CZĘŚĆ 4 — Mąż kazał przeszukać mnie za kradzież rodzinnych diamentów, lecz po moim geście jego ciotka nagle przestała się uśmiechać

CZĘŚĆ 4

…Adrienne przeczytał wiadomość drugi raz.

Potem trzeci.

— To nie jest tylko szantaż — powiedział Pavel.

— Wiem — odpowiedziałam.

Na fotografii Adrian miał zamknięte oczy, ale jego dłoń leżała na kocu w charakterystyczny sposób: dwa palce wyprostowane, trzy zgięte. Znałam ten gest. Robił tak zawsze, kiedy chciał zaznaczyć, że słucha i rozumie, choć nie mógł mówić.

— On jest przytomny — powiedziałam.

Adrienne spojrzał na mnie.

— Skąd wiesz?

— Popatrz na jego rękę. To jego znak.

Victoria zacisnęła usta.

— Nie macie czasu na zgadywanki.

— Ty też nie — odparł Adrienne.

Chwycił rejestr, lecz ja położyłam dłoń na jego okładce.

— Nie pojedziemy tam sami.

— Clare, mój ojciec może umrzeć.

— A jeśli właśnie na to liczą? Jeśli zabiorą rejestr, zniszczą dowód i nadal będą mieli Adriana?

— Powiedziałem, że jadę.

— A ja powiedziałam, że nie oddam ci tego bez planu.

Jego oczy pociemniały.

— Po tym wszystkim nadal mi nie ufasz?

Pytanie uderzyło we mnie mocniej, niż powinno.

— Ufam temu, co widzę. A widzę mężczyznę, który przed godziną pozwolił przeszukiwać mnie jak przestępczynię, a teraz chce zaryzykować życie ojca, bo ktoś wysłał mu zdjęcie.

Adrienne spuścił wzrok na obrączkę leżącą na stole.

— Nie wiedziałem, komu wierzyć.

— Wiedziałeś. Tylko bałeś się przyznać, że twoja rodzina może być winna.

Marco wszedł między nas.

— Jest inne wyjście. W starym porcie mam ludzi, którym ufam. Pojedziemy dwoma samochodami. Pavel zostanie tutaj z Victorią.

Victoria parsknęła.

— Nie możecie mnie zatrzymać.

— Nie zamierzam — powiedział Adrienne. — Ale jeśli spróbujesz wyjść, Marco pokaże ci, jak wygląda zamknięta brama.

— Grozisz własnej ciotce?

— Nie. Po raz pierwszy opisuję konsekwencje.

Pobiegliśmy do garażu. Deszcz bębnił o metalowy dach, a zapach benzyny mieszał się z wilgocią. Adrienne otworzył drzwi czarnego samochodu i podał mi kluczyki.

— Ty prowadzisz.

— Dlaczego?

— Bo jeśli znów będziesz siedzieć obok mnie, mogę pomylić ochronę z kontrolą.

To było najuczciwsze zdanie, jakie powiedział tego wieczoru.

Ruszyliśmy o dwudziestej trzeciej pięć. Marco jechał za nami, a Pavel został w domu z dwiema osobami z ochrony. Victoria próbowała protestować, krzyczała o prawnikach i nazwisku rodziny, ale jej głos zniknął pod rykiem silnika.

Port był prawie pusty. Stara przystań znajdowała się za magazynami, między rdzewiejącymi dźwigami a wodą czarną jak atrament. W oddali migotała pojedyncza lampa.

Adrian siedział na metalowym krześle przy rampie. Nie był przykuty. Obok niego stał mężczyzna z fotografii, a za nim dwóch kurierów.

— Tato — Adrienne wysiadł z samochodu.

Adrian uniósł głowę.

— Synu, nie podchodź.

Miał blady jak popiół policzek, lecz jego głos był mocny.

Mężczyzna z walizką wyciągnął rękę.

— Rejestr.

Podałam go, ale nie wypuściłam z dłoni.

— Najpierw Adrian.

— Nie negocjuję z żoną oskarżonego złodzieja.

Adrienne zrobił krok do przodu.

— Powtórz to.

— Cały Manhattan wie, że twoja żona ukradła diamenty.

— Cały Manhattan dowie się, kto ją wrobił.

Mężczyzna uśmiechnął się i skinął na kuriera. Ten wyjął z walizki plik dokumentów.

— Twój ojciec podpisze przeniesienie praw głosu. W zamian dostaniecie go z powrotem.

Adrian prychnął.

— Nie podpiszę niczego.

— W takim razie umrzecie z reputacją rodziny w ruinie.

— Reputacja już dawno leżała w błocie — powiedział Adrian. — Tylko mój syn udawał, że tego nie widzi.

Adrienne zbladł.

— Tato…

— Pozwoliłeś Victorii prowadzić fundację, bo była ostatnią osobą, która pamiętała cię jako chłopca. To nie jest lojalność. To strach przed samotnością.

Mężczyzna z walizką wyrwał mi rejestr. W tej samej chwili Marco wyszedł zza ciężarówki z trzema ochroniarzami.

— Odłóż dokumenty — rozkazał.

Jeden z kurierów sięgnął pod płaszcz, lecz Marco był szybszy. Nie wyciągnął broni. Po prostu zatrzasnął mu nadgarstek w metalowym uchwycie rampy.

— Nie komplikuj tego.

Drugi kurier uciekł w stronę magazynu. Adrienne ruszył za nim, ale Adrian krzyknął:

— Zostaw go! Chodzi o dokumenty, nie o zemstę!

Adrienne zatrzymał się.

Mężczyzna z walizką zaczął drzeć rejestr. Wyrwałam mu go z rąk, lecz kilka kartek pękło na środku.

— Nie! — krzyknął.

— Właśnie o to ci chodziło? — zapytałam. — Żebyśmy myśleli, że papier jest ważniejszy od człowieka?

Wtedy pojawiła się Victoria.

Wysiadła z drugiego samochodu, który musiała ukryć na bocznej ulicy. Miała na sobie ten sam beżowy płaszcz, lecz teraz jego dół był ubłocony. W dłoni trzymała małą metalową kasetkę.

— Wystarczy — powiedziała.

Adrienne odwrócił się gwałtownie.

— Jak wydostałaś się z domu?

— Przez tunel serwisowy. Znałam go, zanim nauczyłeś się chodzić.

— Co masz w kasetce?

Victoria otworzyła ją.

W środku leżały cztery diamenty owinięte w ciemny jedwab.

Poczułam, jak wszystko we mnie stygnie.

— Pozostałe? — spytał Adrienne.

— Sprzedane. Te zostawiłam, żebyś uwierzył, że zawsze mogę odzyskać część tego, co ci zabrano.

— Zabrałaś je rodzinie.

— Ratowałam ją.

— Przed czym?

Victoria popatrzyła na Adriana.

— Przed nim. Twój ojciec chciał przekazać połowę funduszu szpitalom, kiedy firma mogła potrzebować pieniędzy. A ty chciałeś oddać kontrolę Clare. Kobiecie, która pojawiła się tu z walizką i zaczęła grzebać w rachunkach.

— Zaczęłam grzebać, bo odkryłam, że kradłaś — odpowiedziałam.

— Nie kradłam. Brałam to, co uważałam za należne.

Adrienne zrobił krok ku niej.

— Właśnie powiedziałaś, że przelewy były twoje.

Victoria zrozumiała za późno, co zrobiła.

Pavel wysiadł z samochodu Marco, trzymając telefon przy uchu.

— Mam świadka z kancelarii. Słyszał, jak Victoria kazała podrobić moje potwierdzenie. I mam wiadomość od pracownika kliniki, że zapłaciła za przeniesienie Adriana.

Victoria spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Ty nędzny tchórzu.

— Tak — powiedział Pavel. — Bałem się przez siedem miesięcy. Dziś bałem się bardziej.

Adrian wyciągnął rękę do syna.

— Adrienne, chodź tutaj.

Adrienne uklęknął obok niego.

— Przepraszam.

— Nie mnie powinieneś przepraszać.

Adrienne odwrócił się do mnie. Deszcz spływał mu po włosach i kołnierzu koszuli.

— Clare, nie mam prawa prosić cię o pozostanie.

— Nie prosisz.

— Nie. Ale chcę powiedzieć wszystko. Zawahałem się, bo Victoria pokazała mi kopię raportu, z którego wynikało, że spotykałaś się z administratorem potajemnie. Powiedziała, że chcesz zabezpieczyć własną część majątku i odejść z pieniędzmi.

— A ty uwierzyłeś.

— Uwierzyłem strachowi. To gorsze.

Spojrzałam na obrączkę, którą nadal trzymał w kieszeni. Przez cały wieczór metal ogrzewał jego dłoń, ale nie był już symbolem małżeństwa. Był dowodem, że nie potrafił ochronić osoby, która stała obok niego.

— Nie wrócę z tobą do domu dziś w nocy — powiedziałam.

— Wiem.

— Nie wiem, czy wrócę kiedykolwiek.

— Wiem.

— Ale zabiorę Adriana do kliniki. I dopilnuję, żeby jego testament oraz fundacja nie zostały przejęte przez nikogo z waszej rodziny.

Adrian uśmiechnął się słabo.

— Dlatego właśnie chciałem, żebyś dostała te dokumenty.

Adrienne spojrzał na niego.

— Ty wiedziałeś?

— Od pierwszego raportu Clare. To ja poprosiłem ją o spotkanie z Pavlem. Victoria przejęła wiadomości i usunęła termin z kalendarza.

Zamknęłam oczy. Cały czas myślałam, że walczę sama, a człowiek, któremu najbardziej chciałam ufać, nawet nie wiedział, że jego ojciec próbował mi pomóc.

Victoria stała przy rampie, otoczona ochroniarzami. Bez biżuterii, bez łez, bez rodzinnej pozy. W kasetce nadal trzymała diamenty, jakby chciała nimi zasłonić pustkę po wszystkim, co straciła.

— Adrienne — powiedziała. — Jestem twoją rodziną.

— Rodziną byłaś, kiedy potrzebowałem opiekunki. Potem zostałaś właścicielką mojego lęku.

— Nie możesz mnie tak wyrzucić.

— Nie wyrzucam cię. Odbieram ci to, co nigdy nie należało do ciebie.

Podał Marco kasetkę.

— Zabezpiecz ją przy dokumentach fundacji.

— A co z diamentami sprzedanymi w Genewie? — zapytałam.

— Pavel zna odbiorcę — powiedział Marco. — Przelew jeszcze nie został rozliczony. Można zatrzymać transakcję.

Victoria zachwiała się.

Nie dlatego, że ktoś ją aresztował.

Dlatego, że straciła jedyną rzecz, której naprawdę pragnęła: przekonanie, że bez niej Duca nie potrafią podjąć żadnej decyzji.

W klinice Adrian został przyjęty na oddział, a lekarz potwierdził, że jego stan jest stabilny. Pavel przekazał oryginały prawnikowi fundacji. Marco złożył zeznania dotyczące zmiany ochrony i wejścia Victorii do sejfu. Nie potrzebowałam, żeby Adrienne tłumaczył się przed całym światem. Potrzebowałam, żeby każdego dnia pamiętał, w którym miejscu mnie stracił.

O świcie siedziałam przy łóżku Adriana. Na stoliku leżała moja skórzana teczka z pękniętym zatrzaskiem. Obok niej położyłam rejestr, zszyty przez pielęgniarkę grubą białą nicią.

Adrienne stał w progu, ale nie wszedł.

— Mogę zostawić ci obrączkę? — zapytał.

— Nie.

Przyjął to bez protestu.

— Co mam z nią zrobić?

Spojrzałam na jego dłoń.

— Oddaj ją Adrianowi. Niech przypomina ci, że rodzinnego nazwiska nie nosi się na palcu.

Adrian otworzył oczy.

— A gdzie się je nosi? — zapytał cicho.

Wzięłam pióro, którym podpisałam pierwszy raport, i podałam mu dokument fundacji.

— Tutaj — odpowiedziałam. — Tam, gdzie każdy podpis ma swoją cenę.

Adrian podpisał ostatnią stronę drżącą ręką. Potem odsunął dokument w stronę Adrienne’a.

— Teraz ty.

Adrienne spojrzał na mnie, zanim sięgnął po pióro.

Tym razem nie zapytał, czy może mi ufać.

Po prostu podpisał.

A ja położyłam pękniętą teczkę na kolanach Adriana, dokładnie tam, gdzie wcześniej leżała jego dłoń, i usłyszałam, jak szpitalny zegar wybija godzinę, której Victoria nie zdołała ukraść.

Оцените статью