CZĘŚĆ 4 — Po piętnastu latach matka poprosiła mnie o spotkanie, lecz gdy zobaczyłem, kto czekał w jej mieszkaniu, przestałem oddychać

CZĘŚĆ 4

…Wiktor.

Przez chwilę nie mogłem oddychać.

Wiktor był wychowawcą z internatu. To on odbierał moje listy, kiedy przychodziły, i mówił, że nikt mnie nie szuka. To on podsunął mi pod nos formularz przyjęcia, nie pozwalając przeczytać go do końca.

Telefon zadzwonił po raz trzeci.

— Odbierz — powiedziała Ania.

— Skąd znasz ten numer? — spytałem.

— Znalazłam go wśród listów. Jeden był od niego.

Przyłożyłem telefon do ucha.

— Panie Sokołow, musimy porozmawiać — powiedział Wiktor. — Nie przez telefon.

— Mów.

— Wiem, co było w skrytce.

Jurij osunął się na krzesło. Jego laska przewróciła się i potoczyła pod lodówkę.

— Wiktor — powiedziała matka, pochylając się nad aparatem — dlaczego kłamałeś mojemu synowi?

Po drugiej stronie zapadła długa przerwa.

— Bo Jurij zapłacił mi za przyjęcie go do internatu bez zgłaszania sprawy. Powiedział, że Ilja jest niebezpieczny, że kradnie i ucieka z domu. Bałem się, że jeśli odmówię, przyjdą po mnie ci sami ludzie, którzy ścigali jego.

— Ile dostałeś? — zapytałem.

— Trzysta rubli. Potem jeszcze dwieście, żebym zatrzymywał listy.

Poczułem mdłości.

— I przez piętnaście lat żyłeś z tymi pięciuset rublami?

— Nie. Żyłem z pamięcią twojej twarzy.

— To nie jest odpowiedź.

— Jutro będę w banku. Przyniosę listę przesyłek, które zatrzymałem. Wszystkie.

Rozłączyłem się.

Jurij zaczął kaszleć. Matka podała mu szklankę, ale odsunął jej rękę.

— Nie potrzebuję litości.

— To nie litość — powiedziałem. — To konsekwencja.

— Myślisz, że możesz wejść tu po latach i osądzać mnie jak króla?

— Nie. Królowie mają świadków, którzy mówią za nich. Ja mam Pietrowa.

Starszy mężczyzna siedział przy stole i trzymał dłonie na kolanach.

— Nie jestem bohaterem — powiedział. — Przez lata przechowywałem kopię w metalowej puszce po herbacie. Bałem się, że jeśli ją wyrzucę, twoja historia zniknie razem z tobą.

Spojrzałem na jego mosiężną puszkę. Była porysowana i miała na wieczku namalowaną małą lokomotywę.

— Dlaczego przyszedłeś właśnie teraz?

— Bo przeczytałem artykuł o tobie. „Od sieroty do właściciela firmy”. Pomyślałem, że może nadal czekasz na odpowiedź.

— Czekałem — przyznałem.

Matka dotknęła mojego rękawa.

— Synku…

Cofnąłem się, lecz nie odszedłem.

— Nie nazywaj mnie tak, jeśli za tym słowem ma iść kolejne żądanie.

— Nie chcę pieniędzy.

— W liście napisałaś, że Ani jest bez pracy.

Ania spuściła głowę.

— To ja ją prosiłam, żeby napisała. Nie chciałam twoich pieniędzy. Chciałam, żebyś dowiedział się prawdy, zanim mama umrze.

— A dlaczego sama do mnie nie zadzwoniłaś?

— Bo przez całe życie słyszałam, że nas porzuciłeś. Bałam się, że jeśli cię znajdę, usłyszę, że jestem częścią tego wszystkiego.

Popatrzyłem na nią. Miała w oczach ten sam lęk, który pamiętałem z własnego dzieciństwa.

— Nie jesteś Jurijem — powiedziałem.

— Ale jestem jego córką.

— Ja też kiedyś byłem tylko czyimś dzieckiem.

Następnego ranka spotkaliśmy się w banku. Wąski pokój skrytek pachniał papierem i środkiem do czyszczenia metalu. Wiktor czekał przy ścianie. Wyglądał starzej niż przez telefon, z drżącym podbródkiem i poplamionym mankietem koszuli.

Urzędniczka sprawdziła dokumenty matki. Jurij został w domu; lekarz zabronił mu wychodzić po nocnym ataku. Ania trzymała mnie za łokieć, jakby bała się, że zniknę.

Skrytka otworzyła się z cichym kliknięciem.

W środku leżały trzy rzeczy: kopia wpłaty, listy zatrzymane przez Wiktora i mała kaseta magnetofonowa.

— Nie mam już odtwarzacza — powiedziałem.

— Nie trzeba jej słuchać — odparła matka.

Na kopercie widniała data dzień po moim wyrzuceniu z domu. Pod nią napisano: „Dla Ilji, jeśli kiedyś wróci”.

Otworzyłem ją.

W środku znajdował się akt własności małego garażu po ojcu oraz kartka z jednym zdaniem: „Oddaję ci to, co było twoje, zanim Jurij zrozumie, że może ci to odebrać”.

Garaż nie był majątkiem. Był zardzewiałym pomieszczeniem przy dworcu, pełnym starych narzędzi i kartonów. Ale na odwrocie aktu widniał podpis Jurija. Próbował sprzedać go piętnaście lat temu, a matka zatrzymała dokument, ryzykując wszystko.

Wróciliśmy do mieszkania przed południem.

Jurij siedział przy kuchennym stole. Przed nim leżała jego skórzana opaska z mosiężną klamrą. Zdjął ją i położył obok talerza.

— Podpiszę przeniesienie garażu na ciebie — powiedział.

— Nie chcę prezentu od ciebie.

— To nie prezent. To zwrot.

— Zwrot nie naprawi piętnastu lat.

— Wiem.

— Nie, nie wiesz.

Jurij spojrzał na matkę.

— Bałem się, że Ilja będzie taki jak jego ojciec.

— Mój ojciec nie zrobił ci nic — odpowiedziałem.

— Był lepszy ode mnie. Miał warsztat, klientów i ludzi, którzy go szanowali. Po jego śmierci zostały długi, a ja zobaczyłem, że twoja matka nadal kocha jego pamięć bardziej niż mnie. Chciałem zabrać jej wszystko, co przypominało jej o nim.

Matka wstała tak gwałtownie, że krzesło zgrzytnęło o podłogę.

— Zabrałeś mi syna.

Jurij spuścił głowę.

— Tak.

To było pierwsze prawdziwe przyznanie, jakie usłyszałem od niego. Nie zmieniło przeszłości. Nie uczyniło go dobrym. Ale odebrało jego kłamstwu ostatnie miejsce, w którym mogło się ukryć.

— Co zrobisz teraz? — spytałem.

— Sprzedam mieszkanie i oddam pieniądze za garaż oraz za wszystko, co wziąłem od twojej matki. Resztę przekażę Ani.

— A ty?

— Zostanie mi pokój w domu opieki.

Ania odwróciła głowę.

— Nie chcę twoich pieniędzy.

— Wiem — powiedział Jurij. — Dlatego musisz je dostać. Żeby choć raz moja decyzja nie odebrała ci wyboru.

Matka zaczęła płakać. Nie cicho, jak dawniej. Płakała całym ciałem, opierając dłonie na stole.

Podszedłem do niej, lecz zatrzymałem się o krok.

— Nie umiem jeszcze być twoim synem — powiedziałem.

— Wiem.

— Mogę być człowiekiem, który przyjdzie jutro.

— To więcej, niż zasługuję.

— Nie robię tego dla ciebie. Robię to, żeby Ania nie musiała dorastać w domu, w którym każde słowo jest długiem.

W drodze do garażu otworzyłem metalową puszkę Pietrowa. W środku, pod kopią wpłaty, znalazłem swoje czerwone rękawiczki. Jedna nadal miała odpruty kciuk.

— Zachowałeś je? — zapytałem.

— Wtedy myślałem, że kiedyś po nie wrócisz.

W garażu pachniało smarem i mokrym drewnem. Na ścianie wisiał stary szyld ojca: „Naprawa zegarów Sokołow”. Nigdy wcześniej go nie widziałem. Jurij najwyraźniej próbował go zdjąć, ale zostawił po nim dwa krzywo wbite gwoździe.

Ania znalazła pod stołem narzędzia.

— Umiesz naprawiać zegary? — spytała.

— Nie.

— To czego chcesz się nauczyć?

Spojrzałem na mały budzik z pękniętą szybką. W środku jego wskazówki stały na godzinie dziewiętnastej czterdzieści, dokładnie wtedy, gdy matka powiedziała, że nie mam już domu.

— Zacząć od tego — odpowiedziałem.

Ania podała mi śrubokręt. Z tyłu budzika odpadła zardzewiała blaszka, a pod nią znaleźliśmy wyryty ołówkiem napis mojego ojca: „Nie wyrzucaj rzeczy tylko dlatego, że przestały działać”.

Przez chwilę żadne z nas się nie poruszyło.

Potem Ania uśmiechnęła się przez łzy.

— Mamo będzie chciała tu przyjechać.

— Wiem.

— A ty jej pozwolisz?

Wziąłem do ręki mały trybik. Pasował do mechanizmu, choć był wygięty.

— Przywieziemy ją jutro. Ale nie po to, żeby udawać, że wszystko jest jak dawniej.

— Po co więc?

Włożyłem trybik na miejsce i ostrożnie poruszyłem wskazówką. Budzik zaskrzypiał, a potem zaczął odmierzać czas.

— Żeby mogła zobaczyć, czego nie zdołali jej odebrać.

I wtedy pierwszy raz usłyszałem, jak zegar mojego ojca wybija godzinę, której nikt już nie mógł mi zabrać.

Оцените статью