CZĘŚĆ 4
…Tego wieczoru czekaliśmy w naszym salonie na Żenię. Wołodia siedział przy stole i kolorował mapę świata, choć większość kontynentów pomalował na fioletowo. Margarita przygotowała herbatę, ale nikt jej nie pił.
Wiktor stał przy regale. Trzymał w ręku pęknięty kluczyk, jakby był to jedyny przedmiot, który pozwalał mu utrzymać ręce w spokoju.
— Nie wiem, czy potrafię być ojcem — powiedział.
— Nie musisz umieć wszystkiego od razu — odpowiedziałem. — Ale musisz przestać znikać, kiedy robi się trudno.
— Nie znikałem. Ona mnie odsuwała.
— Wiem. Teraz jednak Wołodia będzie patrzył na to, co zrobisz, nie na to, co ci odebrano.
Drzwi otworzyły się gwałtownie. Żenia weszła bez płaszcza, z rozwianymi włosami i twarzą mokrą od łez. W jednej ręce trzymała wynik badania, w drugiej telefon.
— Bliźnięta — powiedziała. — Lekarz mówi, że ciąża jest zagrożona. Potrzebuję spokoju, pieniędzy i mieszkania.
Margarita wstała.
— Potrzebujesz opieki lekarskiej. To załatwimy. Ale nie będziemy udawać, że możemy wychować troje dzieci zamiast ciebie.
— Przecież jestem ich matką!
— Matką nie jest się tylko wtedy, kiedy ogłasza się ciążę przy śniadaniu — powiedziałem.
Żenia spojrzała na mnie, jakby ją uderzyłem.
— Zawsze mnie osądzaliście.
— Bo przez cztery lata nazywaliśmy własne poświęcenie pomocą, żeby nie przyznać, że zostałeś wykorzystany. Ja też jestem winny. Wolałem opłacać wszystko po cichu, niż powiedzieć ci, że krzywdzisz Wołodię.
Chłopiec podniósł głowę znad mapy.
— Dziadku, czy mama znowu wyjedzie?
Żenia odwróciła się do niego.
— Nie, kochanie.
Wołodia spojrzał na nią długo.
— Ale ostatnio też mówiłaś, że wrócisz wieczorem.
Jej usta drgnęły. Nie znalazła odpowiedzi, która nie byłaby kolejną obietnicą.
Wiktor uklęknął przy chłopcu.
— Wołodia, jestem Wiktor. Twoim tatą.
Chłopiec zmarszczył brwi.
— Tym, który przynosił pieluchy?
— Tak.
— Mama mówiła, że nie chcesz mnie znać.
Wiktor przełknął ślinę.
— Chciałem. Bardzo.
Wołodia spojrzał na niego, potem na mnie.
— To czemu tak długo cię nie było?
W pokoju zapadła cisza, ale nie była spokojna. Każdy z nas usłyszał w tym pytaniu cztery lata zmarnowanego dzieciństwa.
— Bo dorośli czasem podejmują złe decyzje — powiedział Wiktor. — Ale chcę je naprawić.
— Będziesz jutro?
— Będę.
— A pojutrze?
— Też.
Wołodia wyciągnął do niego kartkę z fioletową mapą.
— To pokażę ci, gdzie jest morze.
Wiktor usiadł obok niego. Jego palec zawisł nad plamą fioletowej kredki.
Żenia patrzyła na nich, ściskając wynik badania. Nagle odłożyła telefon na stół.
— Nie możecie mi go zabrać.
— Nikt nie chce ci go zabrać — powiedziała Margarita. — Chcemy, żebyś przestała traktować go jak przeszkodę.
— Jestem w ciąży. Nie mam gdzie mieszkać.
— Masz pokój u nas — odparłem. — Ale pod warunkami. Będziesz chodzić na wizyty, rozpoczniesz terapię i podpiszesz zgodę na udział Wiktora w życiu Wołodii. Nie jako gościa. Jako ojca.
Żenia roześmiała się gorzko.
— A jeśli się nie zgodzę?
— Wtedy o opiece zdecydują ci, którzy będą patrzeć na dobro dzieci, a nie na twoją wygodę.
— Grozisz mi?
— Informuję cię, że ten dom nie jest już miejscem, w którym można zostawiać dziecko i znikać.
Żenia podeszła do stołu. Zobaczyła czerwony lakier na starej serwetce, ten sam ślad, który został po naszej kłótni kilka dni wcześniej. Przeciągnęła po nim palcem.
— Nie wiem, czy dam radę — wyszeptała.
To było pierwsze zdanie, które zabrzmiało jak prawda, a nie żądanie.
Margarita podsunęła jej krzesło.
— Nie musisz dawać rady sama. Ale musisz przestać udawać, że inni mają dawać radę za ciebie.
Żenia usiadła. Przez chwilę patrzyła na własne dłonie. Potem zdjęła bransoletkę z księżycem i położyła ją obok telefonu.
— Wiktor… — zaczęła.
— Słucham.
— Jeśli pozwolę ci spotykać się z Wołodią, nie będziesz mówił mu, że go porzuciłam?
Wiktor popatrzył na syna, który właśnie rysował obok fioletowego morza małą łódkę.
— Nie będę kłamał. Ale nie będę też karał go za nasze błędy.
Żenia zamknęła oczy.
— Chcę, żebyś przyszedł ze mną jutro do lekarza.
Wiktor skinął głową.
— Przyjdę.
— I chcę zobaczyć te przelewy.
— Pokażę ci wszystko.
— Dlaczego?
— Bo masz prawo wiedzieć, co było prawdą. Nawet jeśli prawda boli.
Tej samej nocy spisaliśmy plan. Wołodia miał zostać z nami do czasu wyjaśnienia opieki, ale codziennie spotykać się z ojcem. Żenia miała zamieszkać w swoim dawnym pokoju i sama prowadzić część obowiązków. Larisa zobowiązała się znaleźć dla Wiktora pracę z godzinami pozwalającymi zajmować się synem. Nie było wielkich deklaracji. Były daty, podpisy i konkretne godziny odbioru z przedszkola.
Najtrudniejsze rzeczy często zaczynają się od papieru.
Następnego ranka poszedłem z Wołodią do przedszkola. Przy bramie czekał Wiktor. Nie stał ukryty przy samochodzie ani nie trzymał prezentu, którym chciałby kupić sobie miejsce w życiu syna. Miał tylko mały plecak i mapę, którą chłopiec pokolorował poprzedniego wieczoru.
— Dzisiaj pokażesz mi prawdziwe morze? — zapytał Wołodia.
— Najpierw pokażę ci rzekę — odparł Wiktor. — Morze zostawimy na później.
Żenia wyszła za nimi kilka minut później. Była blada i zmęczona. Zatrzymała się przy schodach, kiedy zobaczyła, jak syn chwyta ojca za rękę.
— Tato — powiedział Wołodia do Wiktora — a jak urodzą się dzieci, też będziesz ich tatą?
Wiktor spojrzał na Żenię. Tym razem nie uciekł wzrokiem.
— Jeśli ich mama mi pozwoli, będę.
Żenia zacisnęła usta, a potem skinęła głową.
— Pozwolę.
Nie dlatego, że nagle stała się inną osobą. Nie dlatego, że jedna rozmowa naprawiła cztery lata. Tego nie da się naprawić jednym podpisem ani przeprosinami wypowiedzianymi przy stole.
Ale tego dnia Żenia sama zadzwoniła do właścicielki mieszkania i odwołała wyjazd. Sama wysłała do ośrodka wiadomość, że zgadza się na spotkanie z Wiktorem. Sama zaprowadziła Wołodię na badanie, kiedy następnego dnia zachorował.
A ja po raz pierwszy nie zapłaciłem rachunku za jej decyzję. Zapłaciłem za wizytę lekarską, bo chodziło o zdrowie wnuków, lecz poprosiłem Żenię, żeby towarzyszyła mi do kasy i zobaczyła kwotę na własne oczy.
— To nie kara — powiedziałem.
— Wiem — odpowiedziała. — To rachunek.
Po kilku tygodniach, podczas wizyty kontrolnej, lekarz pokazał nam na ekranie dwa maleńkie, pulsujące punkty. Żenia płakała. Margarita trzymała ją za ramię. Wiktor stał z boku, blady jak ściana.
— Są silne — powiedział lekarz. — Ale potrzebują spokoju i odpowiedzialności.
Wołodia, który czekał na korytarzu, wbiegł do gabinetu z mapą pod pachą.
— Znalazłem miejsce dla nich! — zawołał. — Tu będą mieszkać, obok morza.
Rozłożył kartkę na kolanach Wiktora. Fioletowa plama zajmowała prawie cały kontynent, a narysowana łódka miała trzy żagle.
— Dlaczego trzy? — zapytałem.
Wołodia wzruszył ramionami.
— Dla mnie, taty i dzieci. Mama może płynąć z nami, jeśli nie będzie wysiadać po drodze.
Żenia zakryła twarz dłonią. Wiktor spojrzał na nią, lecz niczego nie obiecywał za nią i nie prosił o przebaczenie. Po prostu przesunął kredkę bliżej jej palców.
— Możesz dorysować czwarty żagiel — powiedział.
Żenia wzięła kredkę. Na mapie, tuż obok fioletowego morza, pojawił się mały, krzywy żagiel.
I właśnie wtedy Wołodia pochylił się nad kartką i powiedział:
— Tylko tym razem wszyscy muszą dopłynąć.






