CZĘŚĆ 4
Kobieta mieszkała w miasteczku oddalonym o godzinę jazdy, w domu z werandą obwieszoną pustymi doniczkami. Pojechałam tam z Samuelem jeszcze tego samego popołudnia, zanim policja zdążyła zabezpieczyć wszystkie dworce.
Ruth Mercer czekała przy stole przykrytym ceratą w żółte kwiaty. Miała osiemdziesiąt lat, ale palce wciąż poruszały się szybko. Trzymała dokument w płóciennej kopercie, przewiązanej sznurkiem.
— Nie chciałam go niszczyć — powiedziała.
— Dlaczego go pani zatrzymała?
— Bo wiedziałam, że pewnego dnia ktoś będzie musiał udowodnić, kim był.
Rozwiązała sznurek i wyjęła akt urodzenia. Nazwisko brzmiało John Emil Schwartze. Data urodzenia różniła się od tej, którą podawał List. Miejsce także.
— Przyjął nazwisko ojczyma po wojnie — wyjaśniła Ruth. — W 1954 roku sfałszował dokumenty, żeby dostać pracę. Nie chodziło o to, że był poszukiwany. Chodziło o wstyd. Jego prawdziwy ojciec zginął w więzieniu za oszustwa finansowe.
Samuel przesunął dłoń po krawędzi stołu.
— Czy John wiedział, że pani to ma?
— Wiedział. Przyszedł do mnie trzy dni przed zabójstwami. Chciał kupić dokument. Powiedział, że potrzebuje go, aby rozpocząć nowe życie.
— A pani odmówiła?
Ruth popatrzyła na mnie.
— Powiedziałam mu, że nie oddam papieru człowiekowi, który całe życie budował sobie fałszywe nazwisko.
Później opowiedziała policji wszystko. John nie uciekł tylko przed długami. Uciekał także przed wykryciem oszustwa, które mogło zniszczyć jego pracę, reputację i członkostwo w kościele. Chciał zabrać pieniądze z polis, użyć nazwiska Robert Clark i zniknąć w zachodniej części kraju.
Jego plan miał jednak pęknięcie.
Walizka w przechowalni zawierała bilet autobusowy do Denver, ale także rachunek z baru przy dworcu. Kelner zapamiętał mężczyznę, który pytał o pociąg na zachód i nerwowo składał program teatralny Patricii. Poszukiwania ruszyły w kilku stanach.
Nie widziałam Johna przez siedemnaście lat. W tym czasie prowadziłam zajęcia, wystawiałam szkolne przedstawienia i przechowywałam wyrwaną stronę scenariusza w szufladzie biurka. Nie potrafiłam wyrzucić jej do kosza. Na marginesie Patricia napisała ołówkiem: „Nie zmieniaj zakończenia, nawet jeśli publiczność go nie polubi”.
W 1989 roku zadzwonił telefon z redakcji programu telewizyjnego, który pokazywał wizerunki nieuchwytnych przestępców. Prowadzący chciał, żebym opowiedziała o Patricii.
— Nie jestem policjantką — powiedziałam.
— Właśnie dlatego ludzie panią zapamiętają. Była pani osobą, do której Patricia próbowała dotrzeć.
Zgodziłam się.
Podczas nagrania trzymałam w dłoni jej ołówek. Drewno było starte, a miejsce po złamaniu wygładziło się od dotykania. Opowiedziałam o głosie Johna w telefonie, o światłach na zegar i o kartce znalezionej pod palcami dziewczyny.
Trzy dni później ktoś zadzwonił do programu. Mężczyzna mieszkający w Richmond rozpoznał sąsiada, który używał nazwiska Robert Clark. Twierdził, że pracuje jako technik dokumentacji w szpitalu i zawsze płaci gotówką.
Fotografia była niewyraźna, ale ja nie potrzebowałam wyraźnego obrazu.
Poznałam sposób, w jaki pochylał głowę.
John został zatrzymany na parkingu przed biblioteką, gdzie odbierał książkę o historii wojny. Miał przy sobie portfel z fałszywym prawem jazdy i mały mosiężny klucz do skrytki pocztowej. W skrytce znaleziono listy, których nigdy nie wysłał do dzieci.
Nie przeprosił wtedy za śmierć rodziny. Powiedział tylko:
— Chciałem, żeby nikt nie pamiętał mnie jako człowieka, który przegrał.
Odpowiedziałam mu podczas rozprawy, gdy sędzia pozwolił rodzinom ofiar zabrać głos.
— Nie przegrał pan dlatego, że stracił pracę. Przegrał pan, kiedy uznał, że cudze życie jest rachunkiem do wyrównania.
Nie patrzył na mnie. Patrzył na wyrwaną stronę scenariusza, którą prokurator dołączył do akt. Zachowała się przez lata, zgięta w cztery części. Patricia napisała ją dla fikcyjnej bohaterki, ale każde słowo brzmiało jak próba ratunku.
John został skazany za zabójstwa całej rodziny. Walter Crane przyznał się do udziału w oszustwie finansowym i dostał łagodniejszą karę, ponieważ zeznawał. Samuel Reed przekazał parafialne księgi rodzinom ofiar, a pastor Moore zrezygnował z funkcji, gdy wyszło na jaw, że podpisał dokument bez sprawdzenia jego treści.
Ruth Mercer przekazała oryginalny akt urodzenia do archiwum. Powiedziała, że nie chce, aby prawdziwe nazwisko Johna zniknęło pod kolejną warstwą kłamstwa.
Najtrudniejszy był jednak dzień, kiedy wróciłam do szkoły po zakończeniu procesu. W sali teatralnej czekała nowa grupa uczniów. Na scenie stała ta sama drewniana ławka, choć ktoś pomalował ją na biało.
Jedna z dziewczyn trzymała scenariusz Patricii.
— Pani Hale, czy możemy wystawić tę sztukę? — zapytała.
Przez chwilę nie mogłam odpowiedzieć. Potem podeszłam do stołu i położyłam na nim stary ołówek.
— Możecie — powiedziałam. — Ale zakończenia nie wolno wam zmieniać.
— Nawet jeśli publiczność go nie polubi?
Spojrzałam na pusty rząd krzeseł, na którym kiedyś siedziała Patricia, czekając na swoją kwestię.
— Zwłaszcza wtedy.
Dziewczyna otworzyła scenariusz. Papier zaszeleścił pod lampami, a jej głos poniósł pierwsze słowa przez salę, której przez siedemnaście lat brakowało jednej aktorki.
Przegapiłeś początek?






