CZĘŚĆ 4 — Matka zaplanowała każdą moją sobotę, lecz gdy odmówiłem pracy przed wyjazdem nad morze, jej twarz nagle stężała

CZĘŚĆ 4

— Co to znaczy, że chcą mnie? — zapytałem.

Bielecki odsunął krzesło i wstał.

— Proszę usiąść. To dotyczy nie tylko nieruchomości.

Nie usiadłem.

— Powiedział pan, że firma chce działki.

— Chciała. Do czasu, aż geodeta sprawdził księgi wieczyste.

Otworzył laptop i obrócił go w moją stronę. Na ekranie widniała mapa Sosnówki. Czerwona linia przecinała działkę mojej matki, ogród, stary sad i wąski pas ziemi za domem.

— Pod powierzchnią przebiega stary kanał melioracyjny — wyjaśnił. — Gmina planuje tamtędy poprowadzić drogę dojazdową. Firma może dostać wielokrotnie większe odszkodowanie, jeśli wykaże, że właściciele utrudniali dostęp do terenu.

— Dlaczego więc interesują się mną?

— Ponieważ to pan od lat faktycznie zajmował się działką. Pracodawcy firmy uznali, że łatwiej będzie przypisać panu zgodę na wejście na teren i wykazać, że działał pan jako pełnomocnik matki.

— Niczego nie podpisywałem.

— Ale ktoś podpisał za pana.

Bielecki wyjął jeszcze jedną kartkę. Tym razem podpis był bardziej podobny do mojego. Tak podobny, że poczułem mdłości.

— To zgoda na badania gruntu — powiedział. — Złożona w urzędzie dwa tygodnie temu.

— Kto ją przyniósł?

Notariusz spojrzał na matkę.

— Pańska matka.

— Rimo, dlaczego? — Żanna poderwała się z krzesła. — Mówiłaś, że chodzi tylko o sprzedaż domu.

— Chciałam, żebyś miała mieszkanie.

— A teraz firma może zabrać mi salon i konto!

— Nie zaczynaj — syknęła matka. — Wszystko robiłam dla ciebie.

Roześmiałem się, ale ten dźwięk zabrzmiał obco.

— Nie, mamo. Robiłaś wszystko tak, żeby nikt nie mógł ci powiedzieć „nie”.

W drzwiach pojawiła się starsza kobieta z laską. Rozpoznałem ją po chwili. To była pani Celina, sąsiadka z naprzeciwka. W drugiej ręce trzymała płócienną torbę.

— Przepraszam, że weszłam bez pukania — powiedziała. — Ale dłużej nie mogłam tego nosić.

Matka poderwała się.

— Celina, wyjdź.

— Nie wyjdę, Rimo. Za długo milczałam.

Pani Celina podeszła do stołu i wyjęła z torby mały zeszyt z rachunkami.

— Twój ojciec dał mi to przed śmiercią — powiedziała do mnie. — Powiedział, żebym oddała, gdybyś kiedyś zapytał, co naprawdę stało się z domem.

Matka chwyciła oparcie krzesła.

— To nie twoja sprawa.

— Byłam przy tym, kiedy przepisywał list. Byłam przy tym, kiedy mówił, że Wadim zawsze wraca, nawet jeśli nikt go nie prosi. Wiedziałam, że wykorzystujesz jego poczucie winy.

— Zamknij się!

Jej krzyk odbił się od ścian. Taśka, która czekała z Olesią w samochodzie, nie słyszała go. I całe szczęście.

Pani Celina otworzyła zeszyt. W środku zapisane były daty i kwoty.

— Zaliczka od firmy wpłynęła trzy miesiące temu. Dwadzieścia tysięcy. Potem kolejne czterdzieści. Żanna dostawała pieniądze na spłatę długów, a Wadim miał pracować, żeby dom podnieść do wartości zapisanej w umowie.

Żanna zasłoniła twarz.

— Nie wiedziałam o pierwszej wpłacie.

— Wiedziałaś, że matka sprzedaje dom — odparłem.

— Wiedziałam. Ale myślałam, że masz na to zgodę.

— Nigdy cię to nie zainteresowało?

— Byłam przerażona.

— Ja też byłem. Tylko nikt mnie o tym nie poinformował.

Matka usiadła. Zeszyt w kratkę wypadł jej z dłoni i otworzył się na stronie z moim imieniem. Każda sobota była zapisana: drewno, dach, płot, ogród, szopa.

Pani Celina wskazała tę stronę.

— Rimo, ty nie planowałaś mu pomocy. Ty planowałaś jego życie.

Matka spojrzała na mnie.

— Bałam się, że jeśli przestaniesz przyjeżdżać, zostanę sama.

To było pierwsze zdanie, którego nie potrafiłem od razu odrzucić.

Nie usprawiedliwiało jej. Ale nagle zobaczyłem pod jej gniewem coś innego: strach przed pustym domem, przed córką pogrążoną w długach, przed tym, że jedyny syn wybierze własne życie.

— Trzeba było mi to powiedzieć — powiedziałem.

— Powiedziałbyś „nie”.

— Może. Ale miałbym prawo powiedzieć „nie”.

Bielecki zamknął laptop.

— Umowę można unieważnić, jeśli udowodnimy fałszerstwo i brak zgody współwłaścicieli. Ale trzeba działać natychmiast. Firma wysłała dziś człowieka do Sosnówki, żeby przejął dokumentację budowy.

— Kto tam jest? — zapytałem.

— Pański wuj, Roman — odparła pani Celina. — Widziałam go rano przy bramie.

Zamarłem. Wuj Roman od lat nie rozmawiał z moją rodziną. Ostatni raz widziałem go na pogrzebie ojca.

— Co on ma z tym wspólnego?

Matka ścisnęła usta.

— To on znalazł firmę.

— Dlaczego dowiaduję się o wszystkim dopiero teraz?

— Bo twój wuj powiedział, że jeśli nie sprzedamy działki, ujawni, kto naprawdę podpisał zgodę na badania gruntu.

— Kto?

Matka spojrzała na Żannę.

Moja siostra zaczęła kręcić głową.

— Nie. Nie mogłaś tego zrobić.

— Co zrobiłaś? — zapytałem.

Żanna podniosła wzrok. W jej oczach było tyle wstydu, że odpowiedź zrozumiałem, zanim padła.

— Podpisałam się za ciebie — powiedziała. — Mama kazała mi. A Roman miał wzór twojego podpisu.

W gabinecie zapadła cisza.

Wyszedłem na korytarz. Olesia czekała przy oknie. Kiedy mnie zobaczyła, nie zapytała, co się stało. Od razu zrozumiała po mojej twarzy.

— To Żanna podpisała — powiedziałem.

— A twoja matka ją do tego zmusiła?

— Nie wiem, czy zmusiła. Wiem, że obie to przede mną ukryły.

Wtedy zadzwonił mój telefon. Numer był nieznany.

— Pan Wadim Kowalski? — zapytał męski głos. — Mówi Roman. Jestem już na pańskiej działce. Jeśli chce pan odzyskać swoje nazwisko, proszę przyjechać sam. I proszę nie mówić matce, że znalazłem drugi egzemplarz umowy…

Оцените статью