CZĘŚĆ 4
…a zegar na ścianie piwnicy wskazywał trzecią dwanaście.
Przez sekundę nikt się nie poruszył.
Potem wszyscy zaczęli mówić naraz.
— Odciąć gaz! — krzyknął policjant.
— Dzieci na zewnątrz! — zawołał drugi.
— Zosiu, trzymaj Kubę za rękę! — powiedziała mama.
Nie pamiętam, jak znalazłam się na schodach. Pamiętam tylko zimną poręcz pod dłonią i fioletowy sweter Kuby ciągnący się po stopniach. Brat płakał bezgłośnie, z szeroko otwartymi oczami.
Na parterze pani Halina otworzyła drzwi wejściowe. Do środka wdarło się nocne powietrze, ostre i pachnące mokrym asfaltem.
— Nie wychodźcie na ulicę — powiedział policjant. — Zostańcie przy ścianie.
— A mama?
— Idzie za nami.
Nie uwierzyłam. Mama była ranna. Radecki znał piwnicę. Gaz syczał pod naszym mieszkaniem. Wszystko, co dorośli mówili, brzmiało jak słowa przyklejone taśmą do pękniętej szyby.
Wtedy na schodach pojawiła się mama.
Jedną ręką trzymała się ściany, drugą przyciskała do brwi kawałek materiału. Zobaczyła mnie i uniosła podbródek.
— Jestem tutaj.
Pobiegłam do niej.
— Myślałam, że już nie wrócisz.
— Wiem.
— Powiedziałaś, że zaraz wrócisz.
Mama uklękła, mimo bólu.
— I zrobiłam wszystko, żeby dotrzymać słowa.
Z piwnicy dobiegł metaliczny huk. Policjanci zamknęli drzwi wejściowe na klucz od środka, a jeden z nich wybiegł do skrzynki głównej budynku. Przez chwilę słychać było tylko syczenie i kaszel Radeckiego.
Nagle światło w całym budynku zgasło.
Kuba krzyknął.
Objęłam go mocniej.
— Nie patrz w dół — powiedziała mama.
— On znowu to zrobił.
— Nie. Tym razem to nie on decyduje.
Z podwórka dobiegł trzask metalowej pokrywy. Potem zapach gazu zaczął znikać. Ktoś zakręcił główny zawór.
Po kilku minutach na ulicy pojawiły się wozy ratunkowe. Ich światła odbijały się w kałużach, ale nikt nie zabierał nas od razu. Strażacy sprawdzali klatkę i mieszkania, a policjanci wynosili z piwnicy pudła z rachunkami, kluczami i listami lokatorów.
Radecki siedział na chodniku z rękami z tyłu. Jego kamizelka była rozdarta na ramieniu. Patrzył na pudła, jakby widział w nich nie papier, lecz własne życie rozcinane na kawałki.
— Marta — powiedział, kiedy przechodziła obok. — Ty też korzystałaś z tych pieniędzy.
Mama zatrzymała się.
— Co?
— Pożyczyłem ci. Na leki dla dzieci. Na czynsz. Gdybyś nie oddała, wyrzuciliby was na bruk.
Poczułam, jak mama sztywnieje.
— Pożyczyłeś mi dwieście złotych — powiedziała. — Oddałam trzysta. Resztę dopisałeś sam.
— Miałem rachunki.
— Fałszywe.
Pani Halina podeszła bliżej. W ręku trzymała kopertę, tę samą, którą oddała policjantom.
— W tej kopercie jest także lista wpłat — powiedziała. — Każdy lokator zapłacił panu więcej, niż powinien.
Radecki zaśmiał się krótko.
— A kto im uwierzy? Jestem dozorcą od dwudziestu lat.
— Nie — odpowiedziała Halina. — Był pan dozorcą od dwudziestu lat. Dziś rano zmienią zamki w piwnicy.
To był pierwszy moment, w którym zobaczyłam, że mężczyzna naprawdę traci kontrolę. Nie nad światłem. Nad całą klatką schodową.
Lokatorzy zaczęli wychodzić z mieszkań. Pan Witek z drugiego piętra przyniósł rachunki. Kobieta z trzeciego miała zdjęcie własnego bezpiecznika. Starszy mężczyzna z parteru pokazał wiadomości, w których Radecki groził mu odcięciem prądu.
Nagle jego historia przestała należeć tylko do niego.
Mama usiadła na ławce przed budynkiem. Ratowniczka opatrzyła jej ranę, a Kuba zasnął z głową na jej kolanach. Ja nadal trzymałam w dłoni telefon dyspozytorki, bo nie chciałam się rozłączyć.
— Zosiu? — odezwała się kobieta w słuchawce. — Jesteś już bezpieczna.
— Czy mama też?
Mama spojrzała na mnie i skinęła głową.
— Tak — odpowiedziałam. — Jest przy mnie.
Dyspozytorka westchnęła z ulgą.
— Dobrze się spisałaś.
— Bałam się.
— Odwaga nie oznacza, że strach znika.
Mama wyciągnęła rękę. Podałam jej telefon.
— Dziękuję, że została pani ze mną — powiedziała.
— To ty zostałaś z bratem. Ja tylko nie pozwoliłam ci być sama.
Kiedy się rozłączyłam, zauważyłam na ziemi żółty szalik mamy. Filcowa gwiazda była oderwana z jednego rogu. Podniosłam ją i wcisnęłam jej w dłoń.
— To się da przyszyć — powiedziałam.
Mama popatrzyła na mały kawałek filcu.
— Wiem.
— A jeśli znowu zgaśnie światło?
Przyciągnęła mnie do siebie, tak że policzek oparłam o jej bandaż.
— Wtedy nie będziesz już sama z decyzją, co robić.
Nad ranem strażacy pozwolili nam wrócić do mieszkania. Gaz był odcięty, przewody zabezpieczone, a drzwi do piwnicy zaplombowane. Lodówka nadal była pusta, ale pani Halina przyniosła chleb, mleko i pudełko herbatników. Tym razem podzieliłam je równo między siebie i Kubę.
Mama usiadła przy stole i położyła przed sobą kopię listy wpłat. Nie schowała jej do szuflady. Zostawiła ją na widoku, obok czerwonej wstążki i uszkodzonej filcowej gwiazdy.
— Mamo?
— Tak?
— Czy ten człowiek wróci?
— Nie do naszej piwnicy.
— A jeśli będzie próbował?
Mama spojrzała na drzwi, potem na mnie.
— Wtedy cała klatka będzie wiedziała, gdzie patrzeć.
Kuba obudził się i wyciągnął rękę po ostatni herbatnik. Podałam mu go bez wahania.
Za ścianą ktoś włączył radio. Z głośnika popłynęła wiadomość o awarii gazu w kamienicy przy ulicy Lipowej, a potem o zatrzymaniu dozorcy podejrzanego o szantażowanie lokatorów.
Mama przyszyła filcową gwiazdę do szalika nierównymi, grubymi ściegami. Zostawiła jednak bliznę po rozdarciu.
Kiedy skończyła, zawiązała go sobie pod szyją i powiedziała:
— Teraz ty wybierasz, gdzie go położymy.
Wzięłam szalik, położyłam go na oparciu krzesła i wsunęłam pod niego kartkę z numerem dyspozytorki.
Na klatce schodowej zabrzęczały obce klucze, a mama odruchowo podniosła głowę.
Tym razem nie musiała sprawdzać, kto idzie.
To lokatorzy sami wymieniali zamki.
Przegapiłeś początek?






