CZĘŚĆ 4
— Przełącz rozmowę na głośnik — powiedziałam.
Marco nacisnął przycisk.
Przez chwilę słyszeliśmy tylko trzaski. Potem odezwał się kobiecy, schrypnięty głos:
— Czy mówię do Klary Dąbrowskiej?
Wiktor pobladł.
Nie dlatego, że usłyszał moje nazwisko. Znał je od dawna.
Przeraziło go nazwisko kobiety, która mówiła.
— Kto pani jest? — zapytał Alessandro.
— Nazywam się Teresa Bianchi. Siedem lat temu pracowałam na nocnej zmianie w klinice świętej Marty. Widziałam, jak Wiktor Bellini wynosił dziecko z oddziału położniczego.
W holu zapadła ciężka cisza.
Zosia przestała głaskać Łatka.
— Dziecko żyło? — spytał Alessandro.
— Żyło. Miało na sobie białą bransoletkę z numerem dwadzieścia trzy. Na drugiej ręce miało maleńką bliznę po wkłuciu. Pamiętam, bo pielęgniarka pomyliła dawkę lekarstwa i bardzo się tego bała.
Spojrzałam na lewą rękę Zosi. Pod rękawem sukienki widniała jasna, cienka kreska. Zawsze mówiłam jej, że to ślad po ugryzieniu komara.
Nie potrafiłam powiedzieć ani słowa.
— Dlaczego milczała pani przez siedem lat? — zapytał Alessandro.
— Bo Wiktor przyszedł do mojego mieszkania następnego dnia. Położył na stole zdjęcie mojego syna i powiedział, że jeśli powiem prawdę, chłopiec zniknie. Mój syn nie żyje od dwóch lat, ale wtedy jeszcze żył. Bałam się.
Wiktor ruszył ku telefonowi.
— To kłamstwo.
— Poznaję ten głos — powiedziała Teresa. — Powiedział pan wtedy: „Dziewczynka ma należeć do rodziny, która zapłaci najwięcej”.
Wiktor odwrócił się do Alessandra.
— Nie rozumiesz, co zrobiłem dla ciebie. Elena miała cię zdradzić. Chciała odejść.
— Więc ją zabiłeś?
— Chciałem ją tylko zatrzymać.
To zdanie spadło między nas jak nóż.
Nikt go nie pytał o winę. Nikt nie wymuszał wyjaśnień. Sam wypowiedział prawdę, bo uwierzył, że nadal może się nią usprawiedliwić.
Alessandro zrobił krok naprzód.
— Zmieniłeś trasę mojego samochodu.
— Musiałem.
— Podrobiłeś mój podpis.
— Chroniłem interesy.
— Zabrałeś moje dziecko.
Wiktor spojrzał na Zosię.
— Dziecko było kartą przetargową. Miało zostać sprzedane. Klara je ukradła.
— Nie — powiedziałam. — Znalazłam ją w metalowej szafce na pościel. Płakała, a ty zostawiłeś ją samą, bo bałeś się alarmu. Wzięłam ją i uciekłam.
Alessandro zacisnął dłonie.
— Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?
— Bo nie wiedziałam, czy jesteś człowiekiem, który opłakuje żonę, czy człowiekiem, który odda dziecko za zemstę.
Ta odpowiedź zabolała go bardziej niż oskarżenie.
Wiktor wykorzystał moment. Rzucił się ku stolikowi, na którym leżał pistolet. Marco chwycił go za płaszcz, ale Wiktor szarpnął się tak gwałtownie, że przewrócił ciężką lampę. Szkło eksplodowało na posadzce.
Zosia krzyknęła.
Alessandro zasłonił ją własnym ciałem.
Wiktor sięgnął po broń, lecz ja kopnęłam ją pod schody. Zrobiłam to bez namysłu. Przez siedem lat uciekałam przed tym człowiekiem, a teraz moje ciało przypomniało sobie wszystko, czego nauczył je strach.
Marco powalił Wiktora na dywan.
— Nie zabijaj go — powiedziałam.
Alessandro spojrzał na mnie.
— Po tym wszystkim chcesz go oszczędzić?
— Chcę, żeby żył wystarczająco długo, by usłyszeć każde nazwisko z tej księgi.
To było coś, czego Wiktor nie przewidział. Nie śmierć. Nie więzienie. Utrata ludzi, którzy wierzyli, że jego milczenie jest ochroną.
Marco wyjął telefon i zadzwonił do banku. Jednocześnie przekazał kopie księgi ludziom, których Wiktor opłacał od lat. W ciągu kilku minut zaczęły przychodzić odpowiedzi. Jeden po drugim potwierdzali przelewy, rozkazy i fałszywe pełnomocnictwa.
Wiktor przestał być panem sytuacji, zanim ktokolwiek wyprowadził go z holu.
Teresa zgodziła się przyjechać do posiadłości. Przybyła po południu, w granatowym płaszczu z mokrym kołnierzem. Trzymała w dłoni pudełko po lekarstwach i drżała tak mocno, że musiałam podać jej krzesło.
— To ona — powiedziała, patrząc na Zosię. — Miała dokładnie taki pieprzyk przy lewym uchu.
Alessandro uklęknął przed córką.
— Nie musisz mówić do mnie „tato” — powiedział. — Możesz mówić do mnie Alessandro. Możesz też wcale do mnie nie mówić.
Zosia zamyśliła się.
— Mogę mówić „pan od smutnych oczu”?
Po raz pierwszy tego dnia jego usta drgnęły.
— Możesz.
— A Łatek może spać w pokoju z widokiem na ogród?
— Może.
— I mama też?
Alessandro podniósł wzrok na mnie.
Nie odpowiedziałam od razu.
Nie chciałam, żeby moje życie znów zostało urządzone przez cudze decyzje, nawet jeśli tym razem miały dobre intencje. Powiedziałam mu to wprost.
— Nie zostanę tu jako zakładniczka wdzięczności ani jako zastępstwo za Elenę.
— Wiem.
— Zosia będzie poznawać prawdę powoli. Bez tajnych spotkań i bez ludzi, którzy mówią jej, kim ma być.
— Zgadzam się.
— A ty pójdziesz na terapię, choćbyś miał zburzyć cały gabinet wzrokiem.
Marco zakaszlał, żeby ukryć śmiech.
Alessandro spojrzał na niego, potem na mnie.
— Zgadzam się.
Wtedy Teresa wyjęła z pudełka małą kopertę.
— To znalazłam w archiwum kliniki. Elena zostawiła ją dla dziecka, gdyby przeżyło.
Koperta nie była szara ani ozdobna. Miała kremowy papier i ślad po kropli wosku, na którym odciśnięto maleńką literę E.
Podałam ją Zosi.
— To dla ciebie.
— Mogę otworzyć sama?
— Tak.
Dziewczynka rozdarła papier niezdarnie, a potem wyjęła kartkę. Nie umiała jeszcze czytać, więc poprosiła Alessandra.
Jego głos załamał się przy pierwszym zdaniu.
— „Moja mała Sofio, jeśli kiedyś zobaczysz ten list, chcę, żebyś wiedziała, że nie oddałam cię z własnej woli. Szukałam drogi do domu.”
Zosia spojrzała na niego.
— Ona mnie szukała?
— Każdego dnia — odpowiedział Alessandro.
— A ty też?
Alessandro długo patrzył na list.
— Nie wiedziałem, gdzie jesteś. Ale powinienem był szukać lepiej.
To była jedyna odpowiedź, która nie próbowała wybielić przeszłości.
Wiktora zabrano z posiadłości jeszcze przed zmrokiem. Nie było pożegnalnych gróźb ani teatralnych obietnic. Kiedy przechodził obok mnie, zatrzymał się przy schodach.
— Myślisz, że wygrałaś?
— Nie. Myślę, że przestałeś decydować o tym, co pamiętamy.
Jego twarz stwardniała.
— Alessandro cię znienawidzi, kiedy zrozumie, że przez ciebie żył w kłamstwie.
— Już wie. I nadal stoi tutaj.
Wiktor odszedł bez odpowiedzi. Za drzwiami czekali ludzie, których nazwiska od lat trzymał w kieszeni. Tym razem to oni trzymali dokumenty.
Wieczorem Zosia usiadła przy biurku Alessandra. Przed nią leżał jej poszarpany Łatek, list Eleny i mosiężny szyfrator, którego nie chciałam już ukrywać.
— Panie od smutnych oczu — powiedziała — mam pytanie.
Alessandro podniósł głowę znad księgi rachunkowej.
— Słucham.
— Skoro mama uratowała mnie przed złym panem, a ty jesteś moim tatą, to kto będzie jutro robił naleśniki?
Spojrzałam na Alessandra.
— Ty — powiedziałam.
— Ja nie umiem.
— To się nauczysz.
Zosia położyła Łatka na otwartej księdze, dokładnie na stronie z podpisem Eleny.
— A potem opowiesz mi o mamie — zażądała.
Alessandro dotknął palcem listu, jakby bał się, że papier zniknie.
— Wszystko ci opowiem.
Zosia przytuliła królika i zmarszczyła nos.
— Tylko nie wszystko naraz. Najpierw naleśniki.
Alessandro wstał, podwinął rękawy i spojrzał na kuchnię, jakby miał stawić czoła najgroźniejszemu przeciwnikowi swojego życia.
A Zosia, córka Eleny, wskazała mu patelnię i oznajmiła z powagą:
— Panie od smutnych oczu, dziś sprawdzę, czy naprawdę zasługujesz na rodzinę.
Przegapiłeś początek?






