CZĘŚĆ 4
— Pawła — powtórzył doktor Rudzki. — Karta została wystawiona trzy tygodnie temu.
Paweł cofnął się pod ścianę.
— Ja nigdy nie byłem w tej klinice.
Doktor podał mu dokument. Na pierwszej stronie widniało jego imię, numer dokumentu i dawka tego samego środka, który podano Andrzejowi.
— To niemożliwe — powiedział Paweł.
— Nie jesteś pacjentem — odparłam. — Jesteś kolejnym nazwiskiem w planie Maurycego.
Maurycy ruszył w stronę windy.
— Nikt nie udowodni, że to moja karta.
— Paweł udowodni — powiedziałam.
— Paweł kłamie.
— A ty? — zapytałam. — Ty tylko pomyliłeś termin jego śmierci z terminem jego podpisu.
Maurycy zatrzymał się.
Doktor Rudzki uniósł umowę z koperty.
— Dokument przekazujący firmę podpisano o siedemnastej dziesięć. Akt zgonu Andrzeja wystawiono o szesnastej czterdzieści. Jeśli zmarł wcześniej, nie mógł podpisać umowy. Jeśli podpisał ją o siedemnastej dziesięć, żył po wystawieniu aktu.
Maurycy roześmiał się nerwowo.
— To błąd kancelarii.
— Znam ten podpis — powiedział Andrzej z sali.
Wszyscy odwróciliśmy się ku drzwiom. Mąż siedział na łóżku, blady, z przewodami przyklejonymi do piersi. Pielęgniarka próbowała go zatrzymać, ale Andrzej podniósł rękę.
— To nie mój podpis. Maurycy podrobił go na podstawie starego pełnomocnictwa.
— Leż — nakazałam mu.
— Nie mogę. Zbyt długo leżałem.
Jego głos był słaby, lecz każde słowo trafiało prosto w Maurycego.
— Powiedz im, dlaczego chciałeś firmę — powiedział Andrzej.
Maurycy spojrzał na matkę.
— Powiedz mu, że robiłem to dla rodziny.
Teresa zacisnęła różaniec tak mocno, że metalowe ogniwo wbiło jej się w skórę.
— Nie używaj mnie jako wymówki.
— To ty błagałaś, żebym ratował przedsiębiorstwo!
— Prosiłam, żebyś ratował ludzi, nie żebyś ich usuwał.
Maurycy uderzył dłonią w ścianę.
— Andrzej zawsze dostawał wszystko! Ojciec przepisał mu większość udziałów, kierowcy słuchali jego, a ty patrzyłaś na niego, jakby był jedynym synem!
Teresa wyprostowała się powoli.
— Bo ty chciałeś mieć wszystko bez pracy.
Nikt się nie odezwał.
Maurycy zaczął tłumaczyć, że firma miała długi, że wierzyciele naciskali, że zamierzał sprzedać tylko część magazynów. Ale dokumenty mówiły coś innego. Z księgi wynikało, że przez osiemnaście miesięcy przelewał pieniądze z kont przedsiębiorstwa na własne spółki. Nie ratował firmy. Opróżniał ją.
Najgorsze odkrycie znajdowało się jednak na końcu księgi.
Przy nazwisku Pawła widniała notatka: „Po Andrzeju następny”.
Paweł przeczytał ją i usiadł na krześle.
— Chciałeś mnie zabić, bo widziałem chłodnię?
Maurycy odwrócił twarz.
— Chciałem cię tylko uciszyć.
— Środkiem, po którym człowiek przestaje oddychać?
— Nie miałem wyboru!
— Miałeś — powiedziałam. — Wybrałeś pieniądze.
W tym momencie przyjechali funkcjonariusze wezwani przez doktora Rudzkiego. Nie musieli wyciągać Maurycego z korytarza. Sam podał im ręce, ale przed wyjściem zwrócił się do mnie.
— Jeśli mnie zamkną, firma upadnie. Kierowcy stracą pracę. Andrzej nie udźwignie tego po zawale.
Spojrzałam na męża.
Andrzej oddychał przez maskę, lecz patrzył przytomnie.
— Firma nie upadnie przez ciebie — powiedział. — Upadłaby, gdybym pozwolił ci ją dalej prowadzić.
Maurycy spuścił głowę, a funkcjonariusz wyprowadził go za ramię. Teresa została na korytarzu, nieruchoma przy automacie z wodą. Przez chwilę wydawało mi się, że zaraz zemdleje.
— Klaudio — powiedziała. — Powinnam była ci powiedzieć o kopercie wcześniej.
— Dlaczego tego nie zrobiłaś?
— Bałam się, że jeśli oskarżę własnego syna, stracę obu.
— Prawie straciłaś jednego.
Skinęła głową.
— Wiem.
Nie przytuliłam jej. Nie potrafiłam. Ale usiadłam obok niej, bo bała się sama, a ja nie chciałam, żeby strach decydował o wszystkim jeszcze przez jedną noc.
Paweł podpisał zeznania i poprosił o rozmowę z żoną. Doktor Rudzki obiecał, że szpital zabezpieczy jego dokumentację. Fałszywa karta pacjenta stała się dowodem, że Maurycy planował więcej niż jeden zgon.
Andrzej spędził kolejne dni pod obserwacją. Lekarze powiedzieli, że przeżył tylko dlatego, że środek nie zadziałał w pełni, a Zosia zauważyła najmniejszy ruch jego nosa i palca. Gdy mu to powtarzali, mąż płakał.
— To ona mnie znalazła — powiedział.
— Nie — odpowiedziałam. — Ona nie pozwoliła ci zniknąć.
Kiedy Zosia mogła wejść na oddział, przyniosła ojcu ten sam plastikowy kubek z pękniętym uchem. W drugiej ręce trzymała rysunek, który zrobiła w poczekalni. Narysowała chłodnię, trumnę i mały czerwony klucz.
— Tata — powiedziała — już nie musisz spać w zimnie.
Andrzej uśmiechnął się pierwszy raz od dnia, w którym otworzył oczy.
— Obiecuję.
Tego samego popołudnia złożyliśmy dokumenty potwierdzające prawdziwy podział udziałów. Firma nie należała do Maurycego. Większość odziedziczył Andrzej, a część, którą ojciec zostawił nieżyjącej wcześniej siostrze, należała zgodnie z testamentem do Teresy. Maurycy przez lata udawał, że ten zapis nie istnieje, bo Teresa nigdy nie chciała walczyć o pieniądze.
Teraz podpisała wszystko własną ręką.
— Połowę przeznaczę na fundusz dla rodzin kierowców — powiedziała. — Drugą połowę oddam Andrzejowi na odbudowę firmy.
Andrzej pokręcił głową.
— Nie musisz mnie ratować.
— Nie ratuję ciebie. Naprawiam własny wybór.
To były jedyne słowa, po których zobaczyłam w jej twarzy coś więcej niż wstyd.
Maurycy stracił udziały, wszystkie konta zostały zabezpieczone, a jego wspólnik z kliniki przyznał, że wystawił fałszywy akt zgonu za pieniądze. Doktor Salgado nie próbował już tłumaczyć się pomyłką. Paweł dostał ochronę dla rodziny i wrócił do pracy, ale odmówił prowadzenia samochodu przez chłodnię numer siedem.
Andrzej również nie chciał tam wracać.
To ja pojechałam tam tydzień później z Zosią i Pawłem. Nie po to, żeby rozdrapywać strach. Musieliśmy usunąć z magazynu kartony z lekami i przekazać księgi tym, którzy zajmowali się sprawą. Na drzwiach nadal wisiała wyblakła cyfra siedem.
Zosia ścisnęła moją dłoń.
— Mamo, tutaj tata prawie zasnął na zawsze.
— Tak.
— A ja go obudziłam?
Przykucnęłam przy niej.
— Ty pierwsza go usłyszałaś.
— Bo tata obiecał mi lody.
Paweł parsknął cicho. Ja też się uśmiechnęłam, choć gardło miałam zaciśnięte.
Zosia wyjęła z kieszeni czerwony klucz i położyła go na metalowej skrzyni.
— Możemy go zostawić?
— Nie — powiedziałam. — Ten klucz wraca do taty.
Wieczorem, gdy odwiedziłam Andrzeja w szpitalu, spał spokojnie. Na stoliku obok łóżka leżał mosiężny klucz z czerwoną zawieszką. Zosia sama przypięła go do jego szpitalnej torby.
Andrzej otworzył oczy.
— Co tam jest? — zapytał.
— Nic, czego musisz się bać — odpowiedziałam.
Zosia pochyliła się nad nim.
— Tato, słyszysz mnie?
Andrzej poruszył palcem.
Raz.
Potem drugi.
A Zosia przyłożyła ucho do jego piersi i powiedziała:
— Dobrze. Tym razem słyszę cię bardzo wyraźnie.
Przegapiłeś początek?






