CZĘŚĆ 4
…Nina przyjechała o jedenastej czternaście.
Stałam wtedy w kuchni przy stole, a przed sobą miałam trzy dokumenty: kopię zgody na hipotekę, zawiadomienie z banku i kartkę z numerem rachunku, na który trafiły pieniądze.
Artem siedział naprzeciwko mnie. Przez całą noc nie zmrużył oka. Widać to było po jego dłoniach. Co kilka sekund zaciskał palce, jakby próbował zatrzymać nimi drżenie.
Walentyna siedziała przy kaloryferze w granatowym swetrze. Spakowała już większość rzeczy, ale nie miała dokąd pójść. Jej mieszkanie rzeczywiście było zalane, choć nie tak, jak twierdził Artem. Pękła rura w łazience, a administracja obiecała rozpocząć naprawę dopiero za kilka dni.
Ktoś zapukał.
Artem poderwał głowę.
— Nie otwieraj — powiedział.
— To Nina.
— Tym bardziej.
Otworzyłam.
Nina weszła z tekturową teczką przyciśniętą do piersi. Miała na sobie mokry płaszcz i buty ubrudzone śnieżnym błotem. Nie spojrzała na Artema.
— Przepraszam, że tak późno — powiedziała. — Musiałam znaleźć odwagę.
— Odwagę do czego? — zapytałam.
Położyła teczkę na stole.
— Do przyznania, że wiedziałam o części planu.
Artem wstał gwałtownie.
— Nina, wyjdź.
— Nie.
— To sprawa między mną a żoną.
— Przestała być między wami, kiedy kazałeś mi przygotować umowę sprzedaży jej mieszkania.
Walentyna uniosła głowę.
— Jaką sprzedaży?
Nina otworzyła teczkę. Na wierzchu leżała umowa przedwstępna. Nabywcą był człowiek o nazwisku Piotr Radecki. Cena mieszkania była o prawie sto tysięcy niższa od wartości rynkowej.
Pod umową znajdowała się kartka z odręczną notatką Artema: „Larisa wyjedzie do siostry. Matka zostanie do podpisania”.
Przez chwilę nie mogłam oddychać.
— Kiedy to przygotowałeś? — zapytałam.
— To był tylko szkic.
— Z moim mieszkaniem.
— Musiałem mieć plan.
Nina wyjęła jeszcze jeden dokument.
— A to jest ważniejsze. Pieniądze z pożyczki nie poszły na firmę.
Artem zrobił krok w jej stronę.
— Nie pokazuj jej tego.
Nina odsunęła się.
— Przelałeś je na rachunek Piotra Radeckiego.
Spojrzałam na nazwisko.
— Kim on jest?
Nina zacisnęła usta.
— Właścicielem magazynu, który Artem próbował kupić za pośrednictwem firmy. Ale to nie był magazyn. To był prywatny dług z zakładów.
Artem uderzył dłonią w stół.
— Zamknij się!
Walentyna drgnęła tak mocno, że spadła jej z kolan chustka.
— Ty grałeś pieniędzmi firmy? — zapytała.
— Miałem szczęście odwrócić sytuację.
— Mówiłeś, że straciłeś kontrakt.
— Bo musiałem coś powiedzieć.
— A mnie powiedziałeś, że pożyczka uratuje pracowników.
— Nie rozumiesz, jak to działa.
— Rozumiem, że sprzedałbyś mieszkanie własnej żony, żeby spłacić własne zakłady.
Jej głos pękł przy ostatnim słowie.
Artem zaczął chodzić po kuchni. Zatrzymał się przy lodówce, dotknął magnesu w kształcie starego tramwaju, który przywiozłam z Pragi. Ten drobiazg przeżył siedem lat naszego małżeństwa, wszystkie kłótnie i przeprowadzki. Teraz Artem patrzył na niego tak, jakby szukał tam ratunku.
— Piotr ma ludzi, którzy nie pytają o podpisy — powiedział. — Gdybym nie oddał pieniędzy, przyszliby tutaj.
— Dlatego sprowadziłeś matkę? — zapytałam.
— Chciałem, żebyś podpisała sprzedaż. Potem oddałbym dług i wszystko byłoby po staremu.
— Po staremu?
Zaśmiałam się bez radości.
— Po tym, jak podrobiłeś mój podpis, okłamałeś mnie, a potem zaplanowałeś pozbycie się mnie z własnego mieszkania?
Nina wyjęła telefon.
— Mam jeszcze dowód przelewu i wiadomość, w której Artem prosi mnie o przygotowanie dwóch wersji umowy. Jednej dla ciebie, drugiej dla Piotra.
— Nie potrzebuję wiadomości — powiedziałam. — Mam dokumenty i świadków.
Artem spojrzał na Ninę.
— Dlaczego to robisz?
— Bo sprzedałeś także moje nazwisko. Kazałeś mi podpisać sprawozdanie, w którym ukryłeś dług. Jeśli wszystko wybuchnie, odpowiadałabym razem z tobą.
To był pierwszy moment, kiedy zrozumiałam, że nie tylko ja byłam dla niego narzędziem. Artem nie kochał ludzi w sposób, w jaki o tym mówił. Kochał ich użyteczność. Dopóki ratowali jego plany, nazywał ich rodziną.
O dwunastej spotkałyśmy się z Celiną w małej kancelarii przy ulicy Kwiatowej. Artem nie chciał iść, ale pojechał za nami. Bał się, że bez niego opowiemy inną wersję.
Celina była drobną kobietą z krótkimi siwymi włosami. Na biurku trzymała filiżankę z pękniętym uchem.
— Pamiętam ten dzień — powiedziała. — Pan Artem przyszedł sam. Twierdził, że żona jest w pracy i dała mu dokumenty. Zapytałam, czy podpis został złożony przy niej. Powiedział, że tak.
Artem zacisnął pięści.
— Nie możesz teraz zmieniać zeznań.
— Nie zmieniam. Wtedy uwierzyłam panu. Wczoraj zrozumiałam, że posłużył się pan moim poświadczeniem, aby naciskać na swoją żonę.
— To nie było poświadczenie podpisu.
— Tym gorzej dla pana. Na dokumencie nie ma mojego potwierdzenia, że widziałam panią Larisę. Jest tylko pańska deklaracja.
Cisza w kancelarii miała zapach papieru i kawy.
Celine podała mi kopię rejestru.
Przy podpisie Artema widniała data, godzina i adnotacja: „strona nieobecna”.
Poczułam, że nogi miękną mi pod stołem.
Artem zamknął oczy.
— Mogę to naprawić — powiedział.
— Jak?
— Oddam ci mieszkanie. Sprzedam firmę.
Nina pokręciła głową.
— Firmy nie sprzedasz. Udziały są już zastawione.
Artem spojrzał na nią, jakby dopiero teraz naprawdę usłyszał jej słowa.
— Co powiedziałaś?
— Zastawiłeś je trzy tygodnie temu. Wszystkie.
To był nieoczekiwany cios. Przez chwilę myślałam, że właśnie wtedy zacznie krzyczeć. Nie krzyknął. Wbił wzrok w blat i zapytał, kto jeszcze wie.
Nina odpowiedziała:
— Księgowa. Dwóch pracowników. Piotr. I teraz Larisa.
Wróciliśmy do mieszkania późnym popołudniem. Marek czekał na dole przy samochodzie. Nie wszedł z nami. Podał mi tylko kartkę z nowym terminem.
— Wycofam żądanie wobec lokalu, jeśli podpisze pani oświadczenie, że mieszkanie nie jest zabezpieczeniem długu — powiedział. — Resztę będę odzyskiwał od Artema.
— A jeśli nie odzyska pan pieniędzy?
— To będzie mój problem. Nie pani.
Artem poprosił, żebyśmy porozmawiali sami.
Stanęłam w kuchni, przy tym samym stole, na którym kilka godzin wcześniej leżała umowa sprzedaży.
— Chcę, żebyś zabrał swoje rzeczy — powiedziałam.
— Dokąd pójdę?
— Do matki. Albo do Niny. Albo do Piotra. Sam wybierałeś ludzi, których wciągałeś w swoje życie.
Walentyna podniosła się z krzesła.
— Ja nie przyjmę go z powrotem, jeśli będzie dalej kłamał.
Artem popatrzył na nią z bólem.
— Mamo, naprawdę mnie zostawisz?
— Nie zostawiam cię. Przestaję cię osłaniać.
Podeszła do swojej walizki i wyjęła pęk kluczy z drewnianym domkiem. Położyła go na stole.
— Te klucze dałeś mi wczoraj, mówiąc, że to będzie mój dom na kilka tygodni — powiedziała. — Nie chcę mieszkać w domu zbudowanym na cudzym podpisie.
Artem wziął je do ręki.
Wtedy wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam. Nie poprosił mnie o wybaczenie. Nie obiecał, że wszystko naprawi. Wyjął z kieszeni własne dokumenty i położył je obok kluczy.
— To hasła do rachunków firmy — powiedział. — Nina będzie mogła sprawdzić każdy przelew. Przekażę jej zarządzanie, dopóki długi nie zostaną rozliczone.
— Nie robi tego dla mnie — odpowiedziałam.
— Wiem.
— Robisz to, bo nie masz już jak ukrywać prawdy.
— Też wiem.
Nina zabrała dokumenty. Celina przygotowała oświadczenie. Marek dostał kopię. Podpis na hipotece został zakwestionowany, a sprzedaż mieszkania zatrzymana, zanim mogła się rozpocząć.
Artem stracił firmę, którą próbował ratować. Udziały przejęła Nina, a zyski z działalności zostały przeznaczone na spłatę pracowników i wierzycieli. Piotr Radecki nie dostał mieszkania. Został z umową, która nie dawała mu żadnego prawa do mojego lokalu.
Walentyna zamieszkała na kilka dni u swojej siostry. Potem, dzięki pieniądzom z ubezpieczenia, wyremontowała łazienkę. Nie wróciła do mnie po przebaczenie. Przyszła tylko raz, z pudełkiem domowych lekarstw i kartką, na której zapisała wszystkie daty, nazwiska i rozmowy. Powiedziała, że jeśli będę potrzebowała świadka, przyjdzie.
— Nie zrobiłam tego, żeby ukarać Artema — powiedziała przy wyjściu. — Zrobiłam to, bo za długo myliłam matczyną miłość z kryciem jego strachu.
Artem wyprowadził się tego samego wieczoru. Zabrał dwie torby i małą walizkę. Granatowa została przy ścianie.
— Tę też weź — powiedziałam.
— Nie. Kupiłem ją dla mamy.
— Ona jej nie chce.
Spojrzał na walizkę, potem na mnie.
— Lariso, czy ty kiedyś przestaniesz mnie nienawidzić?
— Nie wiem, czy cię nienawidzę.
— A co czujesz?
Pomyślałam o jego podpisie, o czerwonym stemplu, o białej torbie z lekarstwami i o tym, jak łatwo próbował zrobić z mojego życia zabezpieczenie dla własnych decyzji.
— Czuję, że już nie muszę tego nazywać.
Odwrócił się i wyszedł.
Kilka dni później Nina przyniosła mi nową księgę rachunkową firmy. Na pierwszej stronie widniały wszystkie prawdziwe przelewy, bez ukrytych kolumn i dopisków na marginesach. Wśród nich znalazła się kwota przeznaczona na wypłaty dla pracowników.
— Chcesz ją zatrzymać? — zapytała.
— Nie. To twoja odpowiedzialność.
— A jeśli firma przetrwa?
— Wtedy będzie przetrwać dzięki prawdzie, nie dzięki mojemu mieszkaniu.
Wieczorem schowałam dokumenty do metalowej kasetki. Nie było w niej już miejsca na cudze kłamstwa.
Na stole zostały tylko klucze z drewnianym domkiem. Walentyna zapomniała zabrać je ponownie, a ja nie zamierzałam ich oddawać Artemowi.
Następnego ranka zadzwonił dzwonek do drzwi. To była Walentyna, która przyszła po swój zegarek zostawiony w łazience.
Kiedy go zakładała, spojrzała na klucze.
— Zatrzymaj je — powiedziała.
— Po co?
— Żebyś pamiętała, że nawet kiedy ktoś przynosi do twojego domu cały swój ciężar, klucz nadal może należeć do ciebie.
Nie odpowiedziałam.
Wzięłam klucze, odpięłam drewniany domek i położyłam go na biurku obok aktu własności.
A potem wyjęłam z szuflady długopis i przekreśliłam na kopii umowy jedno zdanie: „strona nieobecna”.
Pod nim napisałam własnoręcznie:
— Jestem tutaj.
Przegapiłeś początek?






