CZĘŚĆ 4 — Zostawiłam nowo narodzone bliźnięta w szpitalu, lecz gdy pielęgniarka wybiegła za mną na parking, jej twarz nagle pobladła

CZĘŚĆ 4

— Alicjo, on właśnie oznajmił, że biologicznym ojcem bliźniąt jest ktoś inny niż Piotr…

Telefon zsunął się Marcie z dłoni, ale nie upadł. Zawisł na przewodzie słuchawek, kołysząc się nad mokrą posadzką.

Piotr spojrzał na mnie.

— Alicja…

Nie odsunęłam się od niego. Nie miałam jeszcze siły. W głowie wciąż brzmiały dwa niemowlęce płacze i słowa laborantki: nie mają tej choroby.

— Kim jest właściciel kliniki? — zapytałam.

Marta podniosła telefon.

— Roman Radecki. Mąż Elżbiety. Powiedział, że mają dokument z banku nasienia i że dzieci urodziły się dzięki zabiegowi, o którym Piotr nie wiedział.

Piotr pobladł.

— To kłamstwo.

— Czy korzystaliście z leczenia niepłodności? — spytała Marta.

— Nie — odpowiedział.

— Nigdy? — spojrzałam na niego.

Piotr wbił wzrok w podłogę. Na jego bucie błyszczała kropla deszczu.

— Dwa lata temu miałem badania — powiedział. — Lekarz powiedział, że moje wyniki są słabe. Ale potem zaszłaś w ciążę. Nie chciałem cię straszyć.

— A teraz Radecki twierdzi, że nie jesteś ojcem.

— Bo chce nas rozdzielić. Jeśli podważy moje prawa, łatwiej zabierze dzieci.

Marta zacisnęła szczękę.

— To może być kolejny element nacisku. Roman wie, że przestraszona rodzina zacznie się wzajemnie podejrzewać.

Z oddziału wyszła Lena. Trzymała dwie plastikowe probówki.

— Mam jeszcze coś — powiedziała. — Zostały próbki krwi z badania chromosomów. Nie wyrzucono ich, bo doktor chciał je podmienić w dokumentacji.

— Można na ich podstawie sprawdzić ojcostwo? — zapytałam.

— Tak. Ale potrzebujemy próbki Piotra.

Piotr natychmiast wyciągnął rękę.

— Pobierzcie ją.

Lena spojrzała na zegar.

— Wynik porównawczy nie będzie gotowy od razu.

— Nie musi być gotowy od razu — powiedziała Marta. — Musimy tylko uniemożliwić przekazanie dzieci.

Doktor Wrona ruszył w stronę wyjścia, lecz na schodach zatrzymała go Danuta. Moja matka przez cały czas stała pod ścianą, blada i mokra od deszczu. Teraz trzymała w dłoni zwiniętą serwetkę, dokładnie tę samą, którą ściskała po porodzie.

— Nigdzie pan nie pójdzie — powiedziała.

— Proszę się odsunąć.

— Moja córka podpisała dokument, bo wmówiliście jej, że jej dzieci są chore. A teraz chcecie zabrać je komuś innemu.

— Nie ma pani pojęcia o medycynie.

— Nie muszę mieć. Wystarczy, że umiem czytać daty.

Wyjęła z torebki zdjęcie dokumentu. Zrobiła je chwilę wcześniej telefonem Marty. Data zgody poprzedzała narodziny bliźniąt o dwa dni.

Wrona spojrzał na fotografię i nagle rzucił się do drzwi archiwum. Marta przekręciła mosiężny kluczyk. Zamek zgrzytnął, drzwi ustąpiły.

W środku znaleźliśmy szafę z teczkami. Na półce leżała niebieska księga, a obok niej koperta z moim nazwiskiem. W środku był formularz przekazania dzieci, drugi przelew oraz lista kwot przypisanych do różnych nazwisk.

Przy numerach 18 i 19 widniała suma tak wysoka, że zabrakło mi tchu.

— To nie była pomoc — powiedział Piotr. — Oni kupili nasze dzieci.

Radecka próbowała wyrwać księgę Marcie, lecz Danuta zasłoniła ją własnym ciałem.

— Dotknij jej, a wszyscy na korytarzu zobaczą, co próbujesz ukryć — powiedziała.

Wrona osunął się na krzesło. Jego ręce drżały.

— Radecki groził, że zamknie oddział — wyszeptał. — Miał długi. Powiedział, że jeśli nie znajdę dzieci, wyrzuci na bruk trzydzieści rodzin.

— Więc wybrałeś matki, które łatwo zastraszyć — odparłam.

— Myślałem, że dzieci trafią do dobrych domów.

— Dobre domy nie zaczynają się od kłamstwa.

Wtedy z kieszeni Wrony wypadł mały notes. Piotr podniósł go i otworzył. Na ostatniej stronie zapisano nazwisko Radeckiego oraz kwotę długu. Pod spodem widniało zdanie: „Jeśli nie dostarczy bliźniąt, klinika przechodzi na mnie”.

To był nieoczekiwany zwrot. Wrona nie kierował całym procederem. Był przerażonym człowiekiem, który sprzedał cudze dzieci, żeby ocalić własny oddział. To nie zmniejszało winy. Wyjaśniało tylko, dlaczego tak długo milczał.

O 9.12 Lena przyniosła wynik porównania próbek.

Piotr był biologicznym ojcem obu dzieci.

Przeczytał kartkę, a potem usiadł na podłodze.

— Powinienem był walczyć od razu — powiedział.

— Powinieneś był zapytać o ich twarze — odpowiedziałam.

— Wiem.

— Bałeś się?

— Tak. Ale to nie usprawiedliwia tego, że pozwoliłem ci podpisać dokumenty sama.

Nie umiałam mu wybaczyć w tej chwili. Nie musiałam.

Weszłam na oddział z Martą. Pierwsze dziecko leżało pod przezroczystym kocem, zaciśnięte piąstki trzymało przy brodzie. Drugie spało obok, a żółta bransoletka z mosiężnym dzwoneczkiem wystawała spod kocyka.

Pielęgniarka podała mi syna. Był lżejszy, niż sobie wyobrażałam. Ciepły. Prawdziwy.

— Jak ma na imię? — spytała Marta.

Spojrzałam na Piotra stojącego w drzwiach.

— Leon — odpowiedziałam.

Drugie dziecko wzięłam na ręce chwilę później.

— A ona? — zapytał Piotr.

— Zofia.

Przytuliłam je oboje, a ich oddechy połączyły się w cichy, nierówny rytm. Nie czułam nagłego cudu ani gotowej odwagi. Czułam strach. Ogromny, ciężki strach, który jednak nie odpychał mnie już od ich łóżeczek.

Radecki próbował jeszcze zadzwonić do prywatnej kliniki, lecz pracownicy oddziału odmówili wydania dzieci. Dokumenty trafiły do dyrekcji szpitala i izby lekarskiej, a bank wstrzymał przelew na podstawie księgi przekazań. Elżbieta Radecka została odsunięta od kierowania kliniką. Wrona stracił prawo wykonywania zawodu, zanim zdążył odejść z pracy.

Marta zeznawała przeciwko własnemu bratu. Zrobiła to w małym pokoju socjalnym, siedząc na krześle z pękniętym oparciem. Kiedy skończyła, długo patrzyła na swoje dłonie.

— Nie uratowałam wszystkich — powiedziała.

— Uratowała pani moje dzieci.

— Za późno pobiegłam za panią.

— Ale pani pobiegła.

Piotr został w szpitalu, choć nie prosiłam go, by wracał do domu. Przynosił pieluchy, mleko i podpisane formularze. Nie dotykał mnie bez pytania. Kiedy Leon zaczął płakać, Piotr podniósł go ostrożnie, jakby trzymał w ramionach coś, na co nie zasługiwał.

— Mogę? — zapytał.

Przez chwilę patrzyłam na jego drżące ręce.

— Możesz być ojcem — powiedziałam. — Ale najpierw naucz się nim być.

Przyjął te słowa bez protestu.

Po południu doktor Wrona poprosił, żebym weszła do gabinetu. Na biurku leżał jego identyfikator, bez sznurka, z pękniętym plastikowym etui.

— Nie oczekuję przebaczenia — powiedział. — Chciałem tylko, żeby pani wiedziała, że kiedy zobaczyłem te dzieci, wiedziałem, że nie są chore. I mimo to powiedziałem to, co powiedziałem.

— Dlaczego?

— Bo Radecki obiecał, że oddział przetrwa.

— Oddział nie był wart ceny moich dzieci.

— Wiem.

— Nie. Dopiero teraz pan wie.

Zostawiłam go z tym zdaniem.

Wieczorem podpisałam nowe dokumenty, tym razem odbierając dzieci pod własną opiekę. Długopis pękł mi w palcach, kiedy kończyłam ostatnią linijkę. Marta podała mi inny, zwykły, czarny.

Na korytarzu Danuta trzymała torbę z ubrankami. Piotr siedział obok niej i uczył się zapinać maleńkie zatrzaski na śpioszkach. Zajęło mu to kilka minut. Za każdym razem zapinał je krzywo i rozplątywał od nowa.

Leon zaczął płakać.

Zofia poruszyła dłonią, a mały mosiężny dzwoneczek zadźwięczał pod kocem.

Piotr podniósł głowę.

— Słyszysz? — zapytał.

— Słyszę — odpowiedziałam.

Wzięłam Zofię na ręce, a Leon wtulił twarz w mój szpitalny szlafrok. Na chwilę wszyscy zamilkli, nasłuchując tego jednego, cichego dźwięku.

Dzwoneczek zabrzmiał jeszcze raz, jakby ktoś po drugiej stronie korytarza właśnie przypomniał nam, że dzieci, które miały zniknąć z rejestru, są tutaj.

Оцените статью