CZĘŚĆ 4
Człowiek, który czekał za drzwiami szpitalnej kaplicy, miał na sobie granatowy płaszcz i trzymał skórzaną teczkę podobną do tej, którą przyniósł mój ojciec.
Nie wszedł od razu.
Najpierw zapukał dwa razy.
— Pani Wysocka? — zapytał. — Nazywam się Roman Krawiec. Reprezentuję fundusz, który przejął zobowiązania pracowni.
Lily odwróciła twarz w stronę głosu.
— Jakiej pracowni?
— Pracowni pana Edwarda Wysockiego.
— Nie zna pan mojego męża — powiedziała.
— Znam jego długi.
Ojciec wstał.
— Panie Krawiec, załatwimy to jutro.
— Jutro może być za późno. Jeśli właściciel nie podpisze dokumentów do południa, urządzenie zostanie zajęte.
— Nie ma pan prawa tu przychodzić — powiedziałam.
Roman spojrzał na mnie bez emocji.
— Mam pełnomocnictwo.
Nadia stuknęła laską o podłogę.
— Ma pan podrobione pełnomocnictwo.
Roman drgnął.
— Nie znam pani.
— Ale ja znam pana ojca. I wiem, ile zapłacił mojemu szwagrowi, żeby ten przekonał Eda do sprzedaży pracowni.
Matka chwyciła się ławki.
— O czym ty mówisz?
Nadia wyjęła z kieszeni mały notes.
— Ed odwiedził mnie dziewięć dni przed śmiercią. Był blady, miał duszności, ale przyszedł sam. Powiedział, że jeśli coś mu się stanie, mam przekazać Lily prawdę oraz te nazwiska.
Roman zrobił krok do tyłu.
— To są bezpodstawne oskarżenia.
— Nie — odpowiedziała Nadia. — To są daty, kwoty i numery rachunków.
Popatrzyłam na teczkę w rękach ojca. Nagle zrozumiałam, dlaczego tak bardzo chciał zabrać kopertę.
— Tato, co podpisałeś?
— Nic, co mogłoby jej zaszkodzić.
— Odpowiedz.
Wyjął z teczki kilka kartek i położył je na stole.
Była to umowa sprzedaży pracowni. Podpis Eda znajdował się na dole, ale tusz był ciemniejszy niż na pozostałych stronach. Obok widniał podpis mojego ojca jako pełnomocnika.
Lily przesunęła palcami po papierze.
— Ten podpis nie jest jego.
— Nie możesz tego wiedzieć — powiedziała matka.
— Znam jego podpis. Przez pięć lat prowadziłam mu księgi. Każdą fakturę czytałam palcami, a każdy dokument podpisywał przy mojej dłoni.
Roman podszedł bliżej.
— Proszę nie robić sceny. Pani mąż miał problemy finansowe. Podpisał zgodę.
— Nie podpisał — odpowiedziała Lily.
— Skąd ta pewność?
Lily otworzyła pozytywkę. Mechanizm zagrał cztery nierówne nuty i zatrzymał się. Jej palce przesunęły się po spodzie mosiężnego pudełka.
— Ed schował tam drugi klucz — powiedziała.
— Jaki klucz? — spytałam.
— Do szuflady w jego stole. Powiedział, że mam jej nie otwierać, dopóki nie usłyszę, że ktoś próbuje odebrać mi pracownię.
Wróciliśmy do niej o świcie. Nadia pojechała z nami, a rodzice musieli zostać w szpitalu, bo ojciec dostał ataku paniki. Nie współczułam mu jeszcze. Byłam zbyt zmęczona, zbyt wściekła i zbyt blisko odpowiedzi.
Pracownia pachniała drewnem, olejem i metalem. Na stole leżały rozkręcone skrzypce, a pod ścianą stały rzędy instrumentów czekających na naprawę. Każdy przedmiot nosił ślad rąk Eda.
Lily podeszła do jego stołu, prowadząc dłonią po krawędzi.
— Tutaj — powiedziała.
Klucz z pozytywki pasował do małej, niemal niewidocznej szuflady.
W środku znaleźliśmy trzy rzeczy: oryginalny akt własności, list Eda oraz kopię przelewu z rachunku mojego ojca na konto Romana Krawca.
Kwota była ogromna.
Data przelewu przypadała na dzień, w którym Ed trafił do szpitala po pierwszym omdleniu.
Pod listem znajdowała się krótka wiadomość:
„Alicjo, jeśli umrę, nie pozwól, żeby Lily pomyślała, że poślubiłem ją z litości. Ochrona jej przed światem była powodem, dla którego zacząłem działać. Miłość była powodem, dla którego zostałem. Jeżeli ktoś spróbuje odebrać jej pracownię, wiedz, że tata i Krawiec rozpoczęli to wszystko bez mojej zgody.”
Lily czytała list palcami, bo poprosiła mnie, żebym prowadziła jej dłoń po wypukłych znakach, które Ed przygotował specjalnie dla niej. Kiedy dotarła do słowa „miłość”, zacisnęła palce.
— On wiedział, że umrze — powiedziała.
— Wiedział, że może umrzeć — poprawiła ją Nadia. — Ale do końca wierzył, że zdąży cię zabezpieczyć.
— Dlaczego mi nie powiedział?
Nadia usiadła na krześle przy oknie.
— Bo kiedy byłaś mała, ludzie patrzyli na ciebie jak na problem do rozwiązania. Ed chciał, żebyś choć raz dostała coś bez długu wdzięczności.
Lily dotknęła obrączki.
— A ja myślałam, że on po prostu jest zbyt dobry dla mnie.
— Nie — powiedziałam. — To ty byłaś osobą, przy której przestawał udawać, że się nie boi.
W południe Roman wrócił z dwoma mężczyznami. Tym razem nie był już spokojny.
— Proszę oddać dokumenty — zażądał.
— Nie są pańskie — odpowiedziałam.
— Pracownia ma długi.
— Długi powstały przez przelew na pana konto.
Jego twarz zmieniła się natychmiast.
— Pani nie rozumie, z kim rozmawia.
— Rozumiem aż za dobrze.
Lily wyjęła z szuflady akt własności.
— Mój mąż przepisał mi pracownię trzy miesiące temu.
— Ten dokument jest nieważny.
— Został podpisany przy notariuszu — powiedziała Nadia. — Byłam świadkiem.
Roman spojrzał na nią z nienawiścią.
— Powinna pani była zostać w swoim ośrodku.
Nadia uśmiechnęła się gorzko.
— A pan powinien był sprawdzić, komu Ed wysłał kopię dokumentów.
Wtedy podała mi pendrive? Nie. Ed nie zostawił żadnych nagrań. Zostawił coś znacznie prostszego: listę nazwisk i numerów kont, którą Nadia wcześniej wysłała do organizacji zajmującej się oszustwami finansowymi. Wszystkie dokumenty trafiły już do odpowiednich osób.
Roman wybiegł z pracowni, ale nie zdążył uciec od konsekwencji. Nie potrzebowałam widowiska. Wystarczyło, że jego telefon zaczął dzwonić, a on za każdym razem patrzył na ekran z coraz większym przerażeniem.
Ojciec przyjechał wieczorem.
Stał przy stole Eda, opierając dłonie na lasce Nadia.
— Chciałem tylko spłacić długi — powiedział.
— Swoje długi — odpowiedziałam.
— Krawiec obiecał, że odkupi pracownię i zostawi nam część pieniędzy.
Lily podniosła głowę.
— Nam?
Ojciec nie odpowiedział.
— Chcieliście sprzedać miejsce, które Ed budował całe życie, a mnie wysłać do ośrodka, żeby zachować pieniądze — powiedziała.
— Baliśmy się — wyszeptała matka.
— Ja też się bałam — odpowiedziała Lily. — Tylko nikt nie pytał, czego się boję.
Matka rozpłakała się, lecz Lily nie podeszła do niej. Nie dlatego, że była bez serca. Po prostu po raz pierwszy nie próbowała pocieszać osoby, która zraniła ją bardziej niż obcy ludzie.
Ojciec wyjął z kieszeni klucz do domu.
— Ed przepisał go tobie. Dom również.
— Nie chcę domu, w którym przez tyle lat karmiono mnie kłamstwem — powiedziała Lily.
— Co z nim zrobisz? — zapytałam.
— Sprzedam go. Pieniądze przeznaczę na stypendia dla niewidomych dzieci, które chcą uczyć się muzyki.
Nadia dotknęła jej ramienia.
— A pracownia?
Lily przesunęła dłoń po stole Eda.
— Zostanie. Ale nie jako pomnik po nim.
— Czym więc będzie?
Lily wzięła do ręki jego pozytywkę. Mechanizm znów zagrał cztery nierówne nuty.
— Miejscem, w którym nikt nie będzie musiał przepraszać za to, że potrzebuje pomocy.
Kilka dni później przyniosłam do pracowni pierwszy instrument należący do Eda: małe skrzypce z pękniętym pudłem rezonansowym. Lily położyła na nich palce, a Nadia stanęła obok niej.
— Nie wiem, czy potrafię prowadzić to bez niego — powiedziała Lily.
— Nie musisz bez niego — odpowiedziałam. — Możesz prowadzić to z tym, czego cię nauczył.
— A jeśli kiedyś zapomnę jego głos?
— Wtedy naprawimy pozytywkę.
Lily uśmiechnęła się przez łzy.
— Ed nigdy jej nie naprawił do końca.
— Może właśnie dlatego ją zostawił.
Podałam jej śrubokręt. Nie położyłam dłoni na jej dłoni. Nie wyręczyłam jej. Lily sama odkręciła mosiężną pokrywę, poprawiła sprężynę i zamknęła mechanizm.
Muzyka popłynęła dłużej niż kiedykolwiek wcześniej.
W środku melodii brakowało jednej nuty, tej samej, która urywała się przez całe dzieciństwo.
Lily przechyliła głowę.
— Słyszysz? — zapytała.
— Tak.
— To nie jest smutne.
— Nie.
Położyła pozytywkę na stole Eda, między skrzypcami a jego metalowym pilnikiem.
— Brzmi jak coś, co dopiero się zaczyna — powiedziała.
A potem pierwsze dziecko weszło do pracowni, prowadząc białą laskę po drewnianej podłodze, i muzyka nie urwała się ani razu.
Przegapiłeś początek?






