CZĘŚĆ 4
Sarah pierwsza ruszyła do wyjścia. Chwyciła kartkę z adresem, a ja zabrałam z biurka kopię pełnomocnictwa. Helena została przy stole, z palcami wbitymi w brzeg torebki. Owen próbował zablokować nam drogę.
— Nie jedźcie tam — powiedział.
— Właśnie dlatego pojedziemy — odpowiedziała Sarah.
— Nie rozumiecie, z kim macie do czynienia.
— Ty rozumiałeś? — zapytałam. — Czy tylko wykonywałeś polecenia, dopóki nie przestało ci się to opłacać?
Jego twarz drgnęła.
Adrian zadzwonił do firmy pożyczkowej i zażądał wstrzymania przekazania dokumentów. Marta zamknęła oryginały w metalowej szafie. Zofia została przy niej, nadal trzymając laskę obiema rękami.
— Pani Selene — powiedziała — niech pani nie jedzie sama.
— Nie jadę sama.
Sarah uniosła kluczyki.
— Jedziemy moim samochodem.
Port znajdował się po drugiej stronie miasta. Była jedenasta czterdzieści, kiedy minęłyśmy ostatni rząd magazynów. Wiatr wciskał sól pod kołnierz, a blaszane dachy trzaskały jak luźne pokrywy.
Numer siedemnasty znalazłyśmy przy nabrzeżu, za opuszczoną sortownią. Drzwi były uchylone. Na betonie ciągnęły się świeże ślady opon.
— Nie podoba mi się to — szepnęła Sarah.
— Mnie też.
W środku panował półmrok. W powietrzu mieszał się zapach oleju, mokrego kartonu i rdzy. Na środku stała metalowa szafka, a obok niej mój samochód terenowy.
Silnik był jeszcze ciepły.
Na szybie tkwiła kartka z jednym zdaniem: „Przynieś dokumenty albo stracisz wszystko”.
— Ktoś wiedział, że tu przyjedziemy — powiedziała Sarah.
Z tyłu magazynu rozległ się stukot. Odwróciłyśmy się jednocześnie.
Spomiędzy skrzyń wyszedł mężczyzna w pomarańczowej kamizelce roboczej. Miał podkrążone oczy i świeżą ranę na czole.
— Pani Selene? — zapytał.
— Kim pan jest?
— Nazywam się Leon Baran. Pracowałem dla pani ojca.
Usiadł ciężko na skrzyni, jakby każdy krok kosztował go wysiłek.
— Mój ojciec nie żyje od czterech lat.
— Wiem. Ale przed śmiercią zostawił mi instrukcję. Powiedział, że jeśli ktoś spróbuje sprzedać dom bez pani zgody, mam oddać pani to.
Wyjął z kieszeni mały klucz z czerwonym paskiem materiału. Sarah natychmiast spojrzała na metalową szafkę.
— Co jest w środku? — zapytałam.
— Księgi udziałów i oryginalna umowa spółki. Pani ojciec nie zapisał pani wyłącznie domu i samochodu. Zapisał pani większościowy udział w przedsiębiorstwie transportowym.
Poczułam, że kolana miękną.
— Jakim przedsiębiorstwie?
— Tym, które Owen prowadził pod swoim nazwiskiem.
W jednej chwili wszystkie kłamstwa ułożyły się w całość. Owen nie chciał tylko pieniędzy z samochodu. Chciał przejąć firmę, którą przez lata uważałam za jego. Dom był zabezpieczeniem. Samochód miał zniknąć, żeby pokazać mi, że nie potrafię ochronić nawet własnych rzeczy. A pożyczka Heleny była dziurą, przez którą próbował wciągnąć również mnie.
— Dlaczego mój ojciec nie powiedział mi o udziałach? — zapytałam.
Leon spuścił wzrok.
— Bał się, że Owen dowie się przed czasem. Powiedział, że ten człowiek patrzy na cudzą pracę jak na schody.
Za nami rozległ się trzask drzwi.
Owen wszedł do magazynu. Helena szła za nim, blada i bez płaszcza.
— Oddaj mi ten klucz — powiedział.
Leon podniósł się.
— Nie należał do ciebie.
— Miałem prowadzić tę firmę.
— Prowadziłeś ją, bo Selene ci ufała.
Owen spojrzał na mnie.
— Nie rozumiesz, co się stanie, jeśli wszystko wyjdzie. Stracę firmę, mieszkanie, nazwisko. Mama zostanie z długiem.
— A ja miałam stracić dom i jeszcze uwierzyć, że sama go sprzedałam.
— Chciałem tylko czasu.
— Czasu na co?
Milczał kilka sekund, po czym wybuchł:
— Na odzyskanie pieniędzy! Myślisz, że lubiłem prosić ludzi o pomoc? Myślisz, że chciałem patrzeć, jak firma umiera, bo twój ojciec zostawił ci wszystko, a mnie tylko obowiązek?
Helena zrobiła krok do przodu.
— Nie mów tak, Owen.
— To ty zaczęłaś! To ty powiedziałaś, że Selene podpisze, jeśli wmówimy jej operację!
Helena zasłoniła usta.
Owen zrozumiał, co właśnie zrobił, lecz było już za późno. Sarah miała włączony telefon i nagrywała rozmowę od chwili, gdy wszedł do środka. Tym razem nie potrzebowałyśmy żadnego skomplikowanego planu. Jego własne słowa wypełniły magazyn.
Leon otworzył szafkę. W środku leżały trzy oprawione księgi, plik umów i koperta z pieczęcią mojego ojca.
Na pierwszej stronie księgi widniało moje nazwisko.
Nie jako żony dyrektora.
Jako właścicielki sześćdziesięciu pięciu procent udziałów.
— To niemożliwe — powiedział Owen.
— Możliwe — odparł Leon. — Twój teść podpisał dokumenty miesiąc przed śmiercią.
Wtedy odezwał się telefon Sarah. Dzwoniła Marta.
— Mamy problem — powiedziała. — Firma pożyczkowa właśnie dostała kopię ksiąg udziałów. Ktoś wysłał je z tego magazynu przed naszym przyjazdem.
Rozejrzałam się po wnętrzu. Szafka była otwarta, ale dokumenty nadal leżały na miejscu.
— Kto je wysłał? — zapytałam.
Marta zawahała się.
— Nadawca podpisał się nazwiskiem Heleny.
Helena osunęła się na skrzynię.
— To ja — powiedziała. — Wysłałam jedną stronę wczoraj wieczorem. Chciałam, żeby ktoś zobaczył, co Owen próbuje ukraść. Nie wiedziałam, czy zdążę was ostrzec.
Owen odsunął się od niej, jakby nagle zobaczył obcą osobę.
— Zdradziłaś mnie.
— Nie. Przestałam cię kryć.
To zdanie zabolało bardziej niż wszystkie jego krzyki.
Wróciliśmy do kancelarii przed trzynastą. Marta sporządziła oświadczenie o braku mojego pełnomocnictwa, a Adrian wycofał roszczenie firmy wobec mojego domu, bo zabezpieczenie opierało się na fałszywym dokumencie. Nie było pościgu ani widowiskowego zatrzymania. Były za to podpisy, pieczęcie i konsekwencje, od których Owen nie mógł już odwrócić wzroku.
Firma pożyczkowa zażądała od niego natychmiastowego rozliczenia pieniędzy przelanych z mojego rachunku. Jego własne przedsiębiorstwo zostało przekazane pod tymczasowy zarząd, ponieważ jako osoba zadłużona i działająca bez zgody właścicielki nie mógł dalej nim kierować.
Owen podpisał rezygnację tego samego popołudnia. Dług Heleny nie zniknął, ale dzięki ujawnieniu fałszerstwa nie został przeniesiony na mnie. Helena sprzedała mieszkanie i spłaciła część zobowiązania. Resztę miała odpracować, podpisując ugodę, której sama zażądała.
Kiedy wychodziła z kancelarii, zatrzymała się przy mnie.
— Nie proszę o przebaczenie — powiedziała. — Wiem, że nie mam prawa.
— Dobrze — odpowiedziałam. — Bo nie wiem, czy kiedyś będę mogła ci je dać.
Skinęła głową. To była pierwsza uczciwa rzecz, jaką od niej usłyszałam.
Owen czekał na chodniku. Nie podszedł. Patrzył tylko na kluczyki, które trzymałam w dłoni. Do breloka z mosiężnym lisem dopięłam klucz od samochodu, odnaleziony w magazynie.
— Selene — powiedział.
— Co?
— Czy mogę zostać przynajmniej kierowcą?
Spojrzałam na niego długo.
— Nie. Ale możesz zgłosić się do pracy w firmie, jeśli zaakceptujesz warunki właścicielki.
— Właścicielki?
— Moje warunki. Pensja. Zakres obowiązków. Żadnego dostępu do kont bez drugiego podpisu.
Jego usta zacisnęły się w cienką linię.
— Będziesz mnie codziennie kontrolować?
— Nie. Będę zatrudniać człowieka, któremu można ufać. Ty zdecydujesz, czy potrafisz nim zostać.
Nie wiedziałam, czy przyjmie tę propozycję. I nie musiałam wiedzieć. Po raz pierwszy decyzja nie zależała od jego długu, jego matki ani od papieru z podrobionym podpisem.
Tydzień później pojechałam do głównej bazy przedsiębiorstwa. Leon czekał przy bramie z księgą udziałów pod pachą. Kierowcy wyszli z warsztatu, gdy zobaczyli, że to ja podpisuję nowe upoważnienia.
— Co zamierza pani zrobić z firmą? — zapytał jeden z nich.
Przesunęłam palcem po wytłoczonym nazwisku ojca.
— Najpierw sprawdzę, ile rzeczy było ukrywanych przede mną. Potem zdecyduję, co warto uratować.
Na parkingu stał mój samochód. Na masce połyskiwały krople po porannym deszczu, a za szybą leżała koperta z oryginalną umową spółki.
Wsiadłam i położyłam mosiężnego lisa na desce rozdzielczej.
Telefon zadzwonił. To był Owen.
Nie odebrałam od razu. Najpierw spojrzałam na podpis ojca, potem na klucz do magazynu i na listę nazwisk pracowników, którzy przez lata wykonywali polecenia człowieka przekonanego, że wszystko można posiadać, jeśli tylko znajdzie się odpowiedni dokument.
Dopiero wtedy odebrałam.
— Słucham.
Po drugiej stronie usłyszałam jego zmęczony głos.
— Chcę przyjść jutro do pracy.
Spojrzałam na mosiężnego lisa, którego Helena ściskała tamtej nocy, jakby należało do niej również moje życie.
— Przyjdź o ósmej — powiedziałam. — I przynieś własny podpis.
W słuchawce zapadła cisza, a ja położyłam kluczyk na otwartej księdze udziałów, dokładnie obok nazwiska, którego nie zdołał podrobić.
Przegapiłeś początek?






