CZĘŚĆ 4
…Pan Wierzbicki sięgnął po telefon Marty, ale ona wyrwała go z jego dłoni i ścisnęła tak mocno, że pobielały jej knykcie.
— To prywatna wiadomość — powiedziała.
— Właśnie dlatego warto ją zachować — odparł notariusz.
— Nie macie prawa mnie śledzić.
— Nikt pani nie śledzi — powiedziałam. — Mama przygotowała dokumenty, zanim umarła.
Te słowa sprawiły, że Marta spojrzała na mnie inaczej. Nie jak na siostrę męża, która przypadkiem znalazła się między nią a pierścionkiem. Jak na przeszkodę, której nie przewidziała.
O jedenastej czterdzieści pojechaliśmy do banku. Pan Wierzbicki prowadził, ja siedziałam obok, a Paweł z tyłu trzymał etui z pierścionkiem. Marta jechała osobno. Nie chciała siedzieć przy nas, ale nie zamierzała też pozwolić, byśmy otworzyli skrytkę bez niej.
W podziemnym korytarzu banku pachniało metalem i wilgocią. Numer siedemnaście znajdował się na końcu rzędu, pod lampą, która mrugała przy każdym włączeniu wentylacji.
— Pani Helena wynajmowała tę skrytkę od ponad dwudziestu lat — wyjaśnił pracownik banku. — Ostatnio przyszła tu z opiekunką.
Marta podniosła głowę.
— Z jaką opiekunką?
— Z panią Teresą Lis.
Na dźwięk tego nazwiska Marta zacisnęła szczękę.
— Ona nie ma nic do powiedzenia.
— Pani Helena uważała inaczej — powiedziałam.
Skrytka otworzyła się po użyciu klucza i podpisaniu przeze mnie protokołu. W środku były trzy teczki, mały notes w kwiatki i koperta zaklejona woskiem.
Na pierwszej teczce mama napisała: „Dla Julii — przeczytaj przy wszystkich”.
W środku znajdowały się wyciągi z konta, faktury i umowa pożyczki. Przez kilka sekund nie rozumiałam, co widzę. Potem rozpoznałam podpis Marty.
— To pieniądze mamy — powiedział Paweł.
— Pożyczka na remont waszego mieszkania — dodał pan Wierzbicki. — Bez spłaty.
Marta zaczerwieniła się.
— Mama dała nam te pieniądze.
— Nie darowała — powiedziałam. — Pożyczyła. A ty podpisałaś, że oddasz je po sprzedaży poprzedniego mieszkania.
— Sprzedaż się nie udała.
— Sprzedałaś je dwa lata temu.
Jej usta drgnęły.
W notatniku mama zapisała daty rozmów, kwoty i krótkie zdania. Przy ostatnim wpisie widniało: „Marta powiedziała, że jeśli nie przepiszę pierścionka, opowie rodzinie, że nie jestem już przy zdrowych zmysłach”.
Paweł odsunął się od stołu.
— Groziłaś jej?
— Byłam zdesperowana.
— Zabrałaś jej pieniądze.
— Spłacałam kredyty! — wybuchła Marta. — Mój mąż stracił pracę, bank zabierał nam wszystko, a mama miała ten przeklęty kamień na palcu i patrzyła, jak tonę!
Przez chwilę jej gniew brzmiał prawdziwie. I właśnie dlatego bolał bardziej.
— Mogłaś poprosić — powiedziałam.
— Prosiłam. Powiedziała, że nie będzie finansować mojego życia.
— Nie. Powiedziała, że pomoże ci znaleźć pracę.
Marta zaśmiała się gorzko.
— Pracę? Miałam zostać sprzedawczynią po czterdziestce?
— Mama sama pracowała po śmierci taty. Nie wstydziła się żadnej uczciwej pracy.
Druga teczka zawierała potwierdzenia wpłat na hospicjum. Mama przekazała tam wszystko, co zostało po spłacie własnych rachunków. Trzecia była przeznaczona dla Marty.
W środku znajdowało się nie oskarżenie, lecz oferta.
„Marto, nie dostaniesz pierścionka. Dostaniesz jednak możliwość spłacenia długu bez upokorzenia. Jeśli przyznasz Pawłowi i Julii prawdę oraz oddasz co miesiąc rozsądną kwotę, nie będę żądała od ciebie całej sumy naraz. Jeśli nadal będziesz udawać, że dostałaś ode mnie pierścionek, dokumenty trafią do rodziny”.
Marta przeczytała kartkę do końca. Potem usiadła na metalowym krześle.
— Ona chciała mnie zniszczyć.
— Nie — powiedziałam. — Chciała, żebyś przestała ją okradać i zaczęła mówić prawdę.
Wtedy do sali wszedł mężczyzna z telefonu Marty. Miał pod pachą teczkę i twarz zmęczoną jak ktoś, kto od dawna czekał na zapłatę.
— Pani Marta? — zapytał. — Nazywam się Andrzej Kurek. To ja wykonałem kopię pierścionka.
Marta poderwała się.
— Nie powinieneś tu przychodzić.
— Pani Helena zadzwoniła do mnie tydzień przed śmiercią. Powiedziała, żebym nie wydawał kopii, jeśli nie zobaczę pani podpisu pod umową oddania pierścionka. Nie zobaczyłem.
— Kłamałaś, że zamówienie było gotowe? — zapytałam.
Andrzej podał mi fakturę.
— Zapłaciła zaliczkę pieniędzmi z konta matki. Pani Helena zgłosiła tę wypłatę, ale nie chciała robić awantury przed pogrzebem.
Marta zakryła twarz obiema dłońmi.
— Nie chciałam, żeby tak wyszło.
— A jak miało wyjść? — Paweł zapytał. — Miałem znaleźć kopię w pudełku i podziękować ci za pilnowanie spuścizny?
Nie odpowiedziała.
Wróciliśmy do kancelarii po południu. Czekała tam Teresa Lis, drobna kobieta w brązowym swetrze, z plastikową torbą pełną dokumentów. Na jej nadgarstku wisiał klucz na czerwonej wstążce.
— Pani Helena poprosiła mnie, żebym przyszła dopiero wtedy, gdy Julia zobaczy teczki — powiedziała.
Marta spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Ty też przeciwko mnie?
— Nie przeciwko pani. Po stronie prawdy.
Teresa wyjęła z torby oświadczenie napisane własnoręcznie. Opisała wieczór, kiedy Marta przyszła do ośrodka bez zapowiedzi, próbowała zdjąć pierścionek z palca Heleny i powiedziała: „I tak będzie mój”.
— Mama obudziła się wtedy — powiedziałam.
— Tak. Chwyciła mnie za rękę i kazała wezwać pielęgniarkę. Potem powiedziała: „Jeśli Julia zacznie wątpić w siebie, pokaż jej ten list”.
Teresa podała mi małą kartkę.
„Córeczko, przepraszam, że zostawiam ci po sobie także kłopot. Nie wybieram cię dlatego, że byłaś najbliżej. Wybieram cię, bo kiedy nie mogłam już być użyteczna, nadal przychodziłaś. Pierścionek ma przypominać nie o diamentach, tylko o tym, że miłość nie powinna wystawiać rachunku.”
Przeczytałam list dwa razy. Potem zacisnęłam go w dłoni.
Marta siedziała naprzeciwko mnie. Bez jasnego płaszcza wyglądała na mniejszą, zmęczoną, jakby ktoś zdjął z niej nie tylko makijaż, ale też rolę kobiety, której wszystko się należy.
— Spłacę pieniądze — powiedziała.
Paweł prychnął.
— Ile razy już to mówiłaś?
— Tym razem podpiszę harmonogram.
Pan Wierzbicki położył na stole przygotowany dokument.
— Miesięczne raty. Bez odsetek. Pod warunkiem, że sprzeda pani kopię i odda zaliczkę z własnych środków.
Marta spojrzała na mnie.
— Chcesz, żebym podpisała przy wszystkich?
— Chcę, żebyś pierwszy raz podpisała to, co naprawdę zrobiłaś.
Długo patrzyła na kartkę. Potem wzięła długopis.
Podpis drżał, ale był czytelny.
Nie przytuliłam jej. Nie powiedziałam, że wszystko jest wybaczone. Nie byłoby to prawdą.
Oddałam Andrzejowi kopię, żeby mógł ją sprzedać zgodnie z ustaleniami. Prawdziwy pierścionek został na mojej dłoni, ciężki i ciepły od skóry. Wewnątrz obrączki połyskiwały słowa mamy.
Wieczorem pojechałam sama na cmentarz. Nie zaniosłam tam pierścionka. Zabrałam za to rachunki, podpisaną umowę i list, bo wiedziałam, że mama nie chciała, abym udawała, że nic się nie stało.
Przy grobie Teresy zapaliła znicz. Płomień odbił się w diamencie, kiedy położyłam dłoń na marmurze.
— Wygrałaś — szepnęłam.
Ale pomyślałam, że mama pewnie by zaprzeczyła. Ona nie chciała wygranej. Chciała, żeby ktoś wreszcie przestał mylić miłość z własnością.
Następnego ranka Paweł zadzwonił. Marta oddała mu pieniądze z zaliczki i zaczęła pracę w sklepie jubilerskim Andrzeja, żeby spłacać dług.
— Mama by się ucieszyła — powiedział.
— Z pracy?
— Z tego, że Marta nauczy się, ile naprawdę waży złoto.
Spojrzałam na grawerunek po wewnętrznej stronie obrączki. Litery były małe, ale nie dało się ich już pomylić z żadną obietnicą.
„Dla Julii, która została przy mnie do końca”.
I wtedy zadzwoniła Teresa, a jej pierwsze słowa brzmiały:
— Julia, znalazłam jeszcze jedną rzecz w szufladzie mamy. Jest na niej twoje imię.
Przegapiłeś początek?






