CZĘŚĆ 4
— Kto? — zapytałam.
Lilia obróciła ekran w moją stronę.
W rubryce właściciela widniało nazwisko mojej babci.
Przez chwilę nikt się nie poruszył.
Babcia nie żyła od ośmiu lat.
— To niemożliwe — powiedziałam.
— Właśnie dlatego musimy jechać do kancelarii — odparła Lilia. — Nie jutro. Teraz.
Cyryl chwycił oparcie krzesła.
— Nie możecie nigdzie jechać.
— Odsuń się — powiedziałam.
— Eugenio, jeśli zgłosisz to od razu, wszystko się skończy. Bank zabierze dom, a ja trafię za kratki.
— Dom może stracić także wtedy, gdy będę udawała, że nic się nie stało.
— Potrzebuję tylko jednej nocy.
— Potrzebowałeś jej już przez trzy miesiące.
Walerij podniósł się powoli. Wyglądał na starszego niż godzinę wcześniej.
— Cyryl, daj jej odejść.
— Tato, ty też przeciwko mnie?
— Nie przeciwko tobie. Przeciwko temu, co zrobiłeś.
Na zewnątrz padał gęsty deszcz. Koła samochodu Lilii rozchlapywały wodę na żwirową ścieżkę, a ja siedziałam obok niej z teczką przyciśniętą do piersi. W środku były moje rachunki, akty własności i kopia dokumentu z podpisem zmarłej babci.
Kancelaria mieściła się nad apteką, przy rynku. Dotarłyśmy tam po dziewiętnastej, kiedy większość sklepów miała już opuszczone rolety. Notariusz, pan Borkowski, otworzył nam osobiście.
Kiedy zobaczył dokument, przestał porządkować papiery.
— Tego aktu nie sporządzałem — powiedział.
— Ale jest na nim pana pieczęć.
— Pieczęć skradziono dwa lata temu. Zgłosiłem to.
— A podpis świadka?
Pan Borkowski przyjrzał się kopii przez szkło powiększające.
— Wera Pietrowna rzeczywiście była kiedyś u mnie. Podpisywała dokumenty dotyczące syna.
— Czy mogła widzieć moje pełnomocnictwo?
— Nie. Ale jest coś jeszcze.
Wyjął z szafy grubą księgę.
— W tamtym miesiącu pracowała u mnie sekretarka, Tamara. Została zwolniona po kradzieży kilku blankietów. Jeden z nich miał numer zgodny z tym dokumentem.
Poczułam, jak skóra cierpnie mi na karku.
— Czy ma pan dowód?
— Mam rejestr wydania blankietów i podpis Tamary. Poza tym pamiętam, kto pytał o kopię aktu własności pani babci.
— Kto?
Notariusz spojrzał na Lilię, potem na mnie.
— Pański mąż. Cyryl Pietrowicz. Przyszedł z kobietą, którą przedstawił jako swoją matkę.
Wera kłamała, mówiąc, że nie wiedziała.
Najgorsze nie było jednak to, że pomagała synowi. Najgorsze było to, co znalazłyśmy w rejestrze.
Tamara nie sporządziła fałszywego aktu. Znalazła tylko pusty blankiet. Podpis zmarłej babci został przepisany z prawdziwego dokumentu, ale osoba, która go podrobiła, popełniła błąd: użyła starego nazwiska babci, choć kilka lat przed śmiercią zmieniła je po drugim małżeństwie.
Dokument był bezwartościowy.
Hipoteka mogła zostać unieważniona.
Ale Cyryl nadal miał długi, a bank mógł żądać odszkodowania. Nie mogłam udawać, że nic się nie wydarzyło.
Kiedy wróciłam do domu, Cyryl czekał na ganku. W ręku trzymał moją starą metalową spinkę do rachunków, tę samą, którą babcia zamykała swoje papiery.
— Znalazłem ją w piwnicy — powiedział.
— W piwnicy znalazłeś też dokumenty?
— Tak.
— I podpisałeś za mnie?
Opuścił głowę.
— Tamara zrobiła większość. Ja tylko przyniosłem akt i podpisałem pełnomocnictwo.
— A twoja matka?
— Wiedziała, że coś załatwiam. Nie wiedziała wszystkiego.
Wera stała za nim, blada, z rękami splecionymi na brzuchu.
— Wiedziałam, że chciał ratować rodzinę — powiedziała. — Nie wiedziałam, że może stracić twój dom.
— To nie był jego dom.
Cyryl spojrzał na mnie.
— Myślałem, że kiedy się pobierzemy, wszystko będzie wspólne.
— Wspólne rzeczy ustala się razem. Nie kradnie się ich po cichu.
— Bałem się, że odejdziesz, kiedy dowiesz się o długach.
— Więc zrobiłeś coś, przez co odejście stało się jedyną rozsądną rzeczą.
Nie zaprzeczył.
Następnego ranka pojechałam z Lilią do banku. Złożyłam dokumenty notariusza i kopię aktu własności. Bank wstrzymał egzekucję, a sprawę przekazał do weryfikacji. Nie było żadnego aresztowania ani widowiskowej sceny. Były za to godziny przesłuchań, podpisy, oświadczenia i rachunki, których nie dało się już zamieść pod dywan.
Cyryl sprzedał samochód, spłacił część długu i podpisał zobowiązanie do pokrycia reszty. Wera sprzedała biżuterię, którą przez lata nosiła przy każdej wizycie u nas. Walerij oddał pieniądze z oszczędności przeznaczonych na remont mieszkania.
Najdziwniejsze było to, że nie zrobiłam tego dla zemsty.
Chciałam tylko odzyskać własne nazwisko na własnym domu.
Małżeństwo zakończyło się bez wielkich słów. Cyryl wyprowadził się do wynajętego pokoju przy zakładzie. Nie błagał mnie o powrót. Wiedział, że żadna obietnica nie cofnie podpisu złożonego za moimi plecami.
Wera przyjechała sama, kilka tygodni później. Stała przy furtce i trzymała kopertę z pieniędzmi.
— To za dach — powiedziała. — Wiem, że nie pokryje wszystkiego.
— Nie musi pani przyjeżdżać.
— Przyjechałam nie jako teściowa. Jako człowiek, który powinien był powiedzieć synowi, że nie wolno mu tego robić.
Wzięłam kopertę.
Nie wybaczyłam jej od razu. Ale po raz pierwszy nie próbowała urządzać mojego życia.
W maju pojechałam z Lilią do Kabardinki. Pokój z balkonem był mniejszy, niż wyglądał na zdjęciach, a wiatr od morza przewracał filiżanki na stoliku. Śmiałyśmy się, kiedy ratowałyśmy je przed upadkiem.
Po powrocie znalazłam w skrzynce list z banku. Hipotekę wykreślono z księgi wieczystej. Obok dokumentu położyłam starą metalową spinkę babci.
Nie wyrzuciłam jej.
Przydała się do spięcia rachunków za remont i jednego nowego papieru, który podpisałam już sama.
Było to rozwiązanie małżeństwa.
Kiedy skończyłam, Lilia zapytała przez telefon:
— Jesteś pewna?
Spojrzałam na ostatnią stronę, na moje prawdziwe nazwisko i pustą linię obok.
— Tym razem podpisałam coś, co naprawdę należało do mnie — odpowiedziałam.
A metalowa spinka zatrzasnęła się nad dokumentem z cichym, ostrym kliknięciem.
Przegapiłeś początek?






