CZĘŚĆ 4 — Ojciec oddał mnie za pięćdziesiąt dolarów, a gdy dotknęłam ucha męża, jego ochroniarz nagle pobladł

CZĘŚĆ 4

Drugi człowiek czekał w klinice, ale nie zamierzaliśmy jechać tam według planu Belliniego.

O drugiej w nocy siedzieliśmy w ukrytym pokoju za piwniczną biblioteką. Vincent miał opatrunek na uchu, Luca przeglądał dokumenty, a ja trzymałam metalowe urządzenie w szklanym słoju. Co kilka minut jego czerwone światełko próbowało zamigotać, choć bateria powinna już dawno się rozładować.

— Ono nadal działa — powiedziałam.

Luca pokręcił głową.

— Nie działa. Szuka sygnału.

— A jeśli ktoś go odbiera?

— Wtedy wie, że je mamy.

Vincent siedział naprzeciwko mnie. Jego prawa ręka spoczywała na kartce. Napisał: „Mogę wysłać ludzi po Belliniego”.

— I co potem?

„Zniknie”.

— Właśnie tego oczekuje. Żebyś odpowiedział przemocą i spalił wszystkie dowody razem z nim.

Luca podniósł głowę.

— Ma rację.

Vincent spojrzał na niego ostro.

— Nie słyszysz mnie — powiedziałam. — Ale możesz czytać.

Napisałam drugą wiadomość: „Bellini nie chciał tylko przejąć twoich interesów. Chciał, żebyś stał się dowodem, że urządzenia działają. A ja miałam być kolejnym przypadkiem”.

Vincent zacisnął dłoń na krawędzi stołu.

W teczce znaleźliśmy cztery nazwiska. Trzy należały do ludzi, którzy zmarli w ciągu roku po podobnych zabiegach. Czwarte było zapisane ołówkiem: Helena Ruiz.

— Pielęgniarka żyje — powiedział Luca. — Ukrywa się w dzielnicy Pilsen.

— Musimy ją znaleźć przed Bellinim.

— Najpierw trzeba znaleźć lekarza — odparł Luca, wskazując na schody.

Lekarz, którego Tyler przyprowadził do domu, siedział związany na krześle w pralni. Nie miał już fartucha. Pod spodem nosił koszulę z mankietami poplamionymi jodem. Kiedy weszłam, odwrócił twarz.

— Nazywam się doktor Adrian Vale — powiedział.

— Nie pytałam o nazwisko.

— Jeśli chce pani przeżyć, musi mnie pani wysłuchać.

— Mój mąż przez dziewięć lat nie słyszał przez urządzenie, które pan mu wszczepił.

— Nie ja je wszczepiłem.

Vincent stanął za mną. Doktor spojrzał na niego i natychmiast spuścił wzrok.

— Kto?

— Bellini miał chirurga. Doktor Orsini. Ja tylko prowadziłem dokumentację i podawałem leki.

— A dlaczego pan nadal dla niego pracował?

Vale roześmiał się gorzko.

— Bo miałem syna. Bellini trzymał go w ośrodku odwykowym i groził, że go zabije, jeśli otworzę usta.

Luca położył na stole zdjęcie młodego mężczyzny.

— Pański syn nie jest w ośrodku — powiedział. — Sprawdziliśmy. Został wywieziony dziś rano do kliniki przy ulicy Halsted.

Doktor pobladł.

— Tam jest pułapka.

— Właśnie dlatego tam jedziemy — odpowiedziałam.

Vincent natychmiast pokręcił głową. Wziął notes i napisał: „Nie”.

— Nie możesz sam tam wejść. Twoje nazwisko jest celem. Ja wejdę jako osoba z dokumentów.

„Nie będziesz przynętą”.

— Już nią jestem od dnia, w którym ojciec wziął pieniądze.

To go zatrzymało.

O trzeciej trzydzieści opuściliśmy rezydencję bocznym wyjazdem. Nie wyruszyliśmy do kliniki samochodem Vincenta. Luca użył starej furgonetki pralniczej, a ja założyłam granatowy fartuch i przypięłam do kieszeni metalową plakietkę z cudzym nazwiskiem.

Przez całą drogę Vincent pisał mi krótkie wiadomości.

„Jeśli zobaczysz czerwone światło, uciekaj”.

„Nie ufaj nikomu w białym fartuchu”.

„Nie zostawiaj słoika”.

Ostatnia wiadomość sprawiła, że poczułam nagły ucisk w gardle.

— Dlaczego tak bardzo boisz się o mnie? — zapytałam.

Vincent długo patrzył na ekran, zanim odpowiedział.

„Bo kiedy twój ojciec podpisał umowę, przez trzy dni nie mogłem cię znaleźć. Myślałem, że już po tobie”.

Nie zdążyłam odpowiedzieć. Furgonetka zatrzymała się przed kliniką. W oknach nie paliło się żadne światło, ale przy bocznym wejściu stał mężczyzna w białym fartuchu.

— To nie lekarz — powiedziałam.

— Skąd wiesz?

— Ma czyste buty. W klinice na podłodze jest błoto.

Luca uśmiechnął się krótko.

Weszliśmy tylnym korytarzem. Na końcu znaleźliśmy małą salę zabiegową. Przy łóżku leżał młody mężczyzna z rękami skrępowanymi paskiem. Doktor Vale wydał zduszony okrzyk.

— Tomasz!

Chłopak otworzył oczy.

— Tato?

Wtedy rozległy się oklaski.

Z cienia wyszedł Salvatore Bellini. Był niższy, niż się spodziewałam, lecz miał twarz człowieka, który nigdy nie musiał prosić o miejsce przy stole. Za nim stał mój ojciec. Tylera nie było.

— Marta — powiedział Bellini. — Wiesz, co jest najcenniejsze w ludziach takich jak ty? To, że przez całe życie wierzą, iż muszą zasługiwać na ochronę.

Vincent ruszył naprzód, ale czterech mężczyzn zablokowało korytarz.

Bellini wskazał na słoik w mojej dłoni.

— Połóż to na stole.

— Najpierw uwolnij Tomasza.

— Nie jesteś w pozycji do negocjacji.

— A jednak rozmawiasz ze mną, nie z Vincentem.

Bellini uśmiechnął się szerzej.

— Bo Vincent jest przewidywalny. Ty nie.

Ojciec zrobił krok w moją stronę.

— Marto, oddaj mu urządzenie. Wszystko się skończy.

Spojrzałam na jego dłonie. Pod paznokciami miał czarny osad, taki sam jak ten, który widziałam na poduszce Vincenta.

— Ty je przenosiłeś — powiedziałam.

Ojciec zatrzymał się.

— Co?

— Urządzenie. To ty zaniosłeś je do kliniki. Nie Bellini.

Bellini odwrócił głowę.

— O czym ona mówi?

Ojciec zaczął się jąkać.

— Powiedziałeś, że muszę tylko dostarczyć paczkę. Nie wiedziałem, co jest w środku.

— Paczkę? — powtórzył Bellini.

— Tak mi powiedziałeś!

W sali zapadła gwałtowna cisza. Bellini zrozumiał, że mój ojciec właśnie przyznał się do udziału przy wszystkich.

Wyjęłam z kieszeni kartkę z jego podpisem.

— Nie tylko dostarczyłeś urządzenie. Podpisałeś również zgodę na przeniesienie mnie do kliniki. Data jest dzisiejsza.

Ojciec spojrzał na dokument i osunął się na krzesło przy ścianie.

— Nie chciałem, żeby cię skrzywdzili.

— Chciałeś pieniędzy.

— Bałem się.

— Ja też.

Bellini wyrwał kartkę z mojej dłoni, lecz Luca natychmiast uniósł broń.

— Odłóż ją — powiedział.

— Myślisz, że jeden ochroniarz coś tu zmieni?

— Nie jest sam — odpowiedziałam.

Wskazałam na sufit. Nad drzwiami wisiała mała kamera, podłączona do przewodu biegnącego wzdłuż lampy.

Bellini zmrużył oczy.

— Kamera nie działa.

— Ta nie. Ale telefon w kieszeni doktora Vale’a przesyła obraz do ludzi, których wysłałeś, żebyś myślał, że kontrolujesz sytuację.

Doktor spojrzał na mnie z przerażeniem.

— Nie mam telefonu.

— Ma go Tomasz — powiedziałam.

Chłopak leżał nieruchomo, lecz jego palec poruszył się pod paskiem. Zrozumiałam, że przed przyjazdem zdążyłam odwiązać mu jedną rękę, kiedy Luca odciągał strażnika przy wejściu. Telefon był ukryty pod materacem.

Bellini rzucił się do łóżka. Vincent przechwycił go w połowie drogi.

Nie usłyszałam uderzenia. Zobaczyłam tylko, jak Bellini traci równowagę i wpada na metalowy stolik. Słoik wypadł z mojej dłoni, lecz nie rozbił się. Zatrzymał się przy nodze ojca.

Ojciec spojrzał na czarne urządzenie, potem na mnie.

— Mogę cię stąd wyprowadzić — powiedział.

— Ty mnie tu przyprowadziłeś.

— Jestem twoim ojcem.

— Wiem. Dlatego bolało bardziej.

Nie odpowiedział. Wziął słoik, lecz zamiast podać go Belliniemu, rzucił go na podłogę pod metalowy grzejnik. Szkło pękło. Czarny przedmiot zadrżał, a czerwone światło zgasło.

Bellini krzyknął.

— Co zrobiłeś?

Ojciec patrzył na rozlane urządzenie, jakby dopiero teraz zobaczył cenę własnych decyzji.

— Oddałem córkę za pięćdziesiąt dolarów — powiedział. — Nie oddam jej drugi raz.

Bellini próbował dosięgnąć broni Luki, ale doktor Vale kopnął jego kolano. Mężczyzna upadł. Jego własna ochrona cofnęła się, kiedy na korytarzu pojawili się ludzie Luki, a z kieszeni Tomasza dobiegł sygnał wysłanej wiadomości.

Tyler zjawił się dopiero godzinę później. Nie przyjechał z Bellinim. Został zatrzymany przez ludzi, których próbował oszukać, i przywieziony do kliniki z rozciętą wargą.

Kiedy zobaczył ojca, wybuchnął gniewem.

— Wszystko zepsułeś!

Ojciec odwrócił się do niego.

— To ty zacząłeś.

— To ty sprzedałeś Martę!

— A ty śmiałeś się, kiedy płakała.

Tyler zamilkł, patrząc na mnie. Nie prosił o przebaczenie. Może wiedział, że żadna prośba nie cofnęłaby tamtego kuchennego stołu, pięćdziesięciu dolarów ani białej sukienki z drapiącą tasiemką.

Vincent trafił pod opiekę prawdziwego specjalisty, którego Luca sprowadził z innego miasta. Zabieg usunięcia resztek urządzenia trwał sześć godzin. Kiedy lekarz wyszedł, miał podkrążone oczy.

— Nie odzyska słuchu od razu — powiedział. — Ale nerw nie został całkowicie zniszczony.

Siedziałam przy łóżku, kiedy Vincent się obudził. Przez chwilę patrzył na mnie bez ruchu. Potem dotknął notesu.

„Czy nadal jesteś moją żoną?”

Przeczytałam zdanie dwa razy.

— Nie wiem — odpowiedziałam.

Jego palce znieruchomiały.

— Ale wiem, że nie jestem już twoją własnością.

Napisał: „Nigdy nią nie byłaś”.

— Powinieneś był powiedzieć mi prawdę.

„Bałem się, że odejdziesz”.

— Miałeś prawo się bać. Nie miałeś prawa decydować za mnie.

Vincent skinął głową. Potem wyjął z szuflady dokument i położył go przede mną. Było to unieważnienie umowy zawartej z moim ojcem oraz akt własności małego domu i warsztatu ceramicznego nad jeziorem, kupionych za pieniądze, które Vincent odzyskał z kont Belliniego.

— Nie chcę zapłaty za to, że przeżyłam — powiedziałam.

Napisał: „To nie zapłata. To wybór”.

— Mój wybór dopiero się zaczyna.

Wzięłam dokument, ale nie podpisałam niczego.

Doktor Vale zeznał przeciwko Belliniemu, a Tomasz dostał ochronę i wyjechał do ciotki. Luca przekazał wszystkie teczki rodzinom trzech zmarłych pacjentów. Ojciec nie dostał pieniędzy. Stracił dom, samochód i wszystko, co jeszcze zostało na jego nazwisko. Tyler uciekł z miasta, lecz po drodze zostawił telefon i księgę długów, która pozwoliła odnaleźć innych ludzi Belliniego.

Nie czułam triumfu.

Czułam zmęczenie.

Pewnego ranka Vincent poprosił, żebym usiadła przy jego łóżku. Wziął do ręki metalowy kubek i stuknął nim o stolik. Dźwięk był cichy, lecz odwrócił głowę.

— Słyszałeś? — zapytałam.

Nie odpowiedział od razu. Przyłożył palec do lewego ucha, potem do prawego.

„Trochę”.

Uśmiechnęłam się mimo łez.

— To wystarczy na dziś.

Vincent wskazał notes.

„A jutro?”.

— Jutro sama zdecyduję, gdzie będę.

Przyjął to bez protestu.

Kilka dni później pojechaliśmy razem do warsztatu. Nie jako kupiona dziewczyna i mężczyzna, który ją kupił. Nie jako więźniarka i właściciel rezydencji. Pojechaliśmy zobaczyć miejsce, które mogło stać się moje, jeśli naprawdę tego zechcę.

Na półce przy wejściu postawiłam porcelanową miseczkę. Wypłukałam ją dokładnie, lecz na dnie pozostała cienka, ciemna rysa.

Vincent podszedł i zapukał w jej brzeg.

Tym razem usłyszał.

— Co słyszysz? — zapytałam.

Spojrzał na mnie, a potem położył dłoń na miseczce.

„Że coś, co miało nas uciszyć, właśnie nauczyło nas mówić”.

Nie zatrzymałam miseczki jako pamiątki po strachu. Zatrzymałam ją jako dowód, że pewnej nocy to ja wyciągnęłam prawdę z miejsca, do którego nikt odważył się zajrzeć.

A kiedy Vincent ponownie stuknął w porcelanę, odpowiedziałam mu tym samym dźwiękiem — krótkim, czystym i słyszalnym w całym warsztacie.

Оцените статью