CZĘŚĆ 4
— Jeśli chcesz ją uratować, generale, musisz najpierw dowiedzieć się, kto od miesięcy udawał ciebie…
Nie pobiegłem za Ryszardem.
Podniosłem sfałszowane pełnomocnictwo i przyjrzałem się podpisowi. Litery wyglądały jak moje, ale człowiek, który przez trzy dekady podpisywał tajne rozkazy, rozpoznaje własną rękę tak, jak rozpoznaje twarz dziecka po ciemku.
Podpis był naśladowany zbyt dokładnie.
Najgorsze było coś innego. Podpisano go czarnym atramentem, którego używałem wyłącznie w gabinecie dowództwa. Atrament zawierał ślad fioletowego pigmentu, widoczny dopiero pod specjalnym światłem.
Ktoś miał dostęp do mojego biura.
— Generale — powiedziała Nina. — Elena może nie przeżyć kolejnych minut.
— Wiem.
— Ryszard zamknął oddział.
— A jego ludzie nie wiedzą, że właśnie stracili najważniejszą przewagę.
Wyjąłem telefon i zadzwoniłem do Marty Wrony. Połączenie odebrała natychmiast.
— Mów.
— Mam dokumenty i świadka. Potrzebuję zespołu medycznego, ale nie wojskowego. Wyślij doktora Leona Borka z ośrodka urazowego. Niech przyjedzie wejściem od strony pralni.
— A ochroniarze?
— Zostaw ich mnie.
Ryszard stał już na końcu korytarza. Jedną ręką trzymał pistolet, drugą przyciskał telefon do ucha.
— Artur, oddaj kasetę — powiedział. — Elena zostanie przewieziona do sali operacyjnej, jeśli wykonasz polecenie.
— Chcesz kasetę czy moje pełnomocnictwo?
Jego wzrok przemknął po dokumencie.
— Chcę, żebyś przestał udawać, że to jeszcze jest rodzinna sprawa.
— To ty wciągnąłeś rodzinę do swojej wojny.
— Elena sama się wciągnęła. Grzebała w rachunkach, zadawała pytania, próbowała wynieść dane. Nie rozumiała, że firmy takie jak moja utrzymują państwa przy życiu.
— Firmy takie jak twoja utrzymują przy życiu tylko tych, którzy płacą.
Ryszard uniósł broń.
Marek rzucił w jego stronę metalową kasetę. Ochroniarz odruchowo odwrócił głowę, a Nina uderzyła w wyłącznik oświetlenia. Korytarz pogrążył się w ciemności.
Nie usłyszałem strzału. Usłyszałem trzask szkła i krzyk jednego z mężczyzn. Po chwili światło awaryjne rozlało się czerwienią po ścianach.
Ryszard zniknął.
— Do Eleny — rozkazałem.
Pobiegliśmy na oddział. Drzwi sali przygotowawczej były zamknięte, a przy nich stał lekarz w zielonym fartuchu.
— Nie jestem po stronie Ryszarda — powiedział od razu. — Ale nie mam zgody na operację.
— Ma pan zgodę ojca.
— Pański zięć twierdzi, że pański podpis jest nieważny.
Podałem mu sfałszowany dokument.
— Ten podpis jest fałszywy. Proszę operować.
Lekarz popatrzył na Elenę przez szybę.
— Jeśli otworzymy tę salę bez ochrony, jego ludzie nas zatrzymają.
— Nie zatrzymają.
W tej chwili z wind wyszli żołnierze Marty. Nie mieli ciężkiej broni. Mieli identyfikatory, nakazy zabezpieczenia obiektu i twarze ludzi, którzy nie przyjechali robić przedstawienia. Za nimi pojawił się doktor Bork.
— Artur — powiedział, ściskając moje ramię. — Pokaż mi obrażenia.
Przez szybę obejrzał Elenę.
— To nie jest wypadek — stwierdził. — Ktoś zmiażdżył jej nogi stopniowo, żeby utrzymać ją przy życiu.
Poczułem mdłości.
— Uratuj ją.
— Spróbuję.
— Nie. Proszę mi powiedzieć, czego potrzebujesz.
Spojrzał na mnie bez mrugnięcia.
— Żeby nikt nie przerwał operacji.
— Tego dopilnuję.
Gdy drzwi sali się otworzyły, Elena poruszyła palcami. Była przytomna. Jej usta nie wydawały dźwięku, ale odczytałem jedno słowo.
„Północ”.
Wiedziałem już, co miała na myśli. Stare lotnisko na północ od miasta nie było magazynem. Było miejscem, do którego Ryszard wysyłał transporty, zanim znikały z oficjalnych rejestrów. Marta znalazła tam dziesięć ciężarówek i człowieka, który czekał na rozkaz ewakuacji.
Ryszard chciał uciec.
Nie zabrał pieniędzy.
Zabrał tylko córkę Eleny, siedmioletnią Zosię, którą od miesięcy trzymał w prywatnej szkole pod fałszywym nazwiskiem jako zabezpieczenie przeciwko matce.
To był zwrot, którego nie przewidziałem. Elena nie walczyła wyłącznie o siebie. Wszystkie dokumenty i wiadomości miały jeden cel: odnaleźć dziecko.
O dwudziestej drugiej trzynaście przylecieliśmy na stare lotnisko. Wiatr szarpał blaszanymi hangarami, a pas startowy lśnił od oleju. Ryszard stał przy ciężarówce, trzymając Zosię za ramię.
— Jeden krok i dziecko zginie — zawołał.
— Puść ją.
— Najpierw kaseta.
— Spójrz za siebie.
Odwrócił głowę. Na końcu pasa pojawiła się Nina, prowadząc Marka. W ręku trzymała oryginał umowy.
— Ryszard — powiedziała — kopie już są u ludzi, których próbowałeś kupić. Nie masz czym mnie zastraszyć.
— Masz rodzinę.
— I dlatego nie pozwolę ci jej skrzywdzić.
Zosia wyrwała rękę i pobiegła. Ryszard chwycił ją ponownie, lecz Marek rzucił w ich stronę metalowy klucz z pokoju numer siedem. Trafił Ryszarda w nadgarstek. Zosia upadła, ale żołnierz Marty dopadł do niej pierwszy.
Ryszard został sam przy ciężarówce.
— Myślisz, że to koniec? — syknął. — Bez mojej firmy państwo straci połowę dostaw.
— Nie — odpowiedziałem. — Państwo straci tylko człowieka, który sprzedawał mu własne bezpieczeństwo.
— A ty? Co zrobisz z dokumentami? Zniszczysz tysiące miejsc pracy?
To pytanie trafiło we mnie mocniej, niż chciałem przyznać. Ryszard budował potęgę przez lata. W jego fabrykach pracowali ludzie, którzy nie znali jego zbrodni. Gdyby wszystko ujawnić bez planu, zapłaciliby za jego chciwość.
Podszedłem bliżej.
— Firma zostanie rozdzielona. Produkcja trafi pod nadzór państwa, pracownicy zachowają pensje, a pieniądze z fundacji wrócą do poszkodowanych rodzin.
Ryszard roześmiał się gorzko.
— Nie możesz mi tego odebrać.
— Nie odbieram ci firmy. Odbieram ci ludzi, których używałeś jak własności.
Kiedy go wyprowadzano, nie patrzył na żołnierzy. Patrzył na metalową kasetę w mojej dłoni, jakby to ona była winna wszystkiemu.
Elena przeżyła operację. Lekarze uratowali jedną nogę, druga wymagała długiej rehabilitacji. Przez kilka dni nie mogła mówić, więc komunikowała się na kartce przypiętej do deski.
Pierwsze zdanie napisała drżącą ręką.
„Nie chciałam, żebyś przyjeżdżał sam.”
— A jednak przyjechałem.
„Wiedziałam.”
— Skąd?
Uśmiechnęła się słabo i wskazała na własne buty. Przypomniałem sobie, że przed ślubem podarowałem jej małą srebrną klamrę do sznurowadeł, wygrawerowaną współrzędną domu, w którym dorastała. Elena ukryła w niej nadajnik, gdy zaczęła podejrzewać Ryszarda. To dlatego wiedziałem, że jej wiadomość nie była przypadkowa. Zostawiła mi ślad, zanim ją zabrano.
— Przepraszam — powiedziałem.
Napisała:
„Nie przepraszaj za to, że przyjechałeś. Przeproś, jeśli pozwolisz, żeby Zosia pomyślała, że jej mama przegrała.”
Na korytarzu Zosia siedziała obok Niny i ściskała klucz do pokoju numer siedem. Gdy mnie zobaczyła, podniosła go wysoko.
— Mama powiedziała, że ten klucz otworzy prawdę — wyszeptała.
Spojrzałem przez szybę na Elenę, na jej unieruchomioną nogę i kartkę leżącą na kolanach. Potem położyłem metalową kasetę obok klucza.
— Nie, Zosiu — odpowiedziałem. — Ten klucz otworzył coś ważniejszego.
— Co?
Elena zapisała ostatnie słowo i uniosła kartkę w stronę szyby.
„Nas.”
Zosia przyłożyła klucz do kartki, jakby chciała nim zatrzymać to słowo na zawsze.
Przegapiłeś początek?






