CZĘŚĆ 4
Położna rozłączyła się, zanim zdążyłam zadać następne pytanie.
Przez chwilę nikt się nie poruszył.
Jedna z dziewczynek płakała w nosidełku. Druga spała z policzkiem wtulonym w haftowaną czerwoną gwiazdę.
— Jedziemy do szpitala — powiedziałam.
Ryan ruszył za mną.
— Anna, musimy porozmawiać bez tych ludzi.
— Nie.
— To moje dzieci.
Odwróciłam się.
— Właśnie dlatego nie pojedziesz z nami.
Marek stanął między nami, ale nie musiał mnie bronić. Tym razem sama nie cofnęłam się ani o krok.
Lena została przy stole. Płakała cicho, ścierając policzki rękawem granatowego uniformu.
— Nie wiedziałam o formularzu — powiedziała.
— Wierzę ci tylko w tej jednej sprawie.
Jej usta zadrżały.
— To nie wystarczy.
— Wiem.
Celia odprowadziła mnie do samochodu portowego. Jechałyśmy przez zatłoczone ulice, a ja trzymałam nosidełka na kolanach i liczyłam oddechy dziewczynek. Co kilka sekund sprawdzałam, czy ich piersi unoszą się równomiernie.
W szpitalu czekała na mnie położna Marta. Miała przy sobie pudełko z dokumentami i minę osoby, która od kilku godzin powstrzymuje łzy.
— Kto próbował odebrać akty? — zapytałam.
— Mężczyzna przedstawiający się jako pani pełnomocnik. Miał kopię dowodu, upoważnienie i pieczęć kancelarii.
— Ryana?
— Nie. Pani podpis wyglądał prawidłowo, ale numer dokumentu był zły. Zauważyłam to, bo przyjmowałam panią na porodówkę i pamiętam, że miała pani wtedy inny dowód.
Podała mi drugi formularz.
Było na nim upoważnienie do wyrobienia dziewczynkom dokumentów podróży i przekazania ich pod opiekę „osoby wskazanej przez ojca”. Nie wymieniono nazwiska Leny. Wpisano jedynie numer telefonu, który znałam aż za dobrze.
Numer Ryana.
— Chciał wywieźć je ze statku? — wyszeptałam.
— Nie wiemy. Ale ktoś złożył wniosek o pilne wydanie dokumentów.
Marta położyła dłoń na moim ramieniu.
— Anna, jest jeszcze coś.
Z pudełka wyjęła mały, biały formularz.
— W dniu porodu Ryan zadzwonił do szpitala i poprosił o zmianę osoby upoważnionej do podejmowania decyzji medycznych. Twierdził, że pani jest nieprzytomna i wyrażała zgodę.
Poczułam, jak żołądek ściska mi się w twardy węzeł.
— Byłam przytomna. Trzymałam wtedy rękę jednej z dziewczynek.
— Wiemy. Dlatego nie zmieniliśmy danych.
Wtedy zrozumiałam, że Ryan zaczął przygotowywać ten plan jeszcze przed naszym wyjazdem do portu. Pocałunek z Leną nie był początkiem zdrady. Był tylko momentem, w którym przestał uważać.
Wieczorem spotkaliśmy się wszyscy w małej sali administracyjnej szpitala. Ryan siedział przy stole z rękami splecionymi między kolanami. Nie wyglądał jak człowiek, który stracił żonę. Wyglądał jak człowiek, któremu odebrano możliwość dokończenia rachunku.
— Chcę zobaczyć córki — powiedział.
— Zobaczysz, kiedy lekarz uzna, że to bezpieczne.
— Jestem ich ojcem.
— Ojciec nie podpisuje za matkę pełnomocnictwa do odebrania dzieci.
— Bałem się, że wszystko stracę.
— Straciłeś pieniądze, bo je przegrałeś. Mnie próbowałeś wykorzystać, bo wiedziałeś, że ci ufałam.
Ryan zacisnął szczękę.
— Nie chciałem, żebyś cierpiała.
— Chciałeś, żebym niczego nie zauważyła.
Lena siedziała obok Celii. Wstała i położyła na stole telefon oraz kartę pamięci.
Ryan poderwał głowę.
— Co ty robisz?
— Oddaję Annie wszystkie wiadomości, które mi wysyłałeś.
— Lena, nie.
— Pisałeś, że jeśli odmówię, pokażesz mojemu pracodawcy zdjęcia z kajuty. Groziłeś mi. A potem powiedziałeś, że dzieci będą moje, jeśli podpiszę papiery.
Ryan pobladł.
— To nie tak było.
— Właśnie tak — odpowiedziała. — I nie chcę już być częścią twojego planu.
To był niespodziewany zwrot. Spodziewałam się, że Lena będzie walczyć o Ryana albo przynajmniej o pieniądze. Nie spodziewałam się, że przyniesie dokumenty, które mogą zatrzymać cały jego plan.
Celia potwierdziła, że przekazała kopie pracodawcy Ryana. Marek zabezpieczył dokumenty z portu. Marta wpisała do kart medycznych wyraźną adnotację, że tylko ja mogę odbierać akty i podejmować decyzje dotyczące córek.
Ryan nie został zabrany w kajdankach. Nie było krzyku ani widowiska.
Po prostu stracił dostęp do statku, do pieniędzy i do historii, którą próbował opowiedzieć o naszej rodzinie.
Najboleśniejsze przyszło później, kiedy poprosiłam go o wyjaśnienie jednej rzeczy.
— Dlaczego dzwoniłeś do mnie każdej nocy i mówiłeś, że tęsknisz?
Długo patrzył na swoje dłonie.
— Bo tęskniłem. Za tobą też.
— Można tęsknić za kimś i jednocześnie próbować odebrać mu dzieci?
— Nie wiem.
— Ja wiem.
Nie powiedziałam mu, że go nienawidzę. To byłoby prostsze, niż prawda. Prawda brzmiała tak, że część mnie nadal pamiętała jego dłoń na moim brzuchu, kiedy dziewczynki po raz pierwszy kopnęły. Ta część nie mogła jednak decydować o ich bezpieczeństwie.
Następnego ranka pozwoliłam mu zobaczyć córki przez szybę oddziału. Stał po drugiej stronie, blady i nieruchomy, a dziewczynki spały obok siebie w dwóch łóżeczkach.
— Mogę je dotknąć? — zapytał.
— Nie dzisiaj.
— Anna…
— Dzisiaj możesz tylko patrzeć.
Przyłożył dłoń do szyby. Nie odwzajemniłam gestu.
Lena odeszła z pracy na statku i złożyła pisemne zeznania. Nie zrobiła tego z miłości do mnie. Zrobiła to, bo po raz pierwszy zobaczyła, że Ryan nie budował z nią przyszłości, tylko szukał kogoś, kogo można obciążyć własnymi decyzjami.
Marek przekazał mi kopertę z dokumentami. W środku znalazłam także mosiężną latarnię od nosidełka, którą zgubiłam podczas zamieszania w porcie. Oczyściłam ją kciukiem z białego pyłu.
Kiedy wróciłam do sali, jedna z dziewczynek otworzyła oczy.
— To twoja siostra — szepnęłam, pochylając się nad nią. — Ta z czerwoną gwiazdą.
Druga poruszyła ustami przez sen.
Za szybą Ryan nadal stał bez ruchu. Nie patrzył już na mnie. Patrzył na dzieci, których nie zdołał zamienić w część swojego planu.
A ja zawiesiłam małą latarnię między ich łóżeczkami i powiedziałam do córek:
— Wasz ojciec zgubił drogę, ale wy nie będziecie musiały iść za nim.
Przegapiłeś początek?






