.
— Mam mieszkanie, ale nie jest duże. Mogę jednak wynająć większe. Zrezygnuję z pracy na pół roku i przyjadę tutaj. Klara może zamieszkać z nami. Nastia zostanie w tej szkole, jeśli tego chce. Nie rozdzielę ich.
Spojrzała na mnie.
— Nie musisz mi ufać dzisiaj. Wystarczy, że nie pozwolisz, by Halina zdecydowała za ciebie.
Przewodniczący poprosił nas wszystkich o wyjście na korytarz. Czekaliśmy długo. Wowka zasnął na moim ramieniu, a jego ciężar palił mnie w mięśniach. Kola stał obok Leny, lecz jej nie dotykał. Masza i Sasza siedziały na podłodze, licząc pęknięcia w kaflach.
W końcu drzwi się otworzyły.
— Dzieci pozostają razem — powiedział przewodniczący. — Do czasu formalnego ustanowienia opieki zamieszkają u Klary. Lena będzie współopiekunką i przejdzie wszystkie wymagane kontrole. Nastia wraca do szkoły w pełnym wymiarze, a gmina zapewni opał i żywność.
Halina wyszła z sali sama. Nikt jej nie zatrzymywał. Antoni złożył dokumenty dotyczące nadużycia, a jej przełożeni zabrali zeszyt i pokwitowania. Nie musiałam patrzeć, co będzie dalej. Najważniejsze było to, że nie miała już prawa rozdzielać naszych imion na osobne kartki.
Tego wieczoru wróciliśmy do domu Klary. Był mniejszy od naszego, ale ciepły. Na ścianie wisiał zegar, który spieszył się o siedem minut. Wowka zasnął na kanapie, trzymając drewnianą łyżkę. Kola pomagał Lenie rozpalać piec. Masza i Sasza układały swoje ubrania w jednej szufladzie.
Lena usiadła obok mnie przy stole.
— Mogę cię o coś zapytać?
— Możesz.
— Co zrobisz, kiedy znów będziesz mogła chodzić do szkoły codziennie?
Popatrzyłam na zeszyt, w którym zapisywałam wydatki, temperaturę Wowki i oceny bliźniąt. Przez wiele tygodni był moim jedynym planem na przyszłość.
— Chcę zdać matematykę — powiedziałam. — A potem nauczyć się prowadzić księgowość.
Lena uśmiechnęła się ostrożnie.
— Dlaczego księgowość?
— Żeby już żadna urzędniczka nie wmówiła nam, że dokumenty zniknęły.
Klara parsknęła śmiechem. Kola pierwszy raz od pogrzebu również się uśmiechnął.
Następnego ranka pojechałam z Ireną do szkoły. Dyrektorka przygotowała dla mnie zeszyty, a nauczycielka matematyki postawiła na ławce stos zadań.
— Nie musisz nadrobić wszystkiego w jeden dzień — powiedziała.
— Wiem.
— Ale zacznij od tego przykładu.
Wzięłam ołówek. Był krótki, z pogryzioną końcówką, znaleziony kiedyś pod łóżkiem Wowki. Przez chwilę patrzyłam na liczby. Potem napisałam pierwszą linijkę rozwiązania.
Po lekcjach pobiegłam na cmentarz. Nie po to, żeby prosić mamę o wybaczenie. Nie umiałam jeszcze wybaczyć jej wszystkiego.
Położyłam pod krzyżem kartkę z jednym zdaniem: „Dzieci są razem”.
Wiatr poruszył papierem, lecz kamień przycisnął jego róg. Zostałam tam tylko chwilę, bo w domu czekał Wowka, który miał nauczyć się dziś pisać swoje imię.
Kiedy wróciłam, usiadł przy stole i ścisnął kredkę w małej dłoni.
— Nastia, pokażesz?
— Pokażę.
Narysował krzywą literę, potem drugą. Przy trzeciej kredka złamała się na pół. Wowka spojrzał na mnie przestraszony.
— Nic się nie stało — powiedziałam. — Weźmiemy drugą.
Lena podała mu nową, a Kola przysunął zeszyt bliżej światła. Nad kartką powoli pojawiło się imię, nieporadne i ogromne.
Wtedy Wowka podniósł głowę.
— To ja?
Przyłożyłam palec do ostatniej litery.
— Tak. To ty, Wowka. I nikt już nie wpisze cię obok obcego nazwiska.






