CZĘŚĆ 4
Krzyk dobiegł od strony leśnej drogi.
Helena rzuciła się do wyjścia, ale Stefan zastąpił jej drogę.
— Nie sama.
— To mój brat!
— Właśnie dlatego nie możesz biec na oślep.
Krawiec wykorzystał zamieszanie. Odepchnął Michała i wybiegł przez kuchnię na podwórze. Dwaj mężczyźni ruszyli za nim, lecz Pętek podstawił jednemu nogę, a drugi wpadł prosto w stertę mokrych gałęzi.
Zostałam przy stole z metalową kasetką pod pachą. Czułam, jak zimny kant wbija mi się w żebra. Dymka przemykała pod krzesłami, sycząc na każdego, kto próbował przejść.
— Pelagio, schowaj dokumenty! — zawołał Michał.
— Nie po to przechowywałam je przez trzydzieści lat.
Wyszłam za nimi.
Droga do lasu była rozmoknięta i pełna kolein. Nad drzewami wisiała niska mgła. Światła samochodu leżały na błocie jak dwa żółte, drżące kręgi.
Na poboczu stał granatowy samochód. Przed nim leżał mężczyzna w ciemnej kurtce. Helena podbiegła pierwsza.
— Andrzej!
Oddychał. Miał rozcięte czoło, ale żył. Obok niego leżał młody człowiek z rozbitym nosem.
— Wiktor? — Helena uklękła przy nim.
Chłopak próbował się podnieść.
— Ostrzegłem go — wysapał. — Wujek Walerian kazał mi zepchnąć samochód z drogi. Nie wiedziałem, że Andrzej będzie jechał tędy.
Michał stanął nad rannym i patrzył na jego twarz. Przez chwilę nie oddychał.
— To ty — powiedział. — Myślałem, że nie żyjesz.
Andrzej otworzył oczy.
— A ja myślałem, że ciebie już nie ma.
— Przez ciebie uciekłem.
— Przeze mnie jeszcze żyjesz. Gdybym powiedział, że przeżyłem, dopadliby cię szybciej.
— Mogłeś dać znak.
Andrzej spróbował się uśmiechnąć, lecz skrzywił się z bólu.
— Dałem. Helena miała cię znaleźć.
— Znalazłam — powiedziała. — Tylko za późno, żeby oszczędzić wam wszystkim strachu.
Za nami rozległy się ciężkie kroki. Krawiec wyszedł z mgły z pistoletem w dłoni.
— Odsuńcie się od niego.
Nikt się nie poruszył.
Krawiec skierował broń na Andrzeja.
— Walerianie — odezwał się Wiktor, siedząc na błocie — nie rób tego.
— Ty też będziesz mnie pouczał?
— Nie. Powiem tylko, że mam kopię listy przewozowej.
Krawiec spojrzał na siostrzeńca.
— Jakiej listy?
— Tej, którą kazałeś mi podpisać. Z numerami ciężarówek i nazwiskami ludzi z nadleśnictwa. Zrobiłem zdjęcia i wysłałem je Helenie.
Walerian pobladł. Broń opadła o kilka centymetrów.
Wtedy Stefan wyszedł przed nas.
— Odłóż ją.
— Odejdźcie.
— Nie.
— Myślisz, że wieś mnie powstrzyma?
— Nie wieś. Twoja własna rodzina.
Krawiec spojrzał na Wiktora, na Helenę, na leżącego brata. Twarz miał napiętą jak mokry sznur.
— Wszystko to zrobiłem, żeby uratować tartak — powiedział nagle. — Kredyty, kontrole, podatki. Gdybyśmy nie wywozili drewna, zamknęliby zakład i trzydzieści rodzin zostałoby bez pracy.
Andrzej podniósł się na łokciu.
— Nie ratowałeś tartaku. Ratowałeś własny dom, który kupiłeś za cudze pieniądze.
— Ty nic nie rozumiesz.
— Rozumiem, że kazałeś sfałszować moje podpisy. Rozumiem, że pobito Michała. Rozumiem, że podpaliłeś suszarnię.
— Nie podpaliłem jej.
To zdanie wypowiedział zbyt szybko.
Wszyscy usłyszeli jego ciężar.
Wiktor zamknął oczy.
— Wujku, sam powiedziałeś, że trzeba spalić wszystko przed świtem.
Krawiec odwrócił się do niego.
— Ty niewdzięczny chłopcze!
Ruszył, lecz Michał zastąpił mu drogę. Nie uderzył go. Po prostu stanął tak blisko, że Krawiec musiał spojrzeć mu w twarz.
— Wystarczy — powiedział Michał.
Z oddali nadjechały syreny. Tym razem prawdziwe. Helena wcześniej wysłała dokumenty do prokuratury wojewódzkiej i wezwała pomoc, korzystając z telefonu sołtysa. Nie musiałam widzieć, jak zakładają Krawcowi kajdanki. Wiedziałam, że skończy się to przesłuchaniem, procesem i więzieniem. Ważniejsze było to, że Andrzej żył, a Michał przestał uciekać.
Prawdziwa cena przyszła później.
Michał musiał pojechać do miasta i złożyć zeznania. Wiedział, że czeka go wiele miesięcy sprawdzania każdego słowa, każdej daty i każdego podpisu. Mógł zostać uniewinniony, lecz nikt nie potrafił oddać mu roku życia, który spędził w lesie, piwnicy i cudzym strachu.
Andrzej chciał, żebym pojechała razem z nimi.
— Bez pani nie byłoby ani mnie, ani jego — powiedział.
— Byłbyś — odparłam. — Tylko może bardziej samotny.
Michał spojrzał na mnie.
— Pani też nie powinna zostawać sama.
— Nie zaczynaj mi urządzać życia. Jedno już sobie urządziłam.
Uśmiechnął się, ale oczy miał mokre.
— Mogę wrócić, kiedy to się skończy?
— Jeśli wrócisz bez kryjówki, będziesz spał w łóżku.
— A jeśli z kryjówką?
— W piwnicy jest miejsce na ziemniaki.
Helena odnalazła syna i pomogła mu zerwać z Krawcem. Wiktor oddał wszystkie dokumenty, a potem przez wiele dni pomagał Andrzejowi spisywać numery wywiezionych ciężarówek. Nie uratowało to lasu. Setki drzew już leżały na placu tartaku. Ale zatrzymało dalszą wycinkę i pozwoliło odzyskać część ziemi, którą wpisano do fałszywych rejestrów.
Moje stare księgi także nie zostały w szufladzie.
Zaniosłam je do urzędu sama. Urzędnik chciał podpisać za mnie pokwitowanie, ale odsunęłam jego długopis.
— Pismo jest moje. Podpis też będzie mój.
Miałam wtedy drżące ręce, lecz litery wyszły równo.
Kiedy wróciłam do wsi, przy sklepie czekała Walentyna. Podała mi bochenek chleba owinięty w papier.
— Od całej wsi — powiedziała.
— Za co?
— Za to, że przypomniałaś nam, iż stare papiery też potrafią gryźć.
W domu Dymka siedziała na piecu, a przy drzwiach stał Michał. Nie miał już brody. Twarz wyglądała na starszą, niż ją zapamiętałam, lecz oczy nie były już oczami człowieka z klatki.
Trzymał w dłoni mosiężny kluczyk owinięty czerwoną ceratą.
— Oddaję — powiedział.
— Zatrzymaj.
— Po co?
— Otwiera piwnicę. A czasem człowiek powinien pamiętać, że miejsce, w którym się ukrywał, może później służyć do przechowywania czegoś ważniejszego.
Spojrzał na kluczyk.
— Czego?
— Ziemniaków. Przetworów. I cudzych sekretów, jeśli będą mądrzejsze od swoich właścicieli.
Zaśmiał się cicho.
Potem przyniósł z szopy małą skrzynkę i wyjął z niej drewnianą tabliczkę. Wyciął na niej nazwę mojego domu: „Ostatni przystanek”. Przybił ją nad drzwiami, dokładnie pod miejscem, gdzie od lat przeciekał dach.
— To nie jest ostatni przystanek — powiedziałam.
— Dla mnie był.
Na stole leżała kopia pierwszej strony księgi, tej, która ocaliła Andrzeja i oczyściła Michała. Pod moim dawnym wpisem ktoś dopisał ołówkiem nazwisko Waleriana Krawca, a obok krótką uwagę: „Tu zaczęło się kłamstwo”.
Wzięłam ołówek i pod spodem dopisałam: „Tu zostało przerwane”.
Michał patrzył na te dwa zdania, stojąc przy piecu, który dawno nie miał już nic wspólnego z tamtą nocą.
— Pelagio — odezwał się — jeśli kiedyś ktoś zapuka po pomoc, otworzy pani?
Pogłaskałam Dymkę, która owinęła ogon wokół mojego nadgarstka.
— Najpierw zapytam, czy umie rąbać drewno.
Michał sięgnął po siekierę.
A na tabliczce nad drzwiami, pod świeżą farbą, zostało jedno słowo: „przystanek”.
Przegapiłeś początek?






