CZĘŚĆ 4 — Kelner wyrzucił mnie z restauracji w rocznicę ślubu, a gdy usłyszał moje nazwisko, nagle pobladł

CZĘŚĆ 4

Telefon nadal tkwił przy uchu Marka. W magazynie było duszno od zapachu mąki, wilgotnych kartonów i gotującego się wywaru. Słyszałem każde jego urwane oddechnięcie.

— Powiedz coś — zażądałem.

Marek odsunął telefon od twarzy.

— To moja matka.

— Twoja matka nie żyje od trzech lat — powiedziała Teresa.

— Dzwoni z telefonu Oany.

Irena wyrwała mu aparat z ręki. Przyłożyła go do ucha.

— Słucham?

Przez chwilę milczała. Potem podała telefon mnie.

— Roman? — rozległ się cichy, zachrypnięty głos.

Znałem go.

Nie z nagrań. Nie ze wspomnień. Z wielu poranków, kiedy ta kobieta przychodziła do restauracji przed otwarciem, żeby odebrać dostawę warzyw.

— Pani Halino?

— Oana poprosiła mnie, żebym zadzwoniła, jeśli Marek spróbuje sprzedać lokal.

Spojrzałem na siostrzeńca. Przestał udawać pewnego siebie kierownika. Jego srebrna spinka drżała na mankiecie.

— Gdzie pani jest? — zapytałem.

— W domu opieki, przy ulicy Lipowej. Przyjechałam tam po operacji. Oana odwiedziła mnie dwa dni przed śmiercią. Dała mi kopertę i powiedziała, że mam ją otworzyć dopiero, gdy Roman będzie potrzebował świadka.

Marek zrobił krok do przodu.

— Ona niczego nie ma.

— Ma — odpowiedziała Halina, choć słyszała go przez telefon. — Mam podpisane oświadczenie, że widziałam, jak Marek zabrał z biura pieczątkę i klucz do szafy księgowej. Oana wiedziała, że zamierza zmienić dokumenty.

W magazynie zapadła ciężka cisza. Z góry dochodził stuk garnków i czyjś śmiech, zupełnie niepasujący do tego, co właśnie się działo.

— Dlaczego nie powiedziała pani wcześniej? — spytałem.

— Bo obiecałam Oanie. Powiedziała, że jeśli umrze, nie chce, żeby pan zniszczył sobie resztę życia walką o mury. Chciała, żeby pan sprawdził, komu naprawdę ufa.

Marek oparł dłoń o drzwi.

— Mamo, ja nie chciałem jej skrzywdzić.

Halina odpowiedziała bez wahania:

— Nie skrzywdziłeś Oany wtedy, gdy zabrałeś dokumenty. Zrobiłeś to później, za każdym razem, kiedy kłamałeś ludziom, którzy ci ufali.

Te słowa trafiły w niego mocniej niż krzyk. Usiadł na odwróconej skrzynce. Teresa zaczęła zbierać rachunki, a Irena zaniosła kopię testamentu do sali, gdzie czekali pracownicy.

Mężczyzna z sygnetem poprosił mnie o rozmowę na zapleczu.

— Panie Bielecki, nie wiedziałem o oszustwie. Umowa jest nieważna. Jeśli chce pan, mogę natychmiast zawiadomić odpowiednie osoby.

— Najpierw chcę porozmawiać z zespołem.

O dwudziestej pierwszej zebraliśmy się przy dużym stole w kuchni. Kucharz Paweł trzymał w dłoni drewnianą łyżkę, jakby nadal musiał pilnować sosu. Młoda kelnerka stała przy lodówce, blada i zawstydzona.

— Oana przekazała swoje udziały pracownikom — powiedziałem. — Ale to nie znaczy, że musicie zostać. Możecie odejść.

— A pan? — zapytała kelnerka.

— Ja zostanę właścicielem części, którą zawsze posiadałem. Nie będę jednak sam prowadził restauracji.

Irena spojrzała na mnie.

— Co pan proponuje?

Wyjąłem z kieszeni list Oany.

— Żebyście sami wybrali zarząd. Bez Marka. Z udziałami zapisanymi na fundusz pracowniczy.

Paweł odłożył łyżkę.

— A jeśli wybierzemy pana?

— Wtedy będę gotował, nie rozkazywał.

Marek podniósł głowę.

— Wujku, proszę. Oddam pieniądze. Wszystko. Tylko nie wyrzucaj mnie jak psa.

— Nie wyrzucam cię za biedę ani za długi — odpowiedziałem. — Odchodzisz, bo zrobiłeś z cudzej ufności narzędzie.

— Nie miałem wyboru.

— Miałeś. Każdego dnia.

Nie odpowiedział. Następnego ranka podpisał rozliczenie, w którym uznał pobrane pieniądze i zobowiązał się oddawać je z pensji, którą otrzymałby za uczciwą pracę. Zespół zdecydował jednak, że nie może zostać kierownikiem. Nie było w tym triumfu. Było zmęczenie i konieczność posprzątania po kimś, kto uważał, że wszystko mu się należy.

Kupiec odjechał przed świtem. Jego sygnet odbił się jeszcze raz w szybie samochodu, zanim zniknął za rogiem. „Pod Żurawiem” nie trafiło do wyburzenia. Złote lustro zdjęliśmy ze ściany, a na jego miejsce wróciła stara fotografia, którą znalazłem w piwnicy. Oana stała na niej przy piecu, z rękami oprószonymi mąką. Ja trzymałem pierwszy rachunek za prąd.

Wieczorem przygotowałem dwa talerze zupy cebulowej. Jeden postawiłem przed sobą. Drugi zaniosłem Halinie do domu opieki, bo Irena uznała, że świadek też powinien dostać kolację.

Kiedy wróciłem do restauracji, młoda kelnerka czekała przy pustym stoliku.

— Panie Romanie — powiedziała — chciałam przeprosić.

— Za co?

— Za to, że spojrzałam na pana jak na kogoś gorszego.

Położyła przede mną kartę dań. Na pierwszej stronie, pod nową nazwą zarządu, dopisała ręcznie: „Nie pytamy, ile ktoś ma. Pytamy, czy jest głodny”.

Uśmiechnąłem się, choć gardło miałem ściśnięte.

— To słowa Oany.

— Wiem. Irena kazała je przepisać.

Z kuchni dobiegł głos Pawła:

— Romanie, cebula się przypala!

Pobiegłem do pieca. Drewniana łyżka była gorąca, masło syczało na patelni, a nad drzwiami wisiał z powrotem mosiężny żuraw.

Tego wieczoru nie usiadłem przy pustym krześle. Postawiłem na nim kremową puszkę z czerwonym ptakiem, tę samą, w której Oana ukryła prawdę. Każdy pracownik po kolei dotknął jej pokrywki, jakby sprawdzał, czy naprawdę jest cięższa od zwykłego pudełka po przyprawach.

Marek przyszedł po tygodniu po pierwszą wypłatę z kuchni. Nie prosił o rozmowę. Zostawił na ladzie kopertę z pieniędzmi i powiedział tylko:

— To za pierwszy miesiąc.

— Brakuje jeszcze dużo.

— Wiem.

— I nie będziesz już prowadził ksiąg.

— Wiem.

Odwrócił się, ale przy wyjściu zatrzymał go zapach naleśników z wiśniami. Ten sam, który zamówiłem dla Oany w rocznicę naszego ślubu.

— Mogę dostać jeden? — zapytał.

Spojrzałem na Irenę. Skinęła głową.

— Możesz. Ale zapłacisz jak każdy.

Położył monety na ladzie. Za mało. Zabrakło mu dwóch złotych.

Przez sekundę patrzył na mnie z nadzieją, że go wyręczę.

Irena podała mu ścierkę.

— Zmywanie naczyń jest płatne za godzinę. Odpracujesz różnicę.

Marek wziął ścierkę. Nie protestował.

Później, kiedy wszyscy wyszli, wróciłem do stołu pod fotografią. Na blacie stały dwa talerze, lecz tym razem drugi nie był pusty. Położyłem na nim pierwszy naleśnik z wiśniami i podniosłem kremową puszkę.

W środku, pod listem Oany, znalazłem jeszcze jeden mały papier, którego wcześniej nie zauważyłem. Było na nim tylko jedno zdanie, napisane jej pochyłym pismem:

„Romanie, jeśli kiedyś zabraknie ci mnie przy stole, nakarm kogoś, kto siedzi samotnie.”

Wtedy przy drzwiach pojawił się starszy mężczyzna w przemoczonym swetrze. Trzymał w dłoni pusty portfel i wstydliwie wskazał na menu.

— Przepraszam — powiedział. — Mogę prosić tylko o chleb?

Wziąłem drugi talerz.

— Nie. Dzisiaj dostanie pan zupę cebulową.

A z kuchni dobiegł głos Oany, którego nie było tam od dwóch lat, ale który nagle zabrzmiał tak wyraźnie, jakby stała przy piecu:

— I niech pan poda jeszcze jedną łyżkę.

Оцените статью